Niemcy dziś - reportaże Oddaj głos na spaghetti

Dzieci w Familienzentrum Dolli Einstein Haus
Dzieci w Familienzentrum Dolli Einstein Haus | © AWO-Familienzentrum Dolli Einstein Haus

W Dolli Einstein Haus, pierwszym certyfikowanym demokratycznym przedszkolu w Niemczech, każdy ma głos – nawet, jeśli nie potrafi jeszcze mówić.

Delfiny gromadzą się we wtorki, punktualnie o 10.30. Wnęka wyłożona miękką matą i wyposażona w obowiązkowy w konferencyjnym anturażu flipchart zmienia się w salę obrad. Uczestnicy, dzieci i pedagodzy, najpierw stają w kręgu, biorą się za ręce, witają, a w końcu start oficjalnej części oznajmia dźwięk dzwonka. Wtedy można usiąść, oczywiście w kółku, po turecku. Chwilę trwa sprawdzanie listy obecności, bo trzeba ustalić dzisiejszą datę, a potem delfin Jonathan przelicza grupę (ośmiu chłopców i osiem dziewczynek), a najstarsza w grupie delfinka Lena protokołuje wszystko na tablicy. Po dziesięciu minutach przechodzimy w końcu do meritum: trzeba zaplanować zabawę karnawałową.

Pedagożka prowadząca zebranie przedstawia kolejne punkty: dekoracje, jedzenie, picie, a delfiny prześcigają się w pomysłach: namalujmy obrazy i powieśmy je na ścianach, ciasto czekoladowe, spaghetti, żelki, sok pomarańczowy, cola, cola nie, no coś ty, przecież jest u nas zakazana, no więc fanta, lody, batoniki, zróbmy łańcuchy, i jeszcze zamówmy galaretkę, no i lody, obowiązkowo lody. Atmosfera na sali ze spokojnej, wręcz rutyniarskiej (w końcu zebranie to cotygodniowy rytuał) szybko przeradza się w trudną do opanowania ekscytację. Gdy już wszystko zostanie ustalone, lista wieszana jest przy wyjściu, aby rodzice delfinów mogli zadeklarować, co każdy z nich przygotuje. Samym delfinom byłoby trudno, w końcu żaden nie skończył jeszcze sześciu lat, a w grupie są i trzylatki. Ale podejmowanie tego typu decyzji to dla nich nie pierwszyzna. W końcu przynależność do pierwszego certyfikowanego demokratycznego przedszkola w Niemczech zobowiązuje.

Jednopiętrowy Dolli Einstein Haus, który swoją nazwę zawdzięcza rezolutnej gęsi z popularnej bajki Janoscha, ukryty jest pomiędzy białymi domkami jednorodzinnymi z równo przystrzyżonymi trawnikami na jednym z osiedli Pinnebergu. Czterdziestotysięczne miasteczko to przede wszystkim sypialnia Hamburga, choć władze nadbałtyckiego landu Szlezwik-Holsztyn chciałyby, by było ono szeroko znane również z tutejszych lasów, które są ponoć jednym z największych obszarów szkółkarskich na świecie. Póki co jednak międzynarodową sławę przynosi miasteczku Dolli Einstein Haus. Przedszkole prowadzone przez organizację charytatywną AWO zdobyło oficjalny certyfikat „pierwszego demokratycznego przedszkola“ w ubiegłym roku. Jego personel zaczął eksperymentować z demokratyzacją jeszcze w 2001 roku, wprowadzając przedszkolny samorząd. Jednak pełne wdrożenie idei partycypacji zajęło dobrych kilka lat. Dziś wszystkie przedszkola AWO w Szlezwiku-Holsztynie muszą wykazać, że bazują swoją pracę na koncepcji „Kinderstube der Demokratie“ (Przedszkole demokracji). Do tej pory 9 tamtejszych placówek uzyskało certyfikaty, w najbliższym czasie dołączy do nich 50 kolejnych.

