Toni Erdmann Mój ukochany wróg

Kadr z filmu "Toni Erdmann", Peter Simonischek jako Toni Erdmann
Kadr z filmu "Toni Erdmann", Peter Simonischek jako Toni Erdmann | © KomplizenFilm

Winfried Conradi to samotny emeryt. Rozwiódł się lata temu, z córką praktycznie nie ma kontaktu. Gdy podczas rodzinnego przyjęcia orientuje się, że Ines nawet na moment nie potrafi odkleić się od służbowej komórki, postanawia wkroczyć do akcji.

I tu pierwsza nieoczywistość. Winfried wcale nie jest uroczym staruszkiem w typie bożonarodzeniowym, który ze łzą w oku walczy o posklejanie rodzinnego patchworku. To trudny człowiek, jego życiową pasją jest płatanie bliźnim psikusów. O takich ludziach po angielsku mówi się „prankster”, czyli psotnik, dowcipniś, ale też złośliwiec. Ktoś, kto chętnie robi sobie żarty kosztem innych, wywołując skrajne emocje – także negatywne: strach, wstyd czy gniew. Po kilkunastu minutach obserwowania Winfrieda nietrudno zrozumieć, czemu rozpadło się jego małżeństwo i czemu córka tak kluczy, by kontakty z ojcem ograniczyć do akceptowalnego społecznie minimum.

I tu druga nieoczywistość. Ines, choć na pierwszy rzut oka przypomina klasyczną, zimną jak lód „korpo-sucz”, jest postacią co najmniej dwuznaczną. Bystra, inteligentna, witalna, naiwności ojca przeciwstawia może i gorzką, ale jednak trafną przenikliwość. Szybko orientujemy się, że jej charakter i życiowe ambicje są w dużej mierze produktem specyficznych warunków, w jakich się wychowała. Przy ojcu, który niczego nie traktował poważnie, wyrosła na osobę, która poważnie traktuje wszystko – zwłaszcza te aspekty życia, na które ma znaczący wpływ: pracę, karierę zawodową, czy zarobki.

Przy tak rozpisanej partyturze, następuje kolejny akt tragikomedii: oto tatuńcio-wariatuńcio rusza w ślad za córką, pracującą obecnie w „egzotycznej” Rumunii, by tam z jej korpo-życia zrobić piekło. Jako ekscentryczny biznesmen, Toni Erdmann, w peruce i ze sztucznymi zębami, będzie łaził za dziewczyną krok w krok, rozbijał jej biznesowe spotkania, puszczał bąki przy ważnych szefach, nachalnie podrywał koleżanki z branży, słowem, robił wszystko, by sztywny gorset Ines wreszcie się poluzował. Pytanie, czy metoda, którą obrał, rzeczywiście jest dobrą metodą? Bo że skuteczną, to raczej pewne. Ale czy doprowadzenie córki do ostateczności zaowocuje upragnionym katharsis? I czy o to tak naprawdę chodzi w miłości do dziecka? A jeśli nie, to o co?

Rok w montaŻowni

Dla Maren Ade (znanej polskiemu widzowi z komediodramatu „Wszyscy inni”) „Toni Erdmann” to – jak dotąd – dzieło życia. Także z racji nakładu sił i środków: 120 godzin materiału zdjęciowego (!) Ade montowała przez niemal rok. Na napisanie scenariusza i cały proces przedprodukcyjny także nie szczędziła wysiłków i cierpliwości.

Postać Winfrieda została luźno oparta na postaci ojca reżyserki, który ma zwyczaj zakładania sztucznych zębów i robienia psikusów najbliższym. W rolach głównych zostali – bezbłędnie! – obsadzeni Peter Simonischek jako Winfried Conradi / Toni Erdmann oraz Sandra Hüller jako Ines Conradi. Oboje dają popis aktorski najwyższej próby i – co najważniejsze – ich bohaterowie, to ludzie z krwi i kości, będący soczystą mieszanką zalet, wad i autentyzmu, który, wbrew pozorom, niełatwo osiągnąć na ekranie.



