Niemcy dziś – reportaże Jesteś rodzicem, przemyśl to

Kawiarnia Kiezkind na Prenzlauer Bergu
Kawiarnia Kiezkind na Prenzlauer Bergu | Źródło: Flickr © Thomas Angermann

Kiedy byli mali, mówiło się: „Dziecko musi działać“, używając słowa „funktionieren“, czyli nie marudzić i nie zgłaszać wątpliwości. Dziś, gdy sami są rodzicami, ich priorytetem jest słuchać i zadowolić dziecko. Temu, jak wychowują nowocześni niemieccy rodzice, przygląda się Agnieszka Wójcińska, reporterka Rekolektywu.

W sobotnie listopadowe popołudnie na berlińskim Helmholtzplatz jest pusto. Dwie pary idą z dziećmi w stronę placu zabaw, inna, z maluchem w chuście, zmierza do tutejszej kawiarni. W letnich miesiącach w weekendy zazwyczaj bywa tu tłumnie, bo w soboty na placu odbywa się targ z żywnością od rolników, miodami i innymi zdrowymi produktami, zaś w niedziele pchli targ, gdzie mieszkańcy dzielnicy sprzedają używane rzeczy dla dzieci. Zielony w lecie plac, dziś pełen bezlistnych drzew, wygląda szaro. Jedynie czteropiętrowe kamienice stoją wokół niego niezmienione w eleganckim szeregu, z klatkami, które wyłożono stylowymi kafelkami w szachownicę i opatrzono mosiężnymi tabliczkami domofonów.
 
Za to w Kiezkind, kawiarni dla dzieci i rodziców, której budynek stoi na skraju placu, jednych i drugich jest całkiem sporo. To prawdziwy raj dla rodzin. Są tu książki i zabawki, a nawet, rzecz wyjątkowa, piaskownica we wnętrzu. Przed budynkiem stoją kolorowe jeździki. Na tablicy menu oprócz kawy i herbat jest kakao, mleko z miodem i baby latte – kawiarniana propozycja specjalnie dla dzieci (w niektórych niemieckich czy amerykańskich kawiarniach nazywane też babyccino), czyli spienione ciepłe mleko, które stało się znakiem rozpoznawczym nowoczesnych matek, które przychodzą z dziećmi do kawiarni.
 
Helmholtzplatz to serce dzielnicy Prenzlauer Berg, a Kiezkind to jej esencja. Od jakichś 10 lat ta część Berlina w Niemczech i za granicą uchodzi za miejsce idealne do wychowania dzieci. Pod koniec lat 90. miasto zaczęło remontować stare zniszczone kamienice, często jeszcze z piecami kaflowymi opalanymi węglem. Dzielnica, która kiedyś należała do prostych ludzi, opozycjonistów i punków, zaczęła się gentryfikować. Mieszkańców komunalnych lokali przesiedlano do bloków, a do wyremontowanych domów wprowadzali się nowi lokatorzy, klasa średnia, przyjezdna w Berlinie, ludzie wolnych zawodów, akademicy i artyści, którzy rodzili dzieci. Dziś szacuje się, że ma je 80% mieszkańców. Za tymi zmianami poszła infrastruktura – zwolniony ruch na ulicach, wysyp małych sklepików z ubrankami z wełny jaka i organicznej bawełny, sklepów z bio żywnością, placów zabaw i kawiarni takich jak Kiezkind, przyjaznych rodzicom z dziećmi. Na ulicach roi się od rowerów z przyczepkami i specjalnymi wagonikami do wożenia maluchów.

Tutejsi rodzice uchodzą za wyjątkowo zaangażowanych i poważnie podchodzących do swojej roli, aż za poważnie. Do tego stopnia, że doczekali się satyrycznego komiksu na swój temat [1] i krytycznej książki Lassen Sie mich durch, ich bin Mutter (niem. Proszę mnie przepuścić, jestem matką) [2]. Dlatego to od Prenzlauer Bergu zaczynam poszukiwania nowych trendów w niemieckim rodzicielstwie.

