Tom Schulz
Gedichte

Alter Schulweg

 
I
die goldenen Birnen, herein geschraubt
in die Fassung des Abends, wie viele
Wochen sah ich euch unreif, das Fleisch
gehörte den Bienen, später, Augustende
 
großer Sommer, der ewige Ferientag
es hörte nicht auf, die Sonne bildete Staub
wir legten unsere Lippen auf den Rhabarber
flüsterten, bleib stehen, blödes Herz
 
im Innern des Leierkastens –
die Bahnen waren schartig von ledernem Grün
das Wasser wurde ausgewechselt, ein Lindenblatt
verfärbte das Schwimmbad
 
II
Augustende, in Körben trugen wir die Köpfe
von Pilzen, unsere Wäsche schimmerte bleich
wenn wir uns hinter Bäumen auszogen
mutierten die Mädchen zu einer Blumenwiese
 
um die sich eine Hecke schloss, so weht
der Wind von der Seite, das Sentiment
unterspült die rissigen Kunststeinplatten
die Einfassung zu den Beeten hebt sich
 
ein Stück -  ich kann die Kraftwerkswolke
formen aus der Luft nach all den Jahren
den Kohlestaub, der auf die Fensterbretter
sank, Vater, der zweimal am Tag schlug
 
wie eine Kuckucksuhr, jemand schaute
heraus, ein Wachtmeister, verkleidet als
scheues Waldvögelein, der stille Portier
führte Buch und abends schrieb der Mond
 
Berichte, todmüde der Sommer, die Katze
auf dem Hochhausdach, der Hund würde leben
Menschen verschwanden aus dem Mittelpunkt
der Dinge
 
als die Planwagen fortgezogen waren
einsilbig das Gras, glänzend
wie grünes Blut
 
die nackten Füße liebkosen
die Büschel, dann fährt die Erinnerung vor
eine abgedunkelte Limousine
 

Dawna droga do szkoły 

I
złote gruszki-żarówki, wkręcone
w oprawkę wieczoru, ile to już
tygodni widziałem jeszcze niedojrzałe, miąższ
należał do pszczół, później, pod koniec sierpnia,
 
wielkie lato, wieczny dzień wakacji
nie chciał się skończyć, słońce tworzyło pył
kładliśmy wargi na rabarbarze
szeptaliśmy, zatrzymaj się, głupie serce
 
we wnętrzu katarynki –
orbity wyszczerbione skórzastą zielenią
zmieniono wodę, lipowy liść
zabarwił basen
 
II
Koniec sierpnia, nosiliśmy w koszach głowy
grzybów, nasza bielizna prześwitywała blado
kiedy rozbieraliśmy się za drzewami
a dziewczęta zmieniały się w kwiecistą łąkę  
 
wokół której zamykał się żywopłot, tak wieje
wiatr z boku, sentyment
podmywa spękane płyty ze sztucznego kamienia
obramowanie rabat unosi się
   
 
odrobinę – mogę uformować chmurę z elektrowni
z tego powietrza po tych wszystki latach
węglowego pyłu, który opadł na
parapety, ojca, który dwa razy dziennie spuszczał lanie
 
regularny jak zegar z kukułką, ktoś wtedy  
wyglądał, wachmistrz, przebrany za
płochliwego wodnego ptaka, cichy portier
prowadził księgę a wieczorami księżyc pisał   
 
raporty, śmiertelnie zmęczone lato, kot
na dachu wieżowca, pies by przeżył
ludzie znikali z jądra
rzeczy
 
kiedy odeszły spychacze
monosylabowość traw, błyszcząca
jak zielona krew
 
nagie stopy pieszczą
kępki, potem zajeżdża wspomnienie
limuzyna z zaciemnionymi szybami

Przekład: Ryszard Turczyn