Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

O co chodzi z... niemiecką niedzielą?
Pielęgnowana nuda

W Niemczech w niedzielę obowiązuje zakaz handlu. Na przestrzeni dziejów zmieniały się tego powody – od religijnych po pracownicze. Niedziela zawsze była jednak dniem, w którym możemy po prostu odpocząć i zwolnić tempo.

 

Niemiecka niedziela jest tradycyjnie dniem spokojnym, równie spokojnym jak od niedawna w Polsce.  Wprawdzie to już nie ten sam spokój co kiedyś, gdy w Niemczech zamknięte były nawet piekarnie, a niedzielne wydanie gazety można było kupić co najwyżej na dworcu. Z młodości zachowaliśmy pamięć o niedzielach – dniach nudy absolutnej. Wtedy chodziliśmy jeszcze do kościoła, w „niedzielnym ubraniu“, a potem nudziliśmy się dalej podczas wizyt u krewnych, na obowiązkowych spacerach i przed telewizorem – to niemal cud, że zakaz konsumpcji w niedzielę nie objął też telewizji i mogliśmy spędzać czas na oglądaniu Mojego przyjaciela delfina i Mściciela z Laramie. Dziś w niedzielę można już wybrać się po bułki na śniadanie, stacje beznynowe przypominają supermarkety, są też wszelkiej maści kioski i otwarte do późna sklepiki „Späti“ – każdy, kto chce, może zrobić zakupy również tam. Mimo to niemiecka niedziela wciąż jeszcze jest raczej nudna. Większość uważa, że to dobrze i wcale nie marzy o super zliberalizowanej niedzieli na wzór amerykański.
 

Infografik: Ältere sind gegen Ladenöffnung am Sonntag | Statista
Mehr Infografiken finden Sie bei Statista


Tekst na grafice:
Osoby starsze są przeciwne otwieraniu sklepów w niedzielę.
Czy sklepy powinny być otwarte także w niedzielę?
lewa kolumna:            razem
środkowa kolumna:    osoby w wieku 18-29 lat
prawa kolumna:         osoby w wieku ponad 60 lat

 
Niemiecką niedzielę zawsze chciały chronić kościoły i związki zawodowe; interesujący przykład sojuszu klerykalno-socjalistycznego. W erze Bismarcka sojusz ów naciskał na ograniczenie dotychczasowej wolności gospodarczej. Przedtem można było otwierać i zamykać sklepy, kiedy się komu żywnie podobało. Od 1900 roku coraz bardziej ograniczano czas otwarcia placówek handlowych. Robiono to stopniowo, w kilku podejściach. Z pomysłem ograniczenia godzin otwarcia sklepów solidaryzowali się nawet naziści. Czynili to z uwagi na ochronę „wspólnoty ludowej“, chociaż już od dawna pozbawili związki zawodowe możliwości działania (inna sprawa, że wkrótce asortyment w sklepach i tak zaczął się kurczyć). Co ciekawe, w latach pięćdziesiątych również młoda Republika Federalna koniecznie chciała uchronić swoich obywateli  przed ekscesami konsumpcji. W 1956 roku z inicjatywy związków społecznych i kościołów przeforsowano jedną z najsurowszych na świecie ustaw o zakazie handlu w niedzielę. W dni robocze wszystko musiało być zamknięte o godzinie 18.30, w soboty już o 14.00, bardzo rzadko wypadała „długa sobota“, a jeszcze rzadziej niedziela handlowa. Gdy byliśmy dziećmi, nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, że w ogóle może być inaczej. Weekend zaczynał się już w sobotę o drugiej, od mycia samochodu, prac w ogrodzie i słuchania transmisji Bundesligi, a kto do tego czasu nie zaopatrzył się w skrzynkę piwa i chipsy, sam był sobie winien. Było w tym coś wspaniałego, ale nie mogło trwać po wsze czasy.

Minęły dziesięciolecia, nim głosy domagające się bardziej elastycznych godzin otwarcia sklepów zostały wysłuchane. Stało się to za rządów kanclerza Gerharda Schrödera. Wkrótce na mocy odosobnionej decyzji kanclerza sklepy mogły być czynne w soboty nawet do godziny 20.00 – a wszyscy, którzy w tygodniu chodzili do pracy, odetchnęli z ulgą (poza tymi, którzy sami pracowali w sektorze handlowym). Niedzieli nikt jednak nie ruszał, co najwyżej tylko nieznacznie. Zasadniczo nadal obowiązuje zasada, że to dzień, który dla wszystkich powinien być wolny od pracy. Co prawda w międzyczasie pojawiło się od tej zasady tysiąc wyjątków, ale generalnie w niedziele sklepy są zamknięte. Może również dlatego idea centrum handlowego, w którym w weekendy toczy się życie towarzyskie, nigdy nie cieszyła się w Niemczech zbyt wielką popularnością. Nawet jeśli religijna treść niedzieli też już gdzieś uleciała, pozostał z niej gest antykomercyjny. Sześć dni shoppingu wystarczy, siódmego należy odpoczywać.

W Polsce obserwujemy trend odwrotny. Podczas gdy w Niemczech trwają prace nad poluzowaniem rygorów zakazu handlu w niedzielę (choć z pewnością nie po to, by całkowicie oddać ten dzień handlowi), Polska dąży do przywrócenia starych czasów państwa socjalnego. Liberałowie w Niemczech, Polsce i innych krajach uważają, że wpływ państwa na godziny otwarcia sklepów to przeżytek – relikt po państwie autokratycznym.  Konserwatyści, czy to z lewa, czy z prawa, argumentują, że handlowi należy nałożyć ograniczenia. Z kolei kościół broni religijnej roli niedzieli i uważa, że nie licujące z nią potrzeby obywateli powinny być traktowane jako wtórne. Związki zawodowe mają na uwadze raczej interesy osób zatrudnionych w sektorze handlowym, mających kłopoty z pogodzeniem życia prywatnego z nieprzyjaznymi życiu rodzinnemu godzinami pracy podczas weekendu. Może argumenty na rzecz przeforsowania zakazu handlu w niedzielę, formułowane z punktu widzenia aktualnej polityki, nie wszystkich przekonują; nie znaczy to jednak, że takie rozwiązanie musi być złe.

Pielęgnowana nuda, którą tak dobrze znamy z niemieckich niedziel, zapanowała teraz również w Polsce. Za to zaczęły tworzyć się kolejki przed restauracjami, budkami z lodami, a nawet przed kasami muzeów, bo z dnia na dzień zamknięto centra handlowe. Wygnanie z zakupowego raju skutkuje tym,  że inaczej patrzymy na swoje miasto i zwracamy uwagę na szczegóły. Aż tyle możliwości spędzania czasu poza galerią handlową, kto by pomyślał? A jeśli komuś się nudzi, niech zatrzyma to uczucie i delektuje tą nudą jak największym dobrem, jakie może nam podarować niedziela.