Trend 1, przemyślane rodzicielstwo

Felix, trzydziestokilkulatek, siedzi w kącie Kiezkind Cafe, pije latte i z uwagą czyta coś na komórce. Od czasu do czasu zerka na czteroipółletnią córkę Polinę, która bawi się w kawiarnianej piaskownicy. Rodzina Feliksa jest dość typowa dla tego miejsca, choć nie mieszkają już na Prenzlauer Bergu, tylko w pobliskim Gesundbrunnen, a dziś przyjechali tylko do ulubionego sklepu z ubraniami dla dzieci. Felix pracuje w administracji, jego żona Veronica robi filmy animowane. Rodzicami zostali, gdy on miał 34 lata, ona 29. Na Prenzlauer Bergu rodzicielstwo po trzydziestce czy przed czterdziestką nie jest rzadkością, co zresztą odzwierciedla ogólnonarodową tendencję. Statystyczna Niemka rodzi pierwsze dziecko, gdy ma 29,5 roku. Dzielnica wyprzedza natomiast ogólnoniemieckie statystyki, jeśli chodzi o liczbę dzieci (wiele rodzin ma dwoje lub troje), która w 2015 roku wyniosła 1,5 dziecka na osobę (co plasuje Niemcy dość nisko w Europie, ale i tak jest najwyższym wynikiem od zjednoczenia). [3]

W telefonie Felix ma otwartą jedną z książek Jespera Juula, duńskiego psychologa dziecięcego popularnego wśród postępowych berlińskich rodziców, który kładzie silny nacisk na podmiotowość dziecka. Felix szuka w jego książkach odpowiedzi na szereg pytań, które z żoną zadają sobie każdego dnia na temat wychowania córki. Jakich? Na przykład, co Polina powinna wiedzieć i robić sama w określonym wieku? Czy nie narzucają jej zbyt wielu obowiązków? Czy to normalne, że dziewczynka się złości? Jak często się to powinno zdarzać i jak długo trwać?
Bo zdaniem Feliksa obowiązkiem rodzica jest myśleć, jak być rodzicem. To duża zmiana w stosunku do tego, jak on był wychowywany.
 
– Moja matka nie zastanawiała się zbytnio nad więzią rodzica i dziecka albo nad tym, czy mogła postąpić inaczej odnośnie mojej edukacji – mówi mi Sonja Volkmann. – Ja, żyjąc na Prenzlauer Bergu i wychowując syna, myślę nad każdą kwestią z nim związaną i nieustannie obawiam się, czy nie popełniłam błędu. Pamiętam debaty z matkami z sąsiedztwa, czy podać dziecku marchewkę czy pasternak jako pierwsze warzywo. Kiedy opowiadałam im, że zdecydowałam się na marchew, mówiły: „Nie jestem przekonana. Czytałam, że według najnowszych badań to nie najlepsze“. Pełna profesjonalizacja – jak w pracy, musisz być na bieżąco, znać wyniki badań, wiedzieć, co na to twój pediatra. Albo ta cała filozofia, żeby nie dawać butelki, tylko jak najdłużej karmić piersią. Dałam Ole butelkę, gdy miał pół roku, bo brałam antybiotyk, ale cały czas ściągałam mleko, żeby mógł potem wrócić do ssania. I byłam okropnie zestresowana, czy to się uda.
Sonja jest dziennikarką, jej mąż specjalistą IT. Syn, dziewięcioletni Ole, jest właśnie na urodzinach u kolegi. Na Prenzlauer Bergu mieszkają od 10 lat. Siedzimy w przestronnym połączonym z kuchnią salonie ich mieszkania w eleganckiej kamienicy (białe ściany, szerokie stare deski na podłodze, wysokie okna), a Sonja opowiada, że takich debat jak ta o marchewce i pasternaku odbyła z lokalnymi matkami mnóstwo.
 
– Dla nas, późnych rodziców dziecko jest rodzajem projektu. To bardzo świadoma rzecz, znacząca decyzja – tak czy nie, teraz czy później, jedno czy dwa, nie coś, co się przydarza. Cały czas czujesz presję. Czy odpowiednio je traktujesz? Czy właściwie edukujesz? – opowiada. – Kiedy po książkach Jespera Juula dla równowagi sięgnęłam po książki niemieckiego psychologa Michaela Winterhoffa, jak stawiać dzieciom granice, miałam poczucie winy. Myślałam o tym, że przecież mój syn powinien być szczęśliwy. 

