Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Niemiecki dom polskiego psa
„Spacerek“ i inne przyjemności

Heniuś (z lewej) i Miluś na spacerze przed domem
Heniuś (z lewej) i Miluś na spacerze przed domem | Foto: Agnieszka Wójcińska

Dzięki pomysłowi wolontariuszki z warszawskiego schroniska na Paluchu Lucky, Heniuś, Miluś i Fado znalazły dobre niemieckie domy. I dołączyły do grona psów, które Niemcy adoptują z krajów, gdzie zwierzęta mają gorzej niż u nich: Grecji, Turcji, Hiszpanii, a nawet Mauritiusa. To często szansa na dom i „swojego“ człowieka dla czworonogów z defektem albo psich staruszków.

Agnieszka Wójcińska

Pierwszy pies, jakiego Anita przywiozła do Niemiec nazywał się Bidul i to imię idealnie do niego pasowało. Skąd mogła wiedzieć, że stanie się dla niej taki ważny. I że przewróci jej życie do góry nogami. Ostatniego dnia kupiła mu kilogram mięsa (zjadł cały), a potem położyła się z nim na łące i czekali na weterynarza, który miał go uśpić. Kiedy odszedł, poprosiła ogrodnika, by pomógł jej za płotem posiadłości zrobić dla niego cmentarz. Stary malamut spoczął pod kamieniami, a na jego grobie zasadziła różę. Bidul to był pies, którego nie dało się nie kochać, powie mi Renate i pokaże jego zdjęcie stojące na szafce.

Kumple z jednego boksu

Anita jest zgrabna i umie się ubrać, blond włosy do ramion ma w artystycznym nieładzie, dużo mówi i dużo się uśmiecha. Do Niemiec przyjechała z mężem zaraz po maturze, z Katowic. I została. Właśnie wiezie mnie swoim granatowym Volkswagenem przez Dolną Saksonię. Jesteśmy prawie pod holenderska granicą. Jedziemy autostradą, a później zjeżdżamy na mniejszą lokalną drogę. Wokół pola, niektóre pięknie zażółcone przez kwitnący rzepak. Co pewien czas wyrastają z nich siedliska: stare domy z czerwonej cegły albo o bielonych ścianach ze wstawkami z desek. Anita mówi, że te deski były tym grubsze, im gospodarz był bogatszy. Frontowe ściany upstrzone są oknami, a proste, dwuspadowe dachy schodzą nisko do ziemi. Przy gospodarstwach bzy i drzewa zielone majową intensywną zielenią. Kierujemy się na Steinfurt. Skręcamy w boczną drogę wijącą się wśród gęstej zieleni i podjeżdżamy pod posiadłość. Brama otwiera się automatycznie, za nią wspaniale wypielęgnowane trawniki i kwitnące rododendrony. Za głównym domem jest staw i basen, od frontu stoi zaparkowany kamper, a w otwartym garażu sportowe Porsche. Ale my kierujemy się na lewo, do małego domku. Tam mieszka Renate. Oraz Heniuś i Miluś. Miluś wychodzi pierwszy, czarny kundelek sięga mi do kolan. Badawczo mi się przygląda i wita z Anitą, którą dobrze zna. Heniuś człapie za nim, głośno sapiąc – ostatnio ma problemy z sercem. Jest podobnej wielkości, jasnobrązowy, delikatnie pręgowany. Psi staruszek, który z trudem się porusza, a pysk i łapy ma posiwiałe. Anita dostała go, gdy w warszawskim schronisku dla zwierząt na Paluchu poprosiła o najbiedniejszego psa. Heniuś miał 12 lat i całe życie spędził w schronisku. Całe życie. Pewnie już przestał marzyć o swoim człowieku i zadowolił się towarzystwem Milusia, z którym mieszkał razem w boksie. Z tego powodu Anita dostała czarnego kundelka w pakiecie. Miluś bardzo na Heniusia uważa. Miały żyć w głównym domu z nią i Michaelem, ale nie umiały się dogadać z Anity huskym Nanukiem, więc trafiły do domku Renate, gospodyni w posiadłości.
 
– Heniuś, Miluś, spacerek – woła Renate, używając trzech polskich słów, jakie zna i ciężko podnosi się z fotela. Od pewnego czasu ma problemy z kręgosłupem i chodzi o kulach. U swojego pracodawcy Michaela, właściciela posiadłości, ma zwolnienie. Nadzoruje tylko dbanie o porządek, którym zajmuje się teraz inna pani. Wcześniej to Renate sprzątała, robiła zakupy i oczywiście dbała o psy. A tych w posiadłości zawsze było kilka. Michael, inżynier z zawodu i właściciel firmy zajmującej się wycenianiem szkód powypadkowych, od lat je przygarniał. Może dlatego, że nie ma dzieci, a po śmierci żony został sam, a może dlatego, że ma miękkie serce. Zwoził je z krajów, gdzie zwierzęta mają gorszą sytuację niż w Niemczech. Bo tutaj znacznie trudniej niż na przykład w Polsce spotkać bezdomnego psa. Zwierzęta mają wszczepione czipy i każdy, kto spotka błąkającego się psa na ulicy, może go zabrać do weterynarza i odnaleźć właściciela. Można wykupić ubezpieczenie zdrowotne dla psów, które pokryje wysokie dosyć koszty opieki weterynaryjnej.

Michael miał więc psy z Turcji, Grecji, Hiszpanii. To również miłość do zwierząt zbliżyła go z Anitą. Poznali się przez portal randkowy, on wdowiec, ona też wdowa po drugim niemieckim mężu, który zmarł na raka (z pierwszym, Polakiem, rozwiodła się gdy dzieci podrosły). Zostali parą i zamieszkali razem w jego posiadłości. Był moment, że razem mieli siedem psiaków. Dużo podróżowali po świecie. Z Mauritiusa wspólnie przywieźli Pepe, któremu ktoś polał głowę kwasem. Potem razem pojechali 600 km do Wrocławia wyprowadzić na spacer Bidula, bo takie były wymogi fundacji, w której przebywał. I drugi raz, przywieźć go do nowego domu. Był staruszkiem, do tego niewidomym. Biedny, zahukany, bał się, więc bywał agresywny. Ale Anitę pokochał od razu, z wzajemnością. Robiła wszystko by jego koniec życia był inny niż to, co spotkało go wcześniej. Zaczęła nawet spać w pokoju z psem, by móc pomóc mu wyjść się załatwić w nocy, zamiast z Michaelem. Ich związek tego nie wytrzymał, rozpadł się. Anita z Nanukiem wyprowadziła się z posiadłości, Heniuś i Miluś zostały w domku Renate.
 
Heniuś (z lewej) i Miluś z Anitą i Renate na spacerze przed domem. Heniuś (z lewej) i Miluś z Anitą i Renate na spacerze przed domem. | Foto: Agnieszka Wójcińska Na podłodze leżą tam dywaniki i koce, żeby nie było im twardo na terakocie. W salonie pełno jest figurek i fotografii zwierząt, w przeszklonej serwantce, na komodzie, na ścianach. Od razu widać, że dla Renate psy i koty są bardzo ważne. Na wprost kanapy fotografia białego kota w czarne plamki, który odsłania rozkosznie brzuch, a pyszczek jakby mu się uśmiechał. To Moritz, jej pierwszy zwierzak. Miała 35 lat, gdy znalazła to kocie dziecko zapłakane na ulicy. Potem był Maxi, też z ulicy, który jako jedyny ocalał ze swojej rodziny, wreszcie Gismo i Diffi, rodzeństwo z kocim AIDS. Heniuś i Miluś to jej pierwsze własne psy. Renate dużo z nimi rozmawia, spędzają razem cały dzień, a wieczorem, kiedy siada na pomarańczowej sofie, by pooglądać telewizję, Miluś zaraz mości się obok niej i prosi o głaskanie. Heniuś, któremu ciężko już wejść na kanapę, leży obok. – Są moją rodziną – mówi Renate. Ma 63 lata, krótkie siwe włosy i przysadzistą sylwetkę. Jako dziecko przeżyła tragiczną śmierć mamy, wychowywali ją dziadkowie. Życie tak jej się ułożyło, że chociaż kiedyś kochała pewnego mężczyznę, a on kochał ją, dziś jest sama. Nie założyła rodziny, nie ma dzieci, nie ma też przyjaciół. Ludzkich. Bo ci zwierzęcy właśnie kręcą się wokół nas. Mówi o nich dwie rzeczy. Że dla kota robisz wszystko ty, a pies robi wszystko dla ciebie. A także, że każdy zwierzak ma swój charakter i coś w sobie, za co się go kocha.

– Miluś na przykład lubi grać pierwsze skrzypce i mieć wszystko pod kontrolą – opowiada Renate i z czułością gładzi czarny psi łeb – Heniuś jest spokojniejszy. Za to na posłaniu ma dużo kołderek i kocyków, bo lubi się w nich mościć. Kiedy przyjechał, prawie się nie odzywał. A teraz, gdy idę do głównego domu, stoi przy płocie, który okala mój domek i szczeka. Jakby chciał powiedzieć, że nie chce, żebym się oddalała.

Renate woła psy, po czym idą razem do ogrodu posiadłości. Wcześniej robili sobie długie spacery po polach, ale teraz ani ona, ani Heniuś nie mogą sobie na to pozwolić. Dobrze się rozumieją w tej swojej niemożności, choć Renate ukradkiem zerka z przerażeniem, gdy Heniuś człapie powoli. Bardzo się o niego martwi. Co będzie, jak go zabraknie?

Gęsi, które mają imiona 

Gdy Anita brała Bidula z polskiej fundacji „Adopcje Malamutów“ (pomaga bezdomnym psom ras północnych w znalezieniu domu), poznała Małgosię, wolontariuszkę z Palucha. Dogadały się, że Anita może sprawdzać niemieckie domy dla polskich psiaków. Bo za każdym razem w potencjalnej rodzinie trzeba odbyć wizytę przedadopcyjną. A to prawie jak rozmowa o pracę. Trzeba obejrzeć, w jakich warunkach pies będzie mieszkać, wypytać przyszłego właściciela, jak się będzie zwierzęciem zajmować, ile czasu z nim spędzać i co zrobi, jeśli pies po przejściach zacznie stwarzać problemy.
O kolejnych psach z Polski, które szukały domu, Anita umieszczała ogłoszenia na eBayu. Krótka historia zwierzaka i zdjęcia. I ludzie dzwonili. Dla niektórych to, że nie będą mogli zobaczyć psa zanim z nimi zamieszka, bo jest w polskim schronisku, było nie do pomyślenia. Innym to nie przeszkadzało. Na przykład Herbertowi z Haltern am See.
 
Haltern am See to miasteczko położone wśród pól i lasów, które swoją nazwę zawdzięcza pobliskiemu jezioru. Niskie domki z czerwonej cegły stoją równo przy wąskich ulicach. Spokojnie tu i trochę prowincjonalnie. W 2015 roku usłyszał o nim cały świat. Szesnaścioro maturzystów z tutejszego gimnazjum zginęło wtedy w katastrofie samolotu German Wings w Alpach. Jeden z jego pilotów w ten sposób postanowił popełnić samobójstwo.

Lucky pilnuje swoich ludzi - tu z Petrą i Herbertem. Lucky pilnuje swoich ludzi - tu z Petrą i Herbertem. | Foto: Agnieszka Wójcińska Do gospodarstwa Herberta jedzie się z miasteczka przez pola i drogą w dół do miejsca, gdzie stoi kilka budynków z czerwonej cegły, a na podwórku rośnie rozłożysty orzech. Gdy Anita pojechała tam z wizytą przedadopcyjną, Herbert opowiedział jej o gęsi. Ktoś podrzucił mu ją do obejścia. Więc wziął ją i zaniósł sąsiadowi. Miała być zabita i zjedzona. Ale Herbert nie mógł przestać o niej myśleć. W nocy wstał, wziął latarkę i poszedł zabrać ją z powrotem. Dostała na imię „Ja nie wiem skąd“ i chodzi po podwórku do dziś, obok dwóch innych, które nazywają się Henri i Henrietta. Herbert ma też w gospodarstwie konie (jeździ na nich, biegają w zawodach, czasem zaprzęga je do bryczki, a jedna to rodowodowa klacz rozpłodowa), kury, króliki. Zwierząt nie zabija.

– Nie muszę tego robić, więc to bez sensu, bo za kilka miesięcy trzeba by kupić nowe – mówi Herbert, który nie żyje z gospodarstwa, tylko pracuje w wodociągach. Gdy jeden z koni był już bardzo chory, też nie wziął go do rzeźni. Bo jak miałby mu spojrzeć w oczy, przecież konie stoją tam i wiedzą. Wezwał weterynarza i zwierzę odeszło w domu.

Anita od razu poczuła, że Lucky znajdzie tu wymarzone miejsce. Nie odstraszyło jej nawet, że mama Herberta, Johanna, starsza pani i była właścicielka gospodarstwa, podczas tamtej wizyty nie była przekonana, że chce mieć psa. Teraz nie wyobraża sobie bez niego życia. Kiedy Herbert jest w pracy, Lucky czuwa obok niej albo kręci się po podwórku i daje znać, kiedy zbliża się ktoś obcy.
 
Herbert i jego przyjaciółka Petra (poznali się przez konie, które oboje kochają) pokazują nam obejście – stary dom, do którego dobudowano nową część, stajnię z XIX w., zabytkowy budynek, w którym stoi bryczka, klatki królików i miejsce, gdzie spacerują kury i gęsi, a Lucky cały czas kręci się wokół nas i wesoło macha ogonem. Radość życia wprost go rozpiera. Jest młody, sierść ma półdługą, podpalaną, a w jego żyłach bez wątpienia płynie krew owczarka niemieckiego. Lucky poluje na szczury, ale innych zwierząt nie goni. Typowy pies podwórkowy, prawdziwy strażnik obejścia. I ludzi. Nawet bez smyczy się ich pilnuje. Niedaleko bramy ma swój kojec, a w nim budę, gdzie może się schować (w Niemczech jest wymóg, by zapewnić psu na wsi takie warunki, funkcjonuje też zakaz trzymania psów na łańcuchu), ale w zasadzie chodzi tam tylko, gdy dostaje smakołyk, by spokojnie się nim zająć. Poza tym chodzi krok w krok za Herbertem, a w nocy śpi na posłaniu przed drzwiami jego sypialni. Jest przyjazny wobec wszystkich, więc sąsiedzi go uwielbiają, a gdy Herbert zabiera go do restauracji, wszyscy do jego psa lgną.
 
Herbert wspomina, że kiedy pierwszy raz się spotkali, ucieszył się, że pies jest mniejszy, niż wydawało się ze zdjęć. Wtedy od