Christian Lehnert

 

Breitenau (Osterzgebirge)  

(„Tröste dich! Du würdest mich nicht suchen, wenn du mich nicht gefunden hättest.“ Pascal)
 
Wo ich herkam, weiß ich nicht sicher zu sagen. Die Wege
tragen keine Namen. Die Häuser, wohin sie mich führen
über Reste von Schneefeldern, stehen wie Falken im Ostwind.
Nebel aus dem böhmischen Becken geboren, im Reifglanz,
letztes Dorf vor der Grenze, die Felsen sinken wie schlafend,
breitstirnig, kalt, sie tranken aus der sächsischen Lethe.
Eingedunkelt die Augen, Schläfen wie weiß überschimmelt:  
Daß ich mich erinnere, wer mag das behaupten?
Eulen hausen im Kirchturm, sie hocken sich nachts auf die Zeiger:
So wird es später hell, erwachen zögernd die Ginster,
wippen im Harsch. Der Hund fällt zurück, ein beharrliches Echo
geht über Moos, Geröll, das dumpf und beständig sich gleich bleibt.
Gestern noch wußte ich, woran ich glaubte – an die Gebilde
warmer Lippen, Hauch und Laut; und die letzten Gehöfte  
unter dem Sattel öffnen die Tore: So laß ich mich treiben,
hier und da noch ein Fetzen Landschaft, ein schlappendes Windrad. 
Was ich vergaß, das findet mich wieder, wie eine Spieglung,
klarer jedoch und gehüllt in ein milderes Licht von den Bergen.  


Breitenau (Wschodnie Rudawy) 

(„Pociesz się! Nie szukałbyś mnie, gdybyś mnie nie znalazł“. Pascal)
 
Nie wiem na pewno, skąd przyszedłem. Drogi
nie noszą nazw. Domy, dokądkolwiek mnie prowadzą
po resztkach śniegu, stoją jak sokoły na wschodnim wietrze.
Mgły zrodzone w czeskim zagłębiu, w lśnieniu szronu,
ostatnia wieś przed granicą, skały skulone, jakby spały,
szerokoczołe, zimne, te, które piły z saksońskiej Lete.
Ściemniałe oczy, skronie jakby pokryte białą pleśnią:
że ja pamiętam, kto zechce tak twierdzić?
Sowy mieszkają w wieży kościelnej, w nocy siadają na wskazówkach:
dzięki temu później się rozjaśnia, z ociąganiem budzą się janowce,
kołyszą się ponad szreniem. Pies zostaje w tyle, uparte echo
po mchach i otoczakach niesie się głucho i niezmiennie.
Jeszcze wczoraj wiedziałem, w co wierzę – w wytwory
ciepłych warg, tchnienie i dźwięk; a ostatnie zagrody
pod siodłem otwierają bramy: w ten sposób daję się wodzić,
tu i ówdzie jeszcze strzęp krajobrazu, obracający się leniwie wiatrak. 
To czego zapomniałem, odnajduje mnie jak lustrzane odbicie,
ale bardziej wyraźne i spowite w łagodniejsze światło gór.