O czym mówi się na niemieckim rynku książki

Projekt Instytutów Goethego Tallinn, Ryga, Wilno, Warszawa, Kraków, Praga, Bratysława, Budapeszt i Lublana

Czego musiałem nauczyć się po przewrocie?

Jochen Schmidt © Tim Jockel
Jochen Schmidt © Tim Jockel
Jochen Schmidt
pisarz z Berlina

Że można też zamówić stek „medium”.

Mojego nowego pięciocyfrowego kodu pocztowego.

Spektrum barw kontenerów na śmieci.

Jechać rowerem, trzymając kierownicę jedną ręką, drugą jedząc kebab.

Przy oglądaniu telewizji wyczuwać, kiedy się kończy reklama, żeby w odpowiednim momencie przełączyć z powrotem na film.

Sylwestrowe petardy nie mogły już być takie głośne, motorynki tak szybkie. Czy musztarda jeszcze była tak samo ostra jak przedtem? W każdym razie magnesy były o wiele mocniejsze.

Bokserzy na ringu już nie nosili koszulek.

Drzwi kolejki miejskiej już się nie odsuwało ręcznie, trzeba było nacisnąć guzik, który czasem nie działał. Kontrolerzy często wyglądali jak bezdomni.

Kiełbaski w sosie curry można było podawać w plasterkach. Tak samo jak chleb, który kupowało się już pokrojony.

Na mur wolno było teraz mówić „mur“, wolno też było powiedzieć rusek, a Fryderyk II. teraz znów nazywał się Fryderyk Wielki. Za to na Bertolta Brechta mówili „Bert” Brecht.

Ponieważ wszyscy dostali telefon, nie trzeba było już odwiedzać się w domach.

Przed teatrami w przerwie chodzili obnośni sprzedawcy z wielkimi koszami bagietek z szynką i serem.

Uczniowie nie powinni za bardzo skupiać się na swoich nowych kolorowych piórnikach. Nauczyciele tłumaczyli, jak rozpoznać fałszywe pieniądze, i jak się wpadało w narkomanię.

W gazecie nie było przemówień ze zjazdów partii, tylko kursy giełdowe podawane drobnym drukiem.

W dżinsach W oznaczało „width”, a L „length”.

Dobra pizza zawsze wystawała trochę poza talerz.

W Berlinie Zachodnim nie było w ogóle tramwajów, za to autostrada, która przebiegała przez środek dzielnicy.

Spłuczka w ubikacji miała teraz dwa przyciski, duży i mały. Jeżeli ktoś naciskał duży, przypuszczalnie był wyborcą CDU. Przy dozownikach mydła czasem trzeba było pociągnąć za dźwigienkę, czasam ją nacisnąć, a czasami należało zgiąć kawałek plastikowej rurki, żeby wydusić mydło w płynie. Ale nigdy nie było wiadomo, którędy mydło się wydostaje, więc w pierwszych latach dużo się marnowało.

Dzieci z przedszkola nosiły na placu zabaw kamizelki w odblaskowych kolorach. Matki często wyglądały jak babki, a babki jak matki.

Do zmywania wszyscy używali drucianych myjek, każdy kupił sobie też praskę do czosnku. Poza tym pojawiły się brzoskwinie bez tego denerwującego meszku, nazywały się nektarynki. Mrożony szpinak był już podzielony na małe praktyczne kostki, a śmieci miały swoje własne plastikowe worki.

Nasi rodzice używali teraz szerszych nożych do rozkrawania bułek, które jednak już nie smakowały. Większość piekarni zniknęła, teraz były tylko wielkie sieci, w których podobno do ciasta dodawano włosy.

Z rowerem nie wolno było wsiadać do pierwszego wagonu.

Na większości chodników w Berlinie Wschodnim pojawił się szyld „nierówna nawierzchnia“, żeby nikt nie mógł zaskarżyć miasta, gdyby się potknął i przewrócił.

Kiedy jogurt nie miał smaku, należało zajrzeć na dno, czy nie ma tam owoców, bo wtedy był to jogurt do własnoręcznego mieszania. Jogurt waniliowy miał teraz kolor żółty, przyjęło się uznawać, że jest to kolor wanilii.

Przed południem nie opłacało się podchodzić do drzwi na dźwięk dzwonka, bo to przeważnie były reklamy.

Ważne było, żeby raz w roku iść do dentysty i potwierdzić tę wizytę pieczątką, bo inaczej sztuczna szczęka wyniosłaby za drogo. Ze stałych zębów usuwano plomby z amalgamatu.

Nie było łatwo tak wyjąć płytę kompaktową z pudełka przy użyciu palca wskazującego, środkowego i kciuka, żeby jej nie uszkodzić. Powód, dla którego wynaleziono kompakty, czyli to, że na płytach winylowych powstawały rysy, odnosił się także do kompaktów.

Na Zachodzie mówili na dziadka „Oppa” zamiast „Opa”, „czeeeeść” zamiast „cześć” i „balkon” zamiast „balką”. Mówili woda „z bąbelkami” zamiast „gazowana”, zamawiali „szklankę wody” zamiast „wodę”. W ogóle ciągle pili wodę. Smarowali sobie też „chleb”, a nie „kanapkę”. „Chcesz jeszcze jeden chleb?” to znaczyło: „Zjesz jeszcze kanapkę?” Przecież chleba nikt nie da rady sam zjeść.