Trend 2, dziecko ma potrzeby i odnajduje siebie

Sonja z zachwytem opowiada, że Ole trafił do przedszkola, gdzie z początku nie było zabawek, tylko przestrzeń i poduszki, dzięki którym dzieci miały rozwijać kreatywność. W starszej grupie, po kilku tygodniach takiej zabawy, wychowawcy pytali dzieci, jakie zabawki chciałyby mieć w sali. Proste, drewniane klocki cieszyły się dużą popularnością.
 
Gdy pytam Feliksa, co jest dla niego najważniejsze w wychowaniu, myśli długo, a potem mówi, że danie córce pola dla eksplorowania jej indywidualności i odkrycia, co ją interesuje.
– Filozofia moich rodziców była taka, że żyją własnym życiem, a dzieci mają się dostosować, nikt nas nie pytał o potrzeby czy życzenia – mówi Felix. – Dziś jednym z rodzicielskich priorytetów jest zadowolić dziecko.
 
– W latach 80., kiedy byłam mała, panowało przekonanie, że trzeba się starać, żeby dziecko zostało dobrym człowiekiem – opowiada Nina Mueller. – Takie emocje, jak wściekłość czy niechęć nie były dobrze widziane. Mówiło się: „Dziecko musi działać“, używając słowa „funktionieren“, czyli nie marudzić i nie zgłaszać wątpliwości.
Marcin Piekoszewski, mąż Niny: – Co w sumie nie różni się od polskiego modelu wychowania z tamtego czasu, którego podstawą było: „bądź grzeczny“ i „siedź ładnie“.
 
Nina i Marcin są dowodem, że nie tylko na Prenzlauer Bergu rodzice chcą wychowywać na nowo. Są z Neukölln, gdzie prowadzą polsko-niemiecką księgarnię Buchbund. Gdy wchodzę, podają mi smakową herbatę, bo można się u nich też napić czegoś ciepłego, posiedzieć, poczytać albo popracować. W Berlinie mieszkają od 13 lat, ona pochodzi z Frankonii w Bawarii, on z Kluczborka. Ich starsza córka, siedmioletnia Mira, chodzi do szkoły publicznej w Kiezu (obszar w najbliższym sąsiedztwie). Dla syna Adama, dziś dwulatka, już teraz poszukują wolnej szkoły (coś podobnego do pojawiających się w Polsce szkół demokratycznych), czyli takiej, w której dziecko decyduje, czym się zajmuje i na czym skupia, odkrywając w ten sposób swoje prawdziwe zainteresowania.
 
Ale nawet publiczne szkoły uwzględniają to założenie. – Wdrożony w nich berliński program edukacyjny przyjmuje, że dziecko jest, jakie jest, a nie jakie być powinno, chodzi swoimi drogami i uczy się samo, a dorośli tylko wspierają je w tym i towarzyszą mu aktywnie, słuchając i reagując na jego potrzeby – charakteryzuje podstawową ideę programu Hubert Kopeć, ożeniony z Niemką wychowawca w polsko-niemieckim przedszkolu, ojciec siedmio- i dziewięciolatka.
 
– Bo tutaj dzieci się słucha – mówi Anna Hoffman, mama ośmioletniego Filipa i prawie półtorarocznego Jarona. – Jeśli coś jest nie tak, schodzi się do poziomu dziecka i zastanawia, o co chodzi. Nie ma typowego dla Polski tupnięcia nogą, do którego sama czasem mam skłonności. Wydaje mi się, że dzieci są przez to bardziej pewne siebie i znają granice.
 
– Nawet jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe – dopowiada Nina. – Rodzice z naszego otoczenia nie traktują ich jako inwestycji w przyszłość. Raczej szukają czegoś, co będzie im pasować i sprawiać przyjemność.

Trend 3, dziecko istota społeczna

– Jaron poszedł do przedszkola, kiedy miał rok – mówi Anna. – Tu jeśli ktoś czeka z tym dłużej, to coś jest nie tak. Albo chce posłać dziecko do placówki waldorfskiej, które przyjmują od 1,5 roku, albo ma ochotę posiedzieć w domu, albo jest nadopiekuńczy.
 
