Victoria Wszystko za miłość

Victoria ©
© Solopan; mat. prasowe

Choć pod wględem formalnym „Victoria“ sytuuje się gdzieś pomiędzy eksperymentem a thrillerem, pod względem fabularnym okazuje się przejmującą opowieścią o samotności i frustracji, które każdego są w stanie sprowadzić na manowce.

Victoria (Laia Costa) jest sama. To widać w jej zachowaniu, właściwie w każdym ruchu. Nie jest brzydka, ale nie jest też piękna. I nie ma w sobie grama przebojowości. W berlińskim nocnym klubie, do którego przychodzi, widać to wyraźnie i boleśnie: jej obecność nikogo nie interesuje, niezagrabne próby poderwania barmana kończą się fiaskiem. I prawdopodobnie Victoria wróciłaby do domu bez żadnego towarzysza, gdyby nie czterech podpitych chłopaków, którzy zaczepiają ją po wyjściu z klubu. Gadka-szmatka kończy się wspólnym spacerem, potem kradzieżą piwa ze sklepu, następnie eskapadą na dach wieżowca, by powoli zacząć przybierać coraz bardziej niebezpieczne formy i w finale całkowicie wymknąć się spod kontroli. Winowajcą jest alkohol? Głupota? Prosta odpowiedź brzmi: tak. Ale jeśli przyjrzymy się Victorii bliżej, okaże się, że główną przyczyną jej zachowania jest samotność i frustracja – obie w rozmiarze XXL.
 

Klęska – i dalej nic


Samotność Victorii jest bardziej wyraźna i lepiej widoczna. Dziewczyna pochodzi z Hiszpanii, na co dzień mieszka w Madrycie. Do Berlina przyjechała zaledwie trzy miesiące temu i nie ma tu żadnych znajomych, zaś izolację tylko pogłębia bariera komunikacyjna: Victoria nie zna słowa po niemiecku (poprawka, zna jedno: „prost“, czyli na zdrowie). W stolicy Niemiec zarabia marne grosze, pracując w kawiarni. I to właściwie tyle. Słowem, nuda, samotność, pewnie niejedna łza wypłakana w poduszkę. Pytanie, skąd taka wolta życiowa? Czemu bystra i w sumie fajna dziewczyna porzuciła swoją dotychczasową egzystencję, rodzinę i przyjaciół, i uciekła do obcego kraju? Odpowiedź na to pytanie jest bardziej złożona, musimy dziewczynę poznać lepiej, pobyć z nią dłużej, by w drugiej godzinie włóczęgi po nocnym Berlinie być świadkami jej wstydliwego wyznania: Victoria właśnie próbuje pozbierać się po totalnej katastrofie zawodowej. Profesja, której poświęciła całe dzieciństwo i młodość, nie odwzajemniła się tym samym: dziewczyna okazała się nie dość dobra. Teraz, w nowym mieście i nowym kraju, próbuje wymyślić siebie na nowo – z kiepskimi rezultatami. I to, niestety, aż nazbyt dobrze tłumaczy jej irracjonalne zachowanie. Nieważne, że Sonne (Frederick Lau) i jego kumple poderwali ją, bo akurat się „nawinęła“. Nieważne, że panowie ewidentnie balansują na krawędzi prawa i wspólne imprezowanie nie może skończyć się dobrze. Nieważne, że w głowie zapalają się wszystkie lampki ostrzegawcze. Victoria jak ćma podąża za chłopakami i godzi się na kolejne ekscesy, choć te mogą się dla niej skończyć tragicznie. 

Wakacje od życia


Rajd po nocnym Berlinie w jakimś sensie stanowi dla Victorii wakacje od życia. Po końskich dawkach goryczy, załamania i poczucia klęski ten jeden, jedyny raz postanawia się całkowicie „znieczulić“. W dodatku Sonne coraz częściej odwzajemnia jej spojrzenia, więc jednonocne szaleństwo, oprócz oddechu od beznadziejnej egzystencji, niesie w sobie także zapowiedź miłości i odmiany losu. Tyle że wakacje od życia nie istnieją. Prędzej czy później musi nadejść poranek, kac i rachunek do zapłacenia. Ale w sytuacji, gdy życie naprawdę nie ma sensu, nie przyjmują tego do wiadomości nawet jednostki tak inteligentne i poukładane, jak Victoria. Film Sebastiana Schippera, nakręcony (to nie pomyłka!) jednym, 134 minutowym ujęciem, pulsujący rytmem techno i nasycony gorączką towarzyszącą przekraczaniu kolejnych barier, bardzo trafnie oddaje stany emocjonalne dziewczyny – zwłaszcza jej desperacką potrzebę akceptacji i miłości. Niestety, boleśnie obnaża również jej bierną postawę życiową. Victoria nie tyle czeka, co cała jest oczekiwaniem na to, że coś się stanie i odmieni jej życie. I gdy taka sytuacja w końcu się zdarza, wszystkie hamulce i trzeźwy osąd diabli biorą. A stąd już niedaleko do konkluzji, jak wątłe bywają podstawy naszej egzystencji, jak często rzeczy „wymykają się spod kontroli“ i „jakoś same się dzieją“ a my „możemy tylko patrzeć“. Świadomość, że tego rodzaju stan może przytrafić się (i przytrafia się) wielu z nas, sprawia, że „Victoria“ nabiera niewygodnej i niepokojąco uniwersalnej wymowy.