Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Czterogłos: Wyszehrad #3 | WĘGRY
„Jesteśmy wykorzystywani do cynicznych rozgrywek politycznych“

Prasa na Węgrzech sięgnęła dna – wielu dziennikarzy stało się pionierami w służbie reżimu Orbána. Reporterzy prorządowi działają z nadania, a liberalni – z bezsilności. Jedni i drudzy wykorzystują media jako oręż w walce politycznej, uważa Márton Gergely.

Márton Gergely

Drogie Koleżanki, Drodzy Koledzy,

jesteśmy wśród swoich, możemy więc dyskutować o dylematach, których zazwyczaj nie wypowiada się na głos. W zeszłym tygodniu Tereza pisała o cynicznych PR-owcach czeskiego rządu, którzy podkopują demokrację, i o wyzwaniach, przed jakimi stoimy, jeśli chcemy przywrócić ludziom wiarę w politykę. Gdy jednak obserwuję dyskurs publiczny na Węgrzech, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w porównaniu z Czechami my znajdujemy się w siódmym kręgu piekieł.

W zeszłym tygodniu znów coś się skończyło – jeden z wiodących tygodników musiał zrezygnować z wydania papierowego, a redakcyjni koledzy drżą teraz o swoje posady. Od czasu wyborów parlamentarnych w kwietniu z powodu problemów finansowych działalność zakończyły trzy podmioty: gazeta codzienna o bogatej tradycji Magyar Nemzet, rozgłośnia radiowa Lánchíd Rádió, a teraz tygodnik Heti Válasz. W ostatnich latach wszystkie trzy krytykowały rząd, jednocześnie określając się jako media politycznie konserwatywne. Po ich zniknięciu na prawicy zostały tylko ściśle kontrolowane tuby propagandowe, nieudolnie zamaskowane jako gazety, magazyny czy rozgłośnie radiowe i telewizyjne.

Swoją wojnę z mediami Viktor Orbán zaczął od likwidowania niepokornych redakcji prawicowych – to wymowny gest. Na własnym podwórku nie toleruje on już nikogo, kto nie byłby pożyteczny dla rządu – liczy się tylko absolutna lojalność. Prasa staje się jego uniwersalna bronią, a redaktorzy – pionierami w służbie reżimu Orbána. Aby się utrzymać, prorządowe publikacje muszą korzystać z ogłoszeń. W ubiegłym roku 89 procent dochodów lojalnej wobec rządu gazety Magyar Idők pochodziło ze źródeł państwowych. A to tylko jeden z przykładów! Rząd Orbána wprowadził podatek reklamowy. Media muszą teraz dzielić się z fiskusem swoimi i tak przecież niewielkimi dochodami. To groteska, ponieważ te pieniądze w formie ogłoszeń i państwowych reklam trafiają z powrotem do prorządowych spółek medialnych, które bez tych funduszy nie miałyby szans na utrzymanie się na rynku.

Orbán ma poczucie humoru – musimy sami sfinansować naszych niezdolnych do przeżycia konkurentów

W czym więc leży problem? Trzy zamknięte redakcje jeszcze trzy lata temu same były częścią systemu. Ich właściciel, oligarcha Lajos Simicska, zaplanował wszystko razem z Orbánem. Na przykład tygodnik Heti Válasz został założony w roku 2001, a jego celem było przełamanie dominacji lewicowo-liberalnych mediów – w każdym razie tych, które za liberalne były uważane przez prawicowe partie. Rządząca wówczas partia Fidesz sfinansowała cały projekt z publicznych pieniędzy, a pierwszym redaktorem naczelnym został były doradca Orbána, István Elek. Od roku 2007 pracami redakcji kieruje pierwszy rzecznik rządu Orbána, Gábor Borókai. Finansowany z publicznych pieniędzy tygodnik został później kupiony przez Simicskę, który pełnił wówczas funkcję skarbnika partii Fidesz.
 