Nowe książki były zafoliowane, żeby w księgarni nie można było zajrzeć i, znając zawartość książki, zniechęcić się do zakupu.

Cążki do paznokci były lepsze niż nożyczki, można było nimi obcinać lewą ręką paznokcie u prawej.

Knajpy były tak długo otwarte, że ludzie pili i palili tak długo, że potem byli zbyt zmęczeni, żeby iść do kogoś do mieszkania i się z nim przespać.

Do wszystkich budynków publicznych dobudowano na zewnątrz schody pożarowe. Jeśli to było niemożliwe, burzono budynek i zastępowano go nowym z gładką antracytowoszarą fasadą.

W komiksach z zachodu dymki z dialogami były okrągłe, a nie kanciaste.

Ponieważ teraz na zakupy jeździło się autem i szło potem z wózkiem aż na parking, wózki w supermarketach były zabezpieczone monetą.

Za zachodnie pieniądze dostawało się nie tylko płyty, naklejki i czekoladę piankową, ale używało się ich też, żeby kupić mleko, masło i cebulę, a przecież do tego można było dalej zostawić wschodnie marki.

W wagach samoobsługowych przycisk dla bananów był zawsze po lewej stronie u góry.

Droższe produkty czasem wcale nie były lepsze niż tanie, cena nie była wystarczającym kryterium jakości.

Fotele w kinach były teraz wyposażone w uchyty dla napojów. Może dlatego, że przed każdym filmem godzinami leciały reklamy i inaczej ludzie by umarli z pragnienia.

W knajpach pojawiło się piwo pszeniczne, trzeba było się nauczyć, jak pić tequilę, zachowując odpowiednią kolejność soli i cytryny. Hierarchię gatunków whisky też należało znać, choć te naprawdę dobre były za trudne do wymówienia i o wiele za drogie.

Łasice nagle zaczęły się interesować kablami w samochodzie i je obgryzać, na to pomagał tylko woreczek z czosnkiem.

Berlińska ulica Dimitroffstraße, kiedyś Danziger Straße, teraz znów nazywała się Danziger Straße, dawna Dimitroffstraße.

Zapalniczkę Zippo można było otworzyć jedną ręką.

Niektóre telefony działały tylko na jedną kartę, którą można było wkładać do szczeliny na cztery różne sposoby, czasem nawet na więcej sposobów, choć właściwie to zdaje się nielogiczne.

Kalkulatury miały teraz miękkie przyciski.

Liści z drzew teraz już nie zmiatano, tylko przeganiano specjalną dmuchawą na ulicę lub pod dom sąsiada. Wyrastające z chodnika chwasty pracownicy zieleni miejskiej usuwali wypalarką.

W soboty nie było szkoły. To się dobrze składało, bo teraz były kanały telewizyjne, na których na okrągło leciały programy dla dzieci.

Ludzie z Zachodu nie mówili u piekarza „Poproszę pięć kajzerek”, tylko: „Wezmę pięć bułek”. Piekarze zakładali przezroczyste gumowe rękawiczki, żeby podać chleb. Pieczywo często było oblepione wkurzającymi ziarenkami.

Surową rybę można było jeść, to się nazywało „sushi”, a jeśli jadło się to wystarczająco często, można było przy odrobinie szczęścia dożyć takiego wieku jak Japończycy.

Naboje do drukarek można było napełniać samemu, bo teraz były droższe od drukarek.

Na wykładach uniwersyteckich nie było obowiązkowej obecności. Tablicy nie ścierali już studenci, tylko profesor albo robiła to w nocy sprzątaczka.

Do wystukiwania liter wystarczał w zasadzie tylko kciuk.

W samochodach migacz sam się wyłączał za zakrętem. Na biegu jałowym nie powinno się dodawać gazu, żeby nie zalać silnika. Nikt sam już nie wymieniał świec.

Wielu emerytów chorowało na chorobę okien wystawowych.

Śmietniki w nowych osiedlach były teraz zamykane, ale nie dlatego, żeby nikt nie kradł śmieci, tylko żeby nie podrzucał.

Nie dało się już przechodzić z podwórka na podwórko, bo wszędzie ustawiono ogrodzenia.

Zamiast jak dotychczas, po wypluciu w belach przez kombajn, pięknie lądować na jadącej obok ciężarówce, słoma była zwijana w wielkie kule i pokrywana folią plastikową.

Gollum był przedtem hobbitem.

Jochen Schmidt

urodzony w roku 1970 jest niezależnym pisarzem, mieszka w Berlinie.
Jest współzałożycielem sceny literackiej „Chaussee der Enthusiasten“,
a także członkiem niemieckiej reprezentacji pisarzy w piłce nożnej.

Jego najnowsze publikacje to wydana w 2013 r. powieść „Schneckenmühle“ opisująca ostatnie lato na obozie w 1989 roku oraz książka napisana wspólnie z Davidem Wagnerem „Drüben und Drüben“ o dzieciństwach na Wschodzie i Zachodzie, która ukazała się w 2014 r.

Tłumaczenie: Alicja Rosenau

jesień 2014