Tom Schulz
Gedichte

Griff ins Herz

Ein Gedicht greift ins Herz oder wehrt sich. Stellt sich quer. Gegen
den Kranz, die niedergelegten Blumen. Wo das Denkmal auf ermüdeten
Beton trifft. Wo der Sockel dem Kurzsichtigen ein Bein stellt. Ich denke
also bin ich. Wüste. Ein Leben lang. Lese ich dich, so wie kein Buch
der Welt sein kann. Ein Gedicht greift ins scheinbar Leere, hinter den
Kulissenkasten. Gesellt sich zu den Puppen. Zu den Spielern. Kunigunde.
König Drosselbart: „Du holde Schöne möchtest Du in Anbetracht dessen
dass ich spreche, nicht Gold sein oder Schwefel?“ Setztest du nicht
Schwäne auf das Wasser. Wärst du ein Gedicht und ich ein Gedicht.
Wären wir ewiglich. Zwischen fünf und sechs der Schmerz. Auf die
Zahnformel herunter gebrochen. Wir mahlen frisch und fromm die Kleie.
Der Hasenartige unter uns blieb wurzellos. Zwischen fünf und sechs.
Die Wunde groß wie eine Wüste. Versorge das Bienenfleisch. Näh es
zusammen. In Klammern. Ein Gedicht greift an die von Nacht umwehte
Stelle. In den Saum. Wo die Narbe zum Inneren der Worte führt. Wir
sehen eine Brücke, die über den Flutgraben hilft. Eine gedachte Linie
zu den Vogelschwärmen. Den Hang hinauf zuckelt die Gebirgsbahn.
Zu den Zirben. Komm, Zapfen pflücken. Saust ins Tal. Steig ein, so
bald du ausgestiegen bist! Die Luft wird dünner und das Eis, es trägt.
Die dürren Bäumchen vor der Grenze grüßen. Bitte weine nicht. Um
das Gedicht. Es greift. Ans schlimme Bein, den blinden Fleck. Sieh
doch, wir werden immer leichter von Begriff. Künstliche Gelenke und
Organe quietschen leise.

Chwyt za serce

Wiersz chwyta za serce lub się broni. Zapiera się. Wbrew wieńcowi, położonym kwiatom. Gdzie pomnik natyka się na zmęczony beton. Gdzie cokół podstawia nogę krótkowidzowi. Myślę więc jestem. Pustynia. Przez całe życie. Czytam cię, jak nie da się żadnej książki świata. Wiersz chwyta pozorną pustkę, za skrzynkami kulis. Przyłącza się do marionetek. Do aktorów. Kunegunda. Król Drozdobrody. „O hoża piękności, czyż wobec odezwania mego, nie pragniesz tego czy tentego?“ Gdybyś nie sadzała łabędzi na wodzie. Gdybyś była wierszem i ja wierszem. Bylibyśmy na wieki. Między piątą a szóstą ból. Ułamany do wzoru zębowego. Beztrosko mielimy otręby. Zającokształtny między nami pozostał bez korzeni. Między piątą a szóstą. Rana wielka jak pustynia. Zatroszcz się o pszczele  mięso. Zszyj je do kupy. Bez lupy, Wiersz atakuje owiane mrokiem nocy miejsce. Rąbek. Gdzie blizna prowadzi do wnętrza słów. Widzimy most, pomagający przejść przez fosę. W linii prostej ku stadom ptaków.  W górę stoku turkoce kolejka górska.  Ku limbom. Chodź, nazbieramy szyszek. Pędzi w dolinę. Wsiadaj, gdy tylko wysiądziesz! Powietrze wokół rzednie a lód, utrzymuje. Suche drzewka przy granicy pozdrawiają. Proszę, nie płacz. Z powodu wiersza. On chwyta. Chore nogi, plamkę ślepą. Popatrz, jesteśmy coraz  lżejsi duchem. Szuczne stawy i narządy skrzypią cicho.

Übersetzung: Ryszard Turczyn