Spotykamy się w jej przestronnym i jasnym mieszkaniu na nowym osiedlu w okolicach Treptower Park, które wcina się z wdziękiem w tkankę starych budynków. W Berlinie w łączeniu starego z nowym osiągnęli mistrzostwo. Anna, która pomaga zagranicznym firmom otwierać placówki w Niemczech, mieszka w tym mieście od 15 lat, podobnie jak jej mąż Björn, informatyk. Ona jest ze Szczecina, on z kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn. Anna mówi, że nie zna tu żadnej rodziny, która miałaby dla malucha nianię na stałe. Wsparcie dziadków mają nieliczni, bo ci jeszcze pracują albo mieszkają daleko. Zresztą nie jest dobrze widziane, żeby babcia zostawała z wnukiem, bo dziecko potrzebuje towarzystwa innych dzieci. Przyznaje jednak, że sprawa ma się nieco inaczej na Zachodzie, gdzie przedszkola są droższe, więc częściej zdarza się, że w opiece nad dziećmi uczestniczą dziadkowie albo mama zostaje dłużej w domu. Jaron, jak wiele dzieci, spędza w przedszkolu 8 godzin dziennie.
 
– Niania to specyfika polska – potwierdza Marcin z Buchbundu. – Jeśli już ktoś ją ma, to ludzie bardzo zamożni i jest to sprawa praktyczna, nie zamiast przedszkola, ale oprócz niego. Bo przedszkole to kwestia nauki życia społecznego od małego, nie tylko ułatwienie dla rodziców.
Syn jego i Niny też poszedł do przedszkola, kiedy miał rok. Dużego, państwowego. A specyfiką berlińską są też Kinderläden, czyli „sklepy z dziećmi“, malutkie placówki zakładane oddolnie przez rodziców. Często w pomieszczeniach po sklepach na parterze budynków, stąd nazwa. Rodzice zatrudniają wychowawczynie, sami gotują albo decydują o rodzaju kuchni i doborze zabawek. Tak jak państwowe przedszkola finansuje je państwo. Do tego roku przedszkola w kraju związkowym Berlin były bezpłatne od trzeciego roku życia, teraz od pierwszego.
 
– Grupowość i współdziałanie od najmłodszych lat traktowane są jako priorytet, berliński program edukacyjny też kładzie na to nacisk – mówi Anna. – W przedszkolu mówiono nam, żeby nie uczyć dzieci czytać, bo nauczą się razem, w szkole. A kiedy na początku pierwszej klasy pytaliśmy wychowawczynię Filipa o matematykę czy niemiecki, mówiła: tego się przecież nauczy, ale może poszedłby pograć w piłkę do jakiegoś klubu, żeby poćwiczyć umiejętność współpracy.

Trend 4, luz i zaufanie

Deszczowy letni dzień, a w wielkiej kałuży pod przedszkolem w samych pieluszkach siedzi gromadka maluchów w wieku rok-półtora i chlapie naokoło. Taki obrazek odmalowuje mi Hubert, wychowawca w polsko-niemieckim przedszkolu w na granicy Prenzlauer Bergu i Friedrichshain. I dodaje, że oczywiście po niedługim czasie opiekunki wszystkie dzieci wysuszą i przebiorą. Czy wyobrażam sobie taką sytuację w polskiej placówce? Raczej nie. Bo ilu polskich rodziców uznałoby takie aktywności za wynaturzenie groźne dla zdrowia dzieci?
 
Zdaniem Huberta, ta scenka dobrze oddaje podejście Niemców do przebywania na zewnątrz, które można streścić w zdaniu: „Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania“. To nawet nie jest nowy trend, raczej zasada obecna w niemieckiej kulturze od dawna. Jego przejawem we współczesnym Berlinie są choćby wycieczki rowerowe całych rodzin mimo niskiej temperatury i szarugi na zewnątrz czy wożenie dzieci rowerami praktycznie przez cały rok – maluchów w chuście, potem w wagoniku albo foteliku. Dla mnie to dowód, jeden z wielu, na luz w podejściu berlińskich rodziców do dzieci. 
 