Heti Válasz został więc powołany do życia za pomocą państwowego respiratora i nigdy nie został od niego odłączony. Gdy trzy lata temu stało się jasne, że Simicska wypadł z łask Orbána (oligarcha ostro zwymyślał premiera), tygodnik stracił źródło utrzymania, ale jednocześnie został zwolniony ze swoich prorządowych obowiązków. Kilka dni temu redaktor naczelny Borókai opisał konsekwencje tych wydarzeń – po konflikcie między oboma wpływowymi dżentelmenami w roku 2015, pismo straciło 20 procent abonentów i 82 procent ogłoszeń. Te liczby mogą szokować, bo pokazują jak duży wpływ na rynek reklamowy na Węgrzech ma Viktor Orbán. Od tamtej pory Simicska musiał finansować tygodnik z prywatnych pieniędzy i robił to tylko do czasu wyborów parlamentarnych w kwietniu tego roku. Miał nadzieję na zmianę rządu. Po kolejnej wygranej Fideszu na stałe zamknął swoją gazetę codzienną i rozgłośnię radiową, a teraz musi zlikwidować także tygodnik Heti Válasz.

„Jestem oburzony faktem, że większość społeczeństwa godziła się na wykorzystywanie mediów w walce politycznej“ 

Czy więc zasługują na solidarność moi koledzy, którzy sami byli częścią systemu? Już od czasu zamknięcia gazety Népszabadság nie mogę pogodzić się z faktem, że węgierscy dziennikarze pozwolili, aby ich zawód został krok po kroku zdemontowany.
 
Jestem oburzony faktem, że większość społeczeństwa godziła się na wykorzystywanie mediów w walce politycznej. Tak, w tej kampanii wyborczej osiągnięto nowy szczyt, gdy węgierskie media publiczne zostały zalane fake newsami. Droga to tej sytuacji była jednak daleka, a wiele osób pomogło rządzącym w systematycznym rujnowaniu tego zawodu.
 
Ludzie już nie słuchają, gdy wyliczamy korzyści wynikające z członkowstwa w Unii Europejskiej albo bronimy demokracji. Owszem, to, co się dzieje, może być fatalne w skutkach, ale część odpowiedzialności za taki stan rzeczy ponosimy my sami. A co z odpowiedzialnością piszących? To pytanie zadał były redakcyjny kolega z gazety Népszabadság, gdy w 2014 r. Orbán po raz drugi wygrał wybory, uzyskując większość dwóch trzecich. Kolega skierował swoje pytanie do lewicowo-liberalnej inteligencji, która jego zdaniem przez swoją arogancję, małostkowość i upór stworzyła podatny grunt dla ponownego zwycięstwa Fideszu. Od kwietnia to samo pytanie zadaję moim kolegom, ponieważ uważam, że niektórzy z nas są wykorzystywani do cynicznych rozgrywek politycznych. Reporterzy prorządowi działają z nadania, a liberalni – z bezsilności.

Reagowaliśmy na wszystkie polityczne prowokacje i o wiele za często odpowiadaliśmy szyderstwem. Pokazaliśmy się dokładnie z tej strony, z której chciał nas przedstawić Orbán – jako elita medialna, która z góry patrzy na obawy i troski zwykłych ludzi. To nieprawda, ale Orbánowi to nie przeszkadza. Wykorzystał nas i osiągnął zamierzony cel. 

„Popełniliśmy jeszcze jeden błąd – pozwalaliśmy sobie na drwiny z dziennikarzy prorządowych mediów“

Popełniliśmy jeszcze jeden błąd – pozwalaliśmy sobie na drwiny i pomówienia wobec dziennikarzy prorządowych mediów. Wprawdzie zasłużyli sobie na nie, ale nasze zachowanie umocniło ich w przekonaniu, że ich zakłamana praca ma sens – wreszcie znaleźli wroga, z którym mogli walczyć. Staliśmy się dla nich łatwym celem, ponieważ sami wystawiliśmy się na atak.  
 
Rok temu musiałem obserwować, jak podczas konferencji prasowej dwóch polskich dziennikarzy na oczach niemieckiej publiczności wdało się w ostrą polemikę. Męczyłem się razem z nimi. To jest właśnie sposób, w który na Węgrzech zatruto cały zawód dziennikarza.
 
Moniko, czy solidaryzujesz się z kolegami, którzy dają się wykorzystywać rządzącym w walce politycznej? W jaki sposób można zniwelować podziały wśród naszych kolegów po fachu celowo kreowane przez polityków? Sam już nie wiem, jak odpowiedzieć na te pytania.