Listy
Liczne przyjaźnie Hannah Arendt
27053275
|
Ilustracja: © Eléonore Roedel
W tysiącach listów, które napisała i otrzymała, przyjaźń jawi się jako jedna z największych i najgłębiej odczuwanych radości w życiu Hannah Arendt. Przyjaciele byli dla niej schronieniem, szczęściem i źródłem energii.
Madeleine Thien
Dlaczego nie napisałam wcześniej? Cóż, prawda jest taka, że nie mogłam powiedzieć „u mnie wszystko dobrze”.
W swoich pismach filozofka zastanawia się nad tym, co oznacza „kochać świat na tyle, by przyjąć zań odpowiedzialność”. Myślenie i działanie powracają w jej twórczości tak samo często jak motywy wykorzenienia, samotności, przebaczenia, nowych początków i miłości do świata. Dla Arendt myślenie stanowi formę wewnętrznego dialogu z samym sobą, poza sferą publiczną. Przynależy do prywatności nie dlatego, że nie da się go wyrazić słowami lub ma charakter wyznania, lecz dlatego, iż naznaczone jest brakiem spójności i potencjalnością oraz wciąż rodzi się na nowo. Ten rodzaj trwającego całe życie namysłu nie jest napędzany pragnieniem, by coś osiągnąć lub kimś się stać. Myślenie nie ma końca.
Samotność jest dla mnie jak powierzchnia kropli wody. Powietrze ponad nią, powierzchnia pod nią i światło – wszystko to jest niezbędne, tak jak świat i doświadczenie stanowią materię naszych myśli; zawsze w nich tkwimy, i one tkwią w nas. Lecz bez tej powierzchni, tej koniecznej samotności, ruch myślenia nie miałby swojego domu.
Czytając listy Arendt, można odnieść wrażenie, że samotność nie byłaby możliwa bez głębokich przyjaźni – wyboru, by towarzyszyć innym i pozwolić, by i nam towarzyszono w życiu.
Bardzo za Tobą tęsknię. Czasy są ciężkie – powinnyśmy być bliżej siebie.
Rzeki te przemierzał niegdyś wielki poeta Du Fu z dynastii Tang. Podczas straszliwej wojny domowej w VIII wieku wraz z rodziną należał do fali uchodźców wewnętrznych. Tysiąc czterysta wierszy, które napisał, opowiada o wizytach u przyjaciół – o wspólnym piciu, świętowaniu, żałobie, udzielaniu sobie schronienia, dzieleniu się żywnością i tym, co niezbędne do przeżycia. Oczywiste jest, że bez tych jasnych punktów na mapie życie – a tym bardziej sztuka – nie byłyby możliwe.
Kiedy czytałam korespondencję Arendt i myślałam o tym, co sama nazywała swoimi „przymusowymi podróżami po świecie” – w 1933 roku musiała uciekać z nazistowskich Niemiec i jako bezpaństwowiec bez dokumentów przemierzyła pół Europy i niezliczone tymczasowe schronienia, zanim w 1942 roku dotarła do Nowego Jorku – przypomniałam sobie o tej niezwykłej mapie Chin. Ląd i morze są na niej prawie nie do odróżnienia. Widać tylko różne stopnie światła – skupiska blasku i pojedyncze, samotne punkty.
Nieustanne, niespokojne wędrówki Arendt po powojennej Europie zasługują na uwagę. Stacjami na jej drodze nie są miejsca, lecz przyjaciele. Gdziekolwiek się znajdują, tam jest miejsce, do którego Arendt zawsze wraca.
Ciężko mi na sercu. Czy jeszcze się spotkamy? Oboje czujemy, że mamy sobie jeszcze wiele do powiedzenia.
