O co chodzi z... Niemcami po wyborach Gorzkie zwycięstwo

Stimme für AfD
Źródło: flickr.com; Foto © Dennis Skley

Rekordowy wynik wyborczy skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec pokazał, że do tego kraju także dotarła fala populizmu. Przyczyn tego trendu szuka Christoph Bartmann. 

Zwycięstwo Angeli Merkel we wrześniowych wyborach do Bundestagu nie było trudne do przewidzenia. Nie spodziewano się jednak, że będzie miało tak gorzki smak. Znaczące straty odnotowane przez partie CDU i CSU, niewiele mniejsze straty w SPD, stagnacja Zielonych i Lewicy – prawdziwymi zwycięzcami tych wyborów zostały partie FDP i AfD. Obie były nieobecne w parlamencie poprzedniej kadencji, a w tych wyborach podwoiły swoje wcześniejsze wyniki. Poparcie wynoszące 12,6% dla AfD (Alternatywa dla Niemiec) wywołało szok, który trwa nadal, przynajmniej u pozostałych 87% wyborców. Po raz pierwszy w powojennej historii Niemiec w Bundestagu znalazła się partia skrajnie prawicowa, na dodatek wprowadzając do parlamentu aż 94 posłów (dwoje z nich już teraz wystąpiło z partii). Co się stało?

Myśl, która nasuwa się jako pierwsza i jest poparta liczbami, każe szukać przyczyny we Wschodnich Niemczech – na przykład w Saksonii AfD stała się wręcz drugą największą siłą polityczną. Saksonia już od dłuższego czasu znajduje się pod obserwacją – opinia publiczna śledzi sytuację w tym kraju związkowym odkąd ruch Pegida (Patriotyczni Europejczycy przeciw Islamizacji Zachodu) rozpoczął regularne marsze nastawione równie wrogo wobec imigrantów jak wobec rządu. W roku 1989 w Saksonii rozpoczęła się pokojowa rewolucja. Ówczesne hasło „To my jesteśmy narodem“ („Wir sind das Volk“) zostało ponownie użyte przez Pegidę i zyskało nowy sens. To my jesteśmy narodem, który wówczas protestował przeciwko ograniczeniom wolności przez komunistów i który dziś sprzeciwia się odbieraniu wolności (albo raczej swojego stylu życia) przez nowych wrogów – Angelę Merkel i uchodźców, których wpuściła do kraju, a więc grupę rozpieszczaną przez państwo, w którym źle się żyje jego własnym obywatelom. W Niemczech nie żyje się jednak aż tak źle – bezrobocie we wschodniej części kraju wynosi obecnie 7,1%. W powyborczy poniedziałek, 25 września, rozpoczęła się wielka dyskusja, która nie ucichła aż do dziś – czy „my“, którzy tak bardzo staraliśmy się o integrację imigrantów, zapomnieliśmy o integracji mieszkańców Wschodnich Niemiec? W Dniu Jedności Niemiec, 3 października, narodowy kac powyborczy osiągnął swoje apogeum.

Niektórzy podchwytują tę narrację, wylewając dziecko z kąpielą. Czy gospodarka Wschodnich Niemiec ma się aż tak źle? Wcale nie. Kto chciałby odwiedzić pogrążony w kryzysie region Niemiec, powinien udać się do Północnej Nadrenii-Westfalii. Czy problemy gospodarcze przyczyniły się do sukcesu AfD? Wcale nie. W zamożnym bawarskim mieście Ingolstadt AfD także uzyskała rekordowe poparcie. Alternatywa dla Niemiec cieszy się największą popularnością tam, gdzie nie ma uchodźców – czy wyborcy boją się zatem wyimaginowanych problemów? Takie stwierdzenie także mijałoby się z prawdą. W Bawarii widzimy na przykład, że AfD najsilniejsza jest w miejscach, które najbardziej dotkliwie odczuły falę uchodźców na jesieni 2015 r. Zdawałoby się, że po 25 latach integracja Wschodnich i Zachodnich Niemiec już się dokonała. Jednak to nieprawda – różnice kulturowe będą dostrzegalne jeszcze przez wieki. Wielu mieszkańców Wschodnich Niemiec wciąż ma poczucie, że czegoś im brak, że nikt nie słucha ich głosu, tak, jak gdyby grali w drugiej lidze. To prawda. To się nie zmieni, dopóki elity gospodarcze, społeczne i kulturalne składają się głównie z przedstawicieli Niemiec Zachodnich. 

A może będą podejmowane próby zakopania podziałów między Wschodem a Zachodem Niemiec poprzez jeszcze większe niż dotychczas inwestycje, podczas gdy poparcie dla AfD pozostanie bez zmian. To partia niezadowolonych z całych Niemiec. Trudno będzie poznać przyczyny tej frustracji, a jeszcze trudniej – je zlikwidować. Wyborcy AfD boją się globalizacji. Nie poznają już własnej „ojczyzny“ – zbyt duża liczba obcokrajowców, wzrost przestępczości (liczby nie potwierdzają tej tezy jednoznacznie), gorsze traktowanie ludności miejscowej, elity, które w ich mniemaniu wyśmiewają się z problemów warstw gorzej usytuowanych i tak dalej. Potencjał wyborczy partii wychodzących naprzeciw takim nastrojom zarówno w Niemczech, jak i na świecie jest o wiele wyższy niż 12,6%. Dlatego przedwczesne byłoby stwierdzenie, jakoby Alternatywa dla Niemiec miała ponieść w parlamencie klęskę z powodu partyjnych walk wewnętrznych i braku dyscypliny. Wręcz przeciwnie, należy obawiać się, że jej skrajnie prawicowe hasła w Bundestagu staną się nieustannie emitowaną reklamą dla AfD. Na przykładzie Donalda Trumpa i innych polityków widać, że w tym braku respektu dla zasad polityki i odważnym łamaniu tabu jest metoda. To celny cios wymierzony bezpośrednio w rzekomą elitę i jej „poprawność polityczną“. Z ciekawością będziemy obserwować, jak przedstawiciele politycznego centrum poradzą sobie z rozprzestrzenianiem się dobrze zaplanowanej głupoty. Ci, którzy należą do 87% osób niezadowolonych z wyniku wyborów, będą musieli zadać sobie pytanie o to, co ich łączy w tej walce przeciwko wspólnemu wrogowi. Póki co takich elementów nie ma wiele. Nowy rząd nie może liczyć na taką stabilność, jak w poprzednich kadencjach. W odróżnieniu od wcześniejszych ekip jest jednak skazany na sukces – musi zatrzymać skrajną prawicę.