Widać go też w tym, że wielu z nich nie przykłada szczególnej wagi do ubrań czy gadżetów dla dzieci. Rzeczy z second handów są dobrze widziane i jak zapewnia mnie Sonja, nawet na Prenzlauer Bergu nie jest tak, że powinnaś mieć wózek czy butelkę określonej marki.
– Nikt nie robi też kwestii z tego, że dziecko ma plamę na bluzce albo się ubrudziło w czasie zabawy – mówi Nina.
Konsekwencją jest zaufanie do dzieci i otwartość na ich samodzielność.
– Kiedyś poszłam z grupą przedszkolną Filipa jako dodatkowa opieka – opowiada Ania. – Dzieci miały wtedy po cztery lata i po wyjściu z przedszkola po prostu się rozbiegły. Stałam w szoku, a przedszkolanka idzie spokojnie, patrzę, a one jak jeden mąż zatrzymują się przed ścieżką rowerową, potem przed ulicą.
 
– Widać to też na placach zabaw – mówi Marcin, mąż Niny. – W porównaniu z polskimi placami, instaluje się tutaj znacznie wyższe konstrukcje, czasem do 4 metrów, a mimo to rodzice nie wiszą nad dziećmi i nie pilnują każdego ich kroku. Kiedy Mira miała 2,5 roku, byliśmy na placu zabaw z jej rówieśnikiem Kacprem i jego mamą. Ona stała tyłem do ścianki, po której on się wspinał. Kiedy był na wysokości jej głowy, zacząłem tracić wątek rozmowy. A ona spojrzała może raz i to było naturalne. Jeśli spadnie, to na dole jest piasek. W ten sposób dzieci uczą się świata.

– „Nocowanki“ u kolegów zaczynają się, gdy dzieci mają 3-4 lata. Wcześnie pozwala im się także chodzić samym do szkoły – dopowiada Nina. – Mira zaczęła pod koniec pierwszej klasy, najpierw z koleżanką. Ona ma wolność w dużym mieście, jaką ja miałam w małym miasteczku.
– To zasadnicza różnica, z tego bierze się inny człowiek, z innym podejściem do świata, wypróbowywania go – konstatuje Marcin. 

Trend 5, najlepiej naturalnie

– Na pierwszym zebraniu w przedszkolu starszego syna była wielka awantura o to, że na deser były pączki – kiedy Anna to opowiada, uśmiecha się. – Skończyła się zabawnie, bo jedna mama powiedziała, że ona też da synowi pączka, ale jednego, więc chce mu go dać sama. W szkole jest zasada, że nie ma słodyczy, nasz syn dostaje wodę i owoce, nie ma sklepiku ze słodyczami. Ja się staram kupować dobre jedzenie. Podobnie znajomi, ale nie ma wariactwa.
 
Na Prenzlauer Bergu słyszę, że dla niektórych rodziców cukier to największy wróg. Według stereotypów tę dzielnicę opanowało istne ekoszaleństwo: dieta wegańska, ubranka dla dzieci z wełny jaka i koniecznie drewniane zabawki. 
Rzeczywiście, małych sklepików z body z czystej wełny, naczyniami z biodegradowalnych tworzyw i drewnianymi zabawkami nie brakuje, a na obrzeżach dzielnicy, niedaleko Mauerparku, jest ciąg wegańskich sklepów: z jedzeniem, ubraniami i butami, zaś w centrum handlowym przy metrze Schönhauser Allee, w samym jej sercu, duży bio market.
– Wiele rodzin tu, na Prenzlauer Bergu, nie ma samochodu, my też nie – komentuje Sonja. – To lodówka stała się nowym wyznacznikiem statusu. To, czy masz w kuchni produkty organiczne i ekologiczne, mówi, kim jesteś. Ale mało znam osób, które mając małe dzieci przestrzegałyby diety wegańskiej, bo to trudne w realizacji.
Zaraz też dodaje, że używanie wyłącznie eko produktów to pewien ideał, który nie zawsze się realizuje. Sama chętnie robi zakupy w sklepach z bio żywnością i piecze chleb, ale kiedy jest w biegu, kupuje też w zwykłych sklepach, także pieczywo. Podobne podejście mają inni berlińscy rodzice, których spotkałam.
 
