Daniel Kehlmann: Tyll

Fragment powieści „Tyll” Daniela Kehlmanna

Copyright (C) 2017 by Rowohlt Verlag GmbH, Reinbek bei Hamburg
Przedruk fragmentu dzięki uprzejmości wydawnictwa Rowohlt Verlag

Przekład na język polski: Urszula Poprawska

Wojna jak dotąd jeszcze do nas nie dotarła. Żyliśmy w lęku pomieszanym z nadzieją, starając się nie ściągnąć gniewu Boga na nasze miasto, którego mocne mury otaczały sto pięćdziesiąt domów, kościół i cmentarz, gdzie nasi przodkowie oczekiwali dnia zmartwychwstania.
Wznosiliśmy gorące modły, żeby trzymać tę wojnę z dala od nas. Modliliśmy się do Wszechmogącego i do Łaskawej Panienki, modliliśmy się do władczyni lasu i małych gnomów północy, do świętego Gerwina, świętego Piotra klucznika bram niebieskich, do ewangelisty Jana, i na wszelki wypadek modliliśmy się do Starej Meli, która w zimne noce, kiedy wychodzą demony, przechadza się po niebie na czele swojego orszaku. Modliliśmy się do diabłów z dawnych czasów i do biskupa Martina, który podzielił się płaszczem z marznącym biedakiem i potem marzli obaj, i obaj byli świątobliwi, bo cóż poradzi połowa płaszcza w zimie, i oczywiście modliliśmy się do świętego Maurycego, który wybrał śmierć z całym legionem, bo nie chciał zdradzić wiary oraz jedynego i sprawiedliwego Boga.
Dwa razy w roku zaglądał do nas poborca podatkowy i za każdym razem wydawał się zaskoczony, że jeszcze tu jesteśmy. Czasami zapuszczali się do nas handlarze, ale że nie kupowaliśmy zbyt wiele, odchodzili w swoją stronę i to nam było na rękę. Niczego nie było nam potrzeba z dalekiego świata, i nie myśleliśmy o świecie, dopóki pewnego ranka na naszym głównym trakcie nie zaturkotał wóz podróżny ciągnięty przez osła. Była sobota i od niedawna trwała wiosna, potok nabrzmiewał od wody z roztopionych śniegów, a my sialiśmy ziarno na polach, które tego roku nie miały leżeć odłogiem.
Na wozie rozbity był namiot z czerwonego żaglowego płótna. Przed nim siedziała w kucki stara kobieta. Jej ciało było jak worek, twarz miała jakby skórzaną, a para oczu przywodziła na myśl maciupkie, czarne guziki. Za nią stała młoda, piegowata kobieta o ciemnych włosach. Na koźle siedział mężczyzna, któregośmy rozpoznali, chociaż nigdy tu jeszcze nie był i kiedy przypomnieli go sobie pierwsi z nas i zaczęli wykrzykiwać jego imię, przypomnieli sobie też drudzy i wkrótce zewsząd rozległy się wołania: „Tyll tu jest”, „Tyll przyszedł”, Spójrzcie, Tyll tu jest”!
Nie mógł to być nikt inny.
Ulotne pisemka docierały nawet do nas – wiatr przynosił je z sobą przez las albo przywozili je handlarze. Drukowano ich w świecie więcej, niż dałoby się zliczyć. Było w nich o statku szaleńców i o wielkiej głupocie klechów, o złym papieżu w Rzymie i o diabelskim Martinusie Lutrze z Wittenbergi, o czarowniku Horridusie, i o doktorze Faustusie, o bohaterskim Gawainie, rycerzu Okrągłego Stołu, i właśnie o nim, Tyllu Ulenspieglu, który teraz przybywał do nas we własnej osobie. Znaliśmy jego cętkowany kaftan, znaliśmy wygnieciony kaptur i płaszcz z cielęcej skóry, znaliśmy kościstą twarz, małe oczy, zapadnięte policzki i zajęcze zęby. Jego spodnie uszyte były z dobrego materiału a buty wyprawione z delikatnej skóry, ale jego ręce były rękami złodzieja albo pisarczyka; nie znały pracy. Prawa dzierżyła cugle, lewa bat.
„Jak się nazywasz?”, zwrócił się Tyll do jednej z dziewcząt.
Ta milczała, nie pojmując, jak to możliwe, że ktoś, kto jest tak sławny, chce z nią rozmawiać.
„No, powiedz!”
Kiedy jąkając się, wydusiła z siebie, że ma na imię Marta, Tyll zaśmiał się tylko, jakby to wiedział od dawna.
Potem zapytał z uwagą, jakby miało to dla niego wielkie znaczenie: „A ile masz lat?”
Odchrząknęła i odpowiedziała. Przez dwanaście lat swego życia nie widziała oczu takich jak te jego. Może ludzie o podobnych oczach trafiali się w wolnych miastach cesarstwa i wielkopańskich dworach, ale u nas nikogo o takich oczach jeszcze dotąd nie było.