Christian Lehnert

 Strandgang 

                                                      
 
                             Mir fallen Dinge zu … am Weg, den ich verlor,
                             sie kommen stumm ans Licht, sie geh’n ins Licht mir vor.

 
Hände im klammen Sand, im Tang, und über dem Bodden
frischt der Wind auf, ostwärts, bläst auf den Graten der Muscheln,
hierhin, dorthin teilt er die Töne, die Sprache der Möwen
weiß er und die ihrer Toten im Weidengeäst, wo sie warten. 
 
Meine Hände irren im Schaum, im Schlick, in den Krusten 
Salz und Flocken von Teer, ein schmieriges Fingern nach Funden, 
Einzelnem, Formen von Feuer- und Bernstein und schillernden Schnecken,
ständig die Blicke am Boden, verliert sich in Schotter das Eiland;
nehme ich, was ich will – ein Stückwerk, Reste nur sind es … 
Was ich je tat und dachte, es war nur … ein Hungern und Stehlen?
Dingen fiel ich anheim, gedungen, entnommen zu hasten,
rastlos, ein Cursor zwischen Zeichen … So setz ich am Ufer
Spuren, die sich mit Wasser füllen und glucksend vergehen. 
Hoch an der Steilküste hängen Kiefern, die Wurzeln im weichen
Kalkgrund, um Brocken gekrallt. Die stürzten, schaukeln im Seegang:
 
           Hält sich noch ein einziger Gedanke?
           Halten Namen sich im Dämmern fest?
           Schwindel greift den Stamm zuletzt,
           wenn der Lehm bricht und die Schranke, 
           daß der Höhenpfad ins Leere liefe … 
           Schuppenpfähle treiben in den Wellen.
           Ascheweiß die kahlen Stellen,
           wo die Föhren kippten in die Tiefe:
           Fielen in die ganze Fülle
           ihres Wachsens, ihrer Zeit,
           die sich wie Geäst verzweigt,
           sich in einst und jetzt zu hüllen. 
   
Jemand hat Schwemmholz, jemand trägt eine rostige Schiene,
jemand schleift hinter sich ein Kabel – nahende Wesen:
drei, bei den Buhnen … Sie muß ich fragen, was ich hier suche,
wo ich herkam in die Fänge, die Schatten der Weiden,
wie ich heiße, hier im Schweigen der Dünen, im Dämmern.
 
Über die Stirnen der Kommenden huscht ein Feuer, und später
wie durch weiße Tücher – Tote, Wiedererweckte –
grünt Gehölz auf, Blättchen, pulst das Blut in den Bäumen.
Da will ich warten, sei’s auch bis zum Einbruch des Dunkels,
daß sie mich fänden, und wenn sich alles verliert wie ein Flirren, 
Steine, Stämme nur sichtbar blieben, fallende Sterne,
so will ich warten, und eins mit dem Nachtwind wäre mein Atem. 

Spacer po plaży                                              

                     Wpadają mi w ręce rzeczy… przy drodze, którą zgubiłem,
                     bez słowa wychodzą na światło i w świetle idą przede mną.
 

Dłonie w wilgotnym piasku, w wodorostach, a nad zalewem
wiatr orzeźwia, wschodni, gwiżdże na graniach muszli,
rozdziela dźwięki tu i tam, zna język mew żywych oraz
martwych, co czekają wśród gałęzi łozy.
 
Me dłonie błądzą w pianie, w mule, w grudkach soli,
w smole, grzebanie w mazi, żeby coś wyłowić, przedmioty,
krzemień, bursztyn, lśniące ślimaki różnych kształtów,
ciągle ze wzrokiem przy ziemi, a wyspa ginie w żwirowej dali;
zabieram sobie, co chcę – to namiastka tylko, resztki…  Cokolwiek
kiedyś robiłem, myślałem, czy było to tylko… głodowanie, kradzież?
Padałem ofiarą rzeczy, wynajęty, zabrany, by się śpieszyć, bez
odpoczynku, kursor pomiędzy znakami… Zostawiam na brzegu
więc ślady, które wypełnione wodą znikają z bulgotem. 
Na wysokim klifie wiszą sosny, wczepione korzeniami w miękką
wapienną skałę. Te, które z urwiska spadły, kołyszą się na falach:
 
            Czy choćby jedna z myśli się utrzyma?
            Czy się utrzyma imię gdy spadł cień?
            Chwiać się zaczyna na koniec pień,
            gdy się barierka łamie, pęka glina
            i nad urwiskiem kończy się ścieżka… 
            Z rozbitej szopy na falach pale.
            I puste miejsca jak popiół białe
            tam, skąd pnie sosen runęły w przepaść:
            wpadły w swojego rośnienia,
            w swego czasu całą pełnię,
            co rozwidlona jak gałęzie,
            by się okryć w kiedyś, w teraz
 
Jeden wyrzucone na brzeg drewno zbiera, drugi zardzewiałą szynę niesie,
trzeci za sobą wlecze kabel – oto zbliżające się istoty:
trzech, przy ostrogach… To ich muszę spytać, czego tutaj szukam,
skąd się wziąłem w tych szponach, w cieniu wierzb,
jak się nazywam, tutaj w wydm milczeniu, o zmierzchu.
 
Ponad czołami nadchodzących ogień migocze, a później
jak przez białe chusty – zmarli, ci z martwych obudzeni –
zielenią się gaje, listki, krew pulsuje w drzewach.
Tam chcę zaczekać, nawet i do zapadnięcia ciemności,
żeby mnie znaleźli, a kiedy wszystko rozpłynie się jak mgiełka
i widoczne pozostaną tylko pnie, kamienie, spadające gwiazdy,
to będę czekał, a mój oddech z nocnym wiatrem połączy się w jedno.