– Nacisk na eko widać szczególnie przy pierwszym dziecku albo kiedy masz jedynaka. Jest mnóstwo magazynów, które ci mówią, że najlepiej, żeby wszystko było bio i z naturalnych materiałów. Przy drugim przejmujesz się znacznie mniej, bo wiesz, że z plastikowymi zabawkami twoje dziecko też się wychowa – śmieje się Nina.  

Trend 6, aktywnie i uczestnicząco

Model wychowania, który obserwuję w Berlinie, wydaje się być na drugim biegunie niż np. typowy model amerykański, w którym po szkole rozwozi się dzieci na kolejne zajęcia, a zajmowanie się nimi często przejmują różne instytucje.
 
Berlińskie dzieci, z których rodzicami rozmawiałam, oczywiście chodzą na zajęcia, ale często jedne i np. w ramach szkolnej świetlicy, a po szkole spędzają czas z rodzicami. Anna mówi, że nie zna nikogo, kto by posłał dziecko na angielski, bo przecież jest od trzeciej klasy w szkole.

– Nasz syn chodził na bębny i pianino, więc stwierdził, że basen to już nie, bo on chce się bawić popołudniami. A ja się cieszę, jak możemy po pracy i szkole po prostu posiedzieć razem – mówi Anna. – W weekendy dużo rodzin jeździ razem na wycieczki rowerem, spędza czas w parkach, na basenie, w muzeum. Nie ma zwyczaju, że jak masz dzieci, to siedzicie w domu.
Rodzice uczestniczą w życiu dzieci, są w nim.
 
Dobrym przykładem są tu dziecięce urodziny, które przyjęło się robić w domu i z pomysłem, ale własnymi siłami, bez pomocy animatorów, jak to się zdarza w Polsce.
– W ostatnich latach na czasie jest „szukanie skarbu“, które rodzice muszą wymyślić i zorganizować – mówi Hubert, ojciec siedmio- i dziewięciolatka. – Na urodzinach naszego starszego syna też było, a wcześniej zabraliśmy dzieciaki do muzeum historii naturalnej na oglądanie dinozaurów.
 
Co istotne, to uczestnictwo oznacza też partnerski udział ojców w opiece nad dziećmi. Anna po dwóch miesiącach od urodzenia Jarona wróciła do pracy, a Björn wziął 10 miesięcy urlopu rodzicielskiego i został z synem w domu.
Czasy, kiedy dziećmi zajmowała się tylko matka, która zostawała w domu nawet, jeśli skończyła studia (w myśl zasady „Kinder, Küche, Kirche“) – albo jak na Wschodzie pracowała „na 2 etaty“, w pracy i w domu – wydają się zdecydowanie odchodzić w przeszłość. Państwo wspiera takie rozwiązania. Urlop rodzicielski można podzielić między matkę i ojca w dowolnych proporcjach. Jeśli korzystają z niego oboje, mają w sumie prawo do 14 miesięcy, jeśli tylko jedno – do 12. W większości rodzin, które odwiedziłam, rodzice dzielili się opieką nad niemowlakiem.
– Ojcowie, tak jak matki, widoczni są z wózkami, dziećmi w przyczepkach rowerowych i na placach zabaw, a potem na szkolnych zebraniach – mówi Ania.

Trend 7, dziecko poznaje innego i się go nie boi

– Kiedy w zeszłym roku był zamach w Berlinie, Filip przyszedł z zadaniem domowym, żeby obejrzeć wiadomości dla dzieci – opowiada Anna. – Spytałam go, czy się boi, a on powiedział, że nie ma się czego bać, bo właśnie o to chodzi, żebyśmy się bali i że takie rzeczy się zdarzają. Rozmawiali o tym w każdej klasie i nikt nie mówił, że Arabowie są źli.
 