Przede wszystkim jednak „Toni Erdmann” to współczesne arcydzieło, film o którym trudno mówić, nie popadając w zachwyt. I, jak każde dzieło wybitne, można go czytać na wiele sposobów, a wszystkie kolejne interpretacje nie wykluczają poprzednich. Na pierwszym, najbardziej oczywistym poziomie, „Toni...” to opowieść o relacjach ojciec – córka, czy też szerzej: rodzic – dziecko. Wnikliwa, gorzka analiza znanej psychologom zasady: robimy wszystko, by „nie być, jak rodzice”, a finalnie, ze zgrozą, uświadamiamy sobie, jak bardzo jesteśmy do nich podobni. Szalony rajd Winfrieda po życiu Ines, obcej – jak się okazuje, dla niego osoby – staje się przepyszną okazją do ukazania ciągu emocji, które, raz po raz, między nimi wybuchają: od zaskoczenia, przez upokorzenie, wściekłość, rezygnację, obojętność, wzruszenie, aż do czegoś, co moglibyśmy nazwać melancholijną mądrością życiową.

Poznawanie drugiego człowieka to proces bolesny, a wiedza, jaką z tego wyniesiemy, niekoniecznie należy do kategorii zero-jedynkowej. To poziom najbardziej osobisty, intymny opowieści – zapewne wielu widzów (a być może wręcz wszyscy) znajdą tu odniesienia do własnych „bojów” z najbliższymi i przedziwnych refleksji, jakie temu zazwyczaj towarzyszą.

W Rumunii czyli na zesłaniu

Poziom drugi „Toniego Erdmanna” to kolejna analiza – tym razem powszechnej globalizacji i jej efektów. I tu wielkie brawa dla reżyserki, bo całą sytuację najprościej było przenieść gdzieś do dalekiej Azji i skupić się na nierównościach społecznych. Ade, jakby na przekór prostym skojarzeniom, akcję swojego filmu umieszcza w Rumunii. Z jednej strony to mrugnięcie okiem do miłośników kina. Kinematografia rumuńska od ponad dekady święci triumfy, uchodząc za jedną z najlepszych na świecie, a jedną z jej „wizytówek” jest fenomenalny Vlad Ivanov, przerażający Bebe z „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni”, który tutaj „przemazuje się” na drugim planie.

Z drugiej strony – Rumunia to bolesny przykład „Europy drugiej prędkości”. Niby należy do Unii Europejskiej, ale pod wieloma względami dzielą ją od niej lata świetlne. Ines, należąca do wyższej kasty korpo-świata, jest tego w pełni świadoma. Rumunię traktuje jako rodzaj zesłania, więc w oczekiwaniu na upragniony awans i wyjazd do Singapuru, korzysta ze swojej przewagi zawodowej, balansując gdzieś pomiędzy statusem klasycznej, mobbingującej szefowej, a kogoś w rodzaju bóstwa dla swoich młodych podwładnych. Nowoczesny kolonializm? Ależ oczywiście, „Toni Erdmann” to także jadowita satyra na korpo-świat, ze wszystkimi jego przyległościami, patriarchalną strukturą i licznymi sygnałami, że dziewczynki, nawet te najambitniejsze, dla szefów zawsze pozostają dziewczynkami. Gdy zrobią swoje, mogą odejść.

Żeby jednak nie było za poważnie, koniecznie należy dodać, że „Toni Erdmann” to zarazem jedna z najlepszych komedii, jakie powstały w ostatnich latach i prawdopodobnie najśmieszniejszy film w historii niemieckiej kinematografii. Kapitalna mieszanka powagi i błazenady, śmiechu i wzruszenia. Wszystkie elementy opowieści Maren Ade splata zaś w tak niebywale sprawny sposób, że po seansie „Toniego Erdmanna” nie pozostaje nic innego, jak bić brawo na stojąco. Co więcej, po jakimś czasie w widzu rodzi się wyjątkowo rzadkie w dzisiejszych czasach odczucie: świadomość, że ma do czynienia z czymś, czego jeszcze nie widział. Oto największa z filmowych sztuk – skonstruować historię z powszechnie znanych składników, ale w sposób, jakiego nikt dotąd jeszcze nie wymyślił.
 
Toni Erdmann (Toni Erdmann)
Niemcy 2016
Reżyseria: Maren Ade
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Premiera polska: 27 stycznia 2017