W obszernej korespondencji, dostępnej dziś dla czytelników, Arendt jawi się jako osoba pełna życia i energii. Głos przenikający jej najważniejsze utwory – Korzenie totalitaryzmu, Kondycję ludzką, Ludzi w mrocznych czasach i Eichmanna w Jerozolimie – pobrzmiewa w tych listach w całej swojej złożoności: w pasji i niecierpliwości, ale też w cierpliwości, ironii, niezaprzeczalnej błyskotliwości, erudycji, łagodności i sardonicznym tonie, który często służył jej za maskę dla smutku.
Być może dlatego, że jestem powieściopisarką, zawsze ciekawił mnie prywatny wymiar osoby stojącej za książkami – wszystko to, co niewypowiedziane. Czasami pisarz okazuje się zaskakująco płaski, jakby wszystkie jego myśli i czyny były ostatecznie skierowane na zewnątrz, ku własnej chwale. W przypadku Arendt jest inaczej. Wciąż wracam do jej książek i listów, nie po to, aby się z nią zgadzać lub przyswajać jej myśli, lecz dlatego, że jej obecność pobudza mnie do zadawania pytań o sens mojego własnego myślenia – do zatrzymania się i namysłu. W liście z 27 czerwca 1946 roku Jaspers zawarł przenikliwą krytykę jednego z esejów Arendt (prawdopodobnie chodzi o niemiecką wersję tekstu The Seeds of a Fascist International; choć biografowie nie mają co do tego pewności):
W tym – i pozostałych czterystu trzydziestu trzech listach – tych dwoje filozofów nieustannie poddaje się wzajemnej krytyce, spiera się i mierzy z głębią wzajemnego myślenia. Odpowiadając na uwagi Jaspersa, Arendt zaczyna swój list od oceny jego pracy Problem winy. O politycznej odpowiedzialności Niemiec:
Mam wątpliwości co do Pańskiej definicji polityki nazistowskiej jako przestępstwa („winy kryminalnej”). Wydaje mi się, że zbrodni tych nie da się już ująć w kategoriach prawnych – i to właśnie stanowi o ich potworności. Nie ma odpowiedniej kary za takie zbrodnie; powieszenie Göringa jest wprawdzie konieczne, ale całkowicie niewystarczające.
List kończy się zaskakującym, radosnym wyrazem wdzięczności, typowym dla Arendt: „Kiedy teraz, niejako z zewnątrz, staje Pan przeciwko mnie… czuję, jakbym znów miała grunt pod nogami, jakbym znów wróciła do świata”.
Gdybym miała kontynuować, chciałabym napisać o relacji Arendt ze zmarłymi – z wielkimi poetami, z Rahel Varnhagen i Immanuelem Kantem – oraz o tym, jak pisała, że Jaspers w swoim monumentalnym dziele Die großen Philosophen rozmawia z Sokratesem, Konfucjuszem, Kantem, Buddą, Nagardżuną, Spinozą i wieloma innymi: „... wyrywa ich idee z porządku chronologicznego i to tak, jakby wkraczało się do ogromnego pałacu, w którym można znaleźć ich wszystkich w tym czy innym zakątku. Są sobie współcześni – a on rozmawia z nimi i przeciwko nim, czasem nawet dość niesprawiedliwie, jakby naprawdę tam byli”.
Dla Arendt i Jaspersa przyjaźń to przestrzeń, w której spotykamy się i naprawdę słuchamy siebie nawzajem – ponad czasem i miejscem, językami i kulturami. Dziś rano, przytłoczona ciężarem własnego smutku, spędziłam kilka chwil w towarzystwie Arendt. Kiedy wkrótce po wizycie u Jaspersa i jego żony Gertrud filozofka dowiaduje się o jego zbliżającej się śmierci, pisze do nich z daleka:
... teraz już wiem. I siedzę tutaj, myśląc o Was obojgu i o rozstaniu, które nas czeka, choć nie wiadomo, kiedy nadejdzie. ... nie potrafię wyrazić słowami, co czuję – już choćby dlatego, że ogarnia mnie wdzięczność za wszystko, co mi ofiarowaliście. Z miłością, Wasza Hannah