Berliński program edukacyjny, którego założenia realizują przedszkola i szkoły w tym mieście, „kładzie nacisk na inkluzję społeczną (udział osób z niepełnosprawnością, mniejszości kulturowych, etnicznych, religijnych) i jest zorientowany na aktualne potrzeby i problemy społeczeństwa i świata.“ I zwyczajnie to widać.
Nina opowiada, że w klasie Miry, która chodzi do publicznej szkoły w Kiezu, panuje całkowita mieszanka. Są dzieci z bogatych i mniej zamożnych rodzin, z tureckim i arabskim tłem migracyjnym, i takie, których rodzice pochodzą z Finlandii czy Izraela. Są dzieci lesbijek.
–Traktują to, jak to dzieci – po prostu lubią się albo nie. Choć poza szkołą jednak spotykają raczej z dziećmi z podobnym pochodzeniem – mówi.
 
Zróżnicowanie widać w wielu placówkach w takich dzielnicach wielokulturowych, jak Neukölln czy Wedding, choć niekoniecznie w zdominowanych wciąż przez białych mieszkańców Prenzlauer Bergu czy Moabicie.
 
Jest tak i w malutkim przedszkolu, do którego chodzi Amin, syn Fetihy Mabrouk, takim w stylu „sklepu z dziećmi“ na parterze kamienicy na Weddingu. Na dziesięcioro dzieci ponad połowa ma korzenie inne niż niemieckie. Poza nim, synem muzułmanów z tłem migracyjnym marokańskim, jest Lidia – córka Polaków, Fibi, której rodzice są Wietnamczykami, ale do Berlina przyjechali z Singapuru, Naima, której mama pochodzi z Somalii i chodzi w hidżabie czy Amaru – syn Polki i Meksykanina.

Trend 8, anty-trend, czyli nie ma jednego modelu

Fetiha jest anestezjologiem, jej mąż radiologiem. Oboje urodzili się w Niemczech. Kiedy pytam ją, co jest dla nich najważniejsze w wychowaniu niespełna dwuletniego Amina, mówi, że po pierwsze edukacja. Już teraz ona mówi z synem po niemiecku, tata po arabsku, bo jej zdaniem trzy pierwsze lata to podwalina dla dalszej nauki. Po drugie religia, bo to ona kształtuje charakter. Boleje, że w przedszkolu, do którego chodzi Amin, obecne są tylko święta chrześcijańskie.
 
O tych dwóch filarach nie wspomniał żaden inny rodzic, z którym rozmawiałam. Ich rodzina jest też szczególna, bo mama Fetihy przeprowadziła się spod granicy belgijskiej do Berlina, by na stałe pomagać przy wnuku.
 
– Bo w społeczeństwie wielokulturowym ścierają się różne modele i żaden nie jest normą – mówi Marcin. – To chyba kwintesencja tego, jak wychowuje się dzieci w Berlinie.
 
A Nina, jego żona, opowiada o programie w telewizji Vox Mein Kind, dein Kind (Moje dziecko, twoje dziecko), który oglądała będąc w drugiej ciąży. W każdym odcinku zderzano dwie matki lub ojców, którzy mieli okazję podejrzeć nawzajem swoje rodzicielskie działania, a całość komentowali widzowie o bardzo różnych profilach, także kulturowych.

– Pokolenie wcześniej moja matka mogła zobaczyć, jak robi to ciocia, koleżanka czy kuzynka, bo model wychowania był zasadniczo jeden – mówi Nina. – Oglądając ten program zrozumiałam, że teraz w Niemczech są rodzice, którzy biją i karzą, i tacy, którzy wychowują w totalnym luzie, ci, którzy wychowują dzieci na niezależnych ludzi i tacy, którzy się boją. Patrzę na swoje koleżanki i każda robi to zupełnie inaczej. Ma rację Jesper Juul, gdy mówi, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które chce wychowywać dzieci inaczej niż rodzice, ale nie wiemy jak, więc musimy eksperymentować.
     
[1] Die Mütter vom Kollwitzplatz autorstwa Ola, czyli Olafa Schwarzbacha; był publikowany w odcinkach w Berliner Zeitung, został też wydany jako książka.
[2] Anja Maier; Bastei Lübbe, 2011.
[3] Na podstawie wyników badania przeprowadzonego w 2015 roku przez Federalny Urząd Statystyczny (Destatis); https://www.destatis.de/DE/ZahlenFakten/GesellschaftStaat/Bevoelkerung/Geburten/Geburten.html/, dostęp 27.11.2017.