Chór maluszków

Wdrażanie demokracji w Dolli Einstein Haus odbywa się od samego rana, gdy misie i pandy – najmłodsze dzieci w wieku od roczku do 3 lat – zaczynają dzień od wspólnego śpiewania. Nie ma mowy o żadnym odgórnym wyznaczaniu piosenek, dzieci wybierają je same według przemyślnej procedury. Pedagożka Tanja Kohnfeld w jednej dłoni trzyma słoik ze zdjęciami dzieci, w drugiej – z symbolami piosenek. Z pierwszego słoika losuje się imię wybrańca, który danego dnia ma prawo wybrania piosenki. Choć uczestnictwo jest obowiązkowe, każde dziecko samo decyduje, czy chce śpiewać czy nie, pedagogom nie wolno do tego zmuszać czy specjalnie zachęcać.  

Pizza na śniadanie

Demokratycznie jest też przy śniadaniu. Konstytucja szkolna, czyli siedmiopunktowy, ilustrowany spis praw każdego przedszkolaka, głosi: „Ja decyduję, gdzie chcę siedzieć [przy stole]“ oraz „Ja decyduję, co i jak dużo jem“. Posiłek przygotowuje pani przedszkolanka wspólnie z dziećmi, które same nakrywają do stołu. Dziś stoją na nim talerzyki z żółtym serem, wędlinami (przy każdej jest rysunek kurczaka albo świnki, bo np. część dzieci ze względów religijnych nie jada wieprzowiny), warzywami, jogurtami i pastą jajeczną. Śniadanie jest od ósmej do dziesiątej, ale to od dziecka zależy nie tylko, co będzie chciało jeść, lecz także, czy w ogóle siądzie do stołu. Co jakiś czas każda grupa ma „śniadanie specjalne“, którego menu poddaje wcześniej głosowaniu na cotygodniowym zebraniu. Dzieciaki ogranicza wtedy właściwie tylko ich fantazja. Głosowania – za pomocą kolorowych szklanych kamyków – zdarzają się także w sprawie podwieczorku, gdy kilkulatkom przychodzi zdecydować, czy wolą sernik, tartę owocową czy ciasto czekoladowe.

Głosowanie maluszków w Familienzentrum Dolli Einstein Haus Głosowanie maluszków w Familienzentrum Dolli Einstein Haus | © AWO-Familienzentrum Dolli Einstein Haus Raz w tygodniu wszyscy przynoszą na śniadanie to, co jada się u nich w domu i dzieli się tym tak, żeby każdy mógł spróbować. Ponieważ 38% dzieci w przedszkolu pochodzi z innych kręgów kulturowych (część z nich urodziła się już w Niemczech, ale są i takie, które po niemiecku nie mówią z początku ani słowa), obok kiełbasek, orzechów czy sałatki ziemniaczanej lądują wtedy samosy, hummus czy pita.

Nie jesz? To nie!

Obiad jest o stałej porze, ale tu również panuje spora dowolność. – Żadne dziecko nie zakopuje u nas niechcianego kotleta pod ziemniaki, bo każdy nakłada sobie tylko to, na co ma ochotę. Ale zachęcamy do próbowania nowych rzeczy, stąd na stole stoi zawsze dużo małych miseczek. Ale bez presji – mówi dyrektorka przedszkola, Ute Rodenwald.

„Może się więc zdarzyć, że dziecko przez cały pobyt w przedszkolu nie tknie ani razu warzyw“, dedukuję.
„Owszem, może tak być. W praktyce widzimy jednak, że podejście, w którym wszystko jest ładnie podane i panuje życzliwa atmosfera, a dziecko widzi, że sąsiad pałaszuje coś, co wygląda na niejadalne, sprawia, że dzieciom łatwiej się przemóc. Czasem to tylko trochę trwa.“

Jakiś czas temu do jej przedszkola trafił kilkulatek z afgańskiej rodziny, która dopiero co przyjechała do Niemiec. Przez pięć miesięcy nie tknął jedzenia, bo prawdopodobnie nic nie przypominało mu tego, co znał z domu. W myśl tutejszej mocno przestrzeganej zasady, że nie wolno nikogo do niczego zmuszać, przez ten czas nikt nie namawiał chłopca do jedzenia. W końcu się przemógł i teraz je już normalnie. Dopytuję, co na to rodzice, którzy wiedzą, że dziecko wraca z przedszkola głodne albo martwią się, że nie je zdrowego szpinaku. „Staramy się otwarcie podchodzić do uwag rodziców i razem wypracowywać rozwiązania mieszczące się w ramach naszych zasad“, mówi dyrektorka.

W jej przedszkolu nie ma również leżakowania. Konstytucja gwarantuje przedszkolakom „prawo do spania“, więc jeśli są śpiące, mogą pójść się zdrzemnąć do jednego z pokoików wyznaczonego na „leżakownię“, gdzie zawsze czuwa jeden z opiekunów, ale żadnej poobiedniej drzemki nikt tu nie wyznacza.

Chleb i łzy

„U nas nie wolno używać argumentu «bo tak» ani «bo ja tak mówię». Jeśli odpowiedź na coś brzmi «nie», trzeba ją w miarę możliwości uzasadnić, przecież demokracja zakłada partnerskie traktowanie. Więc choć ze względu na wiek dzieci przyjmuje to różne formy, nie zmienia to faktu, że zarówno dzieci, jak i personel oraz rodzice są równi i tak też trzeba wszystkich traktować” mówi Svea Steingrube, koordynatorka z Dolli Einstein Haus.

W początkach istnienia przedszkolnej konstytucji eksperyment z demokracją okazał się najtrudniejszy dla pedagożek, bo to one w największym stopniu musiały się pogodzić z utratą kontroli. Co prawda nikt z tego powodu nie odszedł, ale zdarzały się sytuacje trudne. Kilka lat temu jedna z pań nie mogła na przykład zdzierżyć, że dzieci nie jedzą zdrowego, ciemnego chleba, tylko jasny albo tostowy. – „Współczułam jej wtedy, ale zasugerowałam, żeby się zastanowiła, dlaczego tak jej na tym zależy“, wspomina dyrektorka. „Okazało się, że było to dla niej takie ważne, bo ją samą tak wychowano. Dziś każdemu, kto ma autorytarne zapędy w wychowaniu, proponuję metodę: «Zastanów się, dlaczego to dla ciebie takie ważne.»“

Ordnung czy anarchia?

Gdy odwiedzamy kolejne sale przedszkola, łapię się na tym, że podświadomie wypatruję przykładów anarchii. Niby nigdzie scen dantejskich nie widać, dzieciaki wręcz zachowują się nawet trochę grzeczniej niż w tradycyjnym przedszkolu, ale mój niepokój jest na tyle duży, że zauważa go Svea Steingrube, która oprowadza mnie po przedszkolu. „Anarchia? Skądże znowu, wręcz przeciwnie! Nie tylko nie jest tak, że dzieciom wszystko wolno, ale nawet, żeby wszystko mogło dobrze działać, reguł jest więcej niż w zwykłym przedszkolu. Owszem, starsze, czyli 5-6-letnie dzieci mogą same wyjść na plac zabaw, kiedy chcą, ale traktują to jak wyróżnienie. Wiedzą, że obowiązuje ich cały zestaw zasad, począwszy od tego, że samodzielnie na placu zabaw może się bawić co najwyżej czworo dzieci. Jeśli zaczęłyby się kłócić czy popychać, wiedzą, że ten przywilej zostanie im odebrany. Gdy więc wychodzą na dwór, są naprawdę grzeczne.“

Podobnie jest na przykład z prawem do zabawy, również zagwarantowanym w przedszkolnej konstytucji („Ja decyduję, w co się bawię“). W Dolli Einstein Haus egzekwuje się je szczególnie łatwo, bo budynek pełen jest pomieszczeń i zakamarków przerobionych na pokoiki zabaw. Ale tu też trzeba na przykład umieć dogadać się z kolegami i koleżankami, bo przed pokoikami wypełnionymi lalkami, klockami i grami wiszą tablice, na których każdy, kto wchodzi, musi umieścić magnes ze swoim imieniem i przypisanym mu obrazkiem. Jeśli wszystkie miejsca na tablicy są zajęte, trzeba spróbować kiedy indziej, a gdy na przykład jedne dzieci tak długo bawią się klockami, że drugim jest trudno się do nich dostać, problem rozwiązuje się na cotygodniowym zebraniu grupy.

Choć w przedszkolu jest pięć kilkunastoosobowych grup, podzielonych według „specjalizacji“ (na przykład muzyka u Żab czy plastyka u Kruków), granice nie są sztywne i właściwie w każdej chwili można pójść pobawić się, gdzie się chce. Praktycznie wszyscy się znają, co ułatwia nie tylko codzienne funkcjonowanie, lecz także na przykład posiedzenia rady przedszkola. Należą do niej delegaci z każdej z grup – po jednej dziewczynce i jednym chłopcu – a spotykają się zwykle, gdy trzeba przedyskutować ważne decyzję: wspólną imprezę, kwestię fontanny w ogródku czy wyboru pojazdów na plac zabaw. Radzie przedszkola zdarza się również zgłaszać oficjalne protesty, jak wtedy, gdy z dnia na dzień świeczki na tortach zostały zastąpione przez ledowe lampki. Był to efekt wizyty inspektora bhp, który stwierdził, że prawdziwy ogień, nawet taki mały, może się okazać śmiertelnym zagrożeniem i zabronił takiego świętowania urodzin. Personel przedszkola początkowo się ugiął, ale gdy na torcie jednego z przedszkolaków pojawiła się migająca zimnym, ledowym światłem świeczka z plastiku, wśród przedszkolaków wybuchł bunt. Rada przedszkola argumentowała, że „przecież od elektronicznych świeczek życzenia się nie spełniają, bo nie ma jak ich zdmuchnąć“. Kryzys zażegnała dopiero obietnica dorosłych, że znajdą bezpieczny sposób, aby świeczki wróciły. I udało się.

Moje zęby, moja sprawa?

„Nie umyję zębów, mam prawo odmówić“, oświadczyła pewnego wieczora swoim rodzicom 6-letnia Pia, na fali demokratycznego uniesienia wyniesionego z przedszkola, choć przecież w Dolli Einstein Haus żadne takie prawo nie obowiązuje (o higienie mówi przepis „Ja decyduję, kto mi zmienia pieluchę“, ale sama konieczność zmienienia jej praktycznie nie podlega dyskusji). Nie da się jednak ukryć, że po serwowanym przez cały dzień demokratycznym wychowaniu dziecko po powrocie do domu często wystawia na próbę tradycyjne metody wychowawcze swoich rodziców. To szczególne wyzwanie w rodzinach konserwatywnych oraz tych, dla których posłanie dzieci do takiego przedszkola to ich pierwszy kontakt z demokracją. „Właściwie to nie wiemy dokładnie, w jaki sposób wpływamy na relacje rodzinne w domach naszych podopiecznych“, przyznaje Ute Rodenwald. „Pewnie ci, którzy w demokracji nigdy nie żyli albo są mocno przywiązani do sztywnej hierarchii, nie traktują tego konceptu zbyt poważnie, ale w żaden sposób nie odbija się to na naszej pracy. Same dzieci traktują demokrację w przedszkolu bardzo serio, począwszy od reguł dotyczących jedzenia po «Zawsze mam prawo wypowiedzieć swoją opini껓, mówi dyrektorka.

Ale dobra współpraca z rodzicami jest ważna. Dlatego, żeby mogli nie tylko dowiedzieć się, jak sobie radzą ich pociechy, lecz także po prostu lepiej poznać i placówkę, i siebie nawzajem, przedszkole regularnie organizuje spotkania tylko dla nich. Mniej przypominają one tradycyjną wywiadówkę, bardziej wieczorek zapoznawczy z przekąskami i muzyką. Ale rodziców do tego miejsca specjalnie przekonywać nie trzeba. Dolli Einstein Haus to jedno z popularniejszych przedszkoli w Pinnebergu. Opłaty są takie jak za inne miejsca przedszkolne w mieście – czesne wynosi 300 euro plus jedzenie, a kolejka oczekujących jest tak długa, że wielu rodziców zapisuje do niej pociechy, jeszcze zanim te przyjdą na świat. Ci, których dzieci trafiły do demokratycznego przedszkola, zwykle potem wysyłają tam także ich rodzeństwo, a gdy dzieci dorastają, spora część odwiedza potem stare kąty, na przykład z okazji pikników czy otwartych imprez.

Szerszy horyzont

Za wcześnie jeszcze na szczegółowe badania, w jaki sposób wczesne dzieciństwo spędzone w demokratycznym przedszkolu wpływa na dalsze, zwłaszcza dorosłe życie. „Zapewniamy dzieciom pierwszy kontakt z demokracją. Ważne jest, aby szkoła kontynuowała tę naukę partycypacji i dawała dzieciom przestrzeń do realizacji ich potrzeb“, stwierdza Svea Steingrube. Ale gołym okiem widać, że takim dzieciom łatwiej potem na przykład zabierać głos publicznie, często angażują się też w wolontariat czy samorząd szkolny. Ona sama widzi to po swoich dzieciach – synu i córce, którzy właśnie kończą podstawówkę, a wcześniej chodzili do demokratycznego przedszkola. „Niemal natychmiast skopiowaliśmy cotygodniową naradę rodzinną, którą długo mieliśmy w każdy poniedziałkowy wieczór, oraz specjalny posiłek, podobny do znanego z przedszkola «śniadaniowego koncertu życzeń».“ Frytki na kolację, które – to dodatkowy luksus – można jeść nawet w łóżku, to tradycja kultywowana w rodzinie pani Steingrube do dziś, podobnie jak podział obowiązków domowych, z którym nikt specjalnie nie dyskutuje. Co prawda narady nie są dziś już tak systematyczne, ale sposób rozwiązywania problemów – z negocjowaniem dawkowania gier komputerowych na czele – nadal wygląda bardzo podobnie.

„Pewnie z punktu widzenia typowego rodzica wychowanie demokratyczne jest czasem trudniejsze, bo trzeba się przygotować na dużo własnego zdania ze strony dzieci. Przy wszelkiego rodzaju konfliktach nie wystarczy rzucić «tak ma być, bo jestem twoją matką», bo przecież każdą decyzję trzeba sensownie uargumentować. Ale dużo większa od tych trudności jest satysfakcja, gdy widzę, jak córka i syn fajnie się rozwijają, jak dobrze radzą sobie z podejmowaniem decyzji, jak sprawiedliwi umieją być w konfliktach z rówieśnikami i w ogóle na jakich wartościowych ludzi rosną“, mówi pani Steingrube. Demokratyczne przedszkole zmieniło jej rodzinę do tego stopnia, że sama postanowiła poświęcić się studiowaniu edukacji wczesnoszkolnej, choć wcześniej kształciła się na prawniczkę. Dziś, po latach doświadczeń, jest przekonana, podobnie jak jej koleżanki z pracy, że przedszkola demokratyczne czeka świetlana przyszłość. I to nie tylko dlatego, że tłum chętnych do zobaczenia, jak to wygląda w praktyce i przeszczepienia idei do siebie, jest tak duży, że Dolli Einstein Haus musiało wprowadzić limit wizyt studyjnych. „Przede wszystkim musimy pójść tą drogą bardziej masowo. Życzylibyśmy sobie, aby wszystkie instytucje kształcące dzieci i młodzież, aktywnie nauczały zasad partycypacji“, mówi Ute Rodenwald. „W Niemczech bardzo dobrze wiemy, że takie wartości jak równość i tolerancja nie są oczywistością. Nasza demokracja jest młoda i jak rzadko który naród jesteśmy tego świadomi, jak łatwo można ją stracić. Dlatego jeśli nie chcemy, by to się stało, musimy zaszczepiać ją w ludziach już od kołyski. Niech wiedzą, jaka to wartość móc znać swoje prawa i być pewnym, że będą przestrzegane przez innych. Niech wiedzą, jaką moc ma samodzielne podejmowanie decyzji. W przyszłości mogą z tego prawa skorzystać lub nie, ale ważne, by wiedzieli, że zawsze mają w ręku swój szklany koralik, że zawsze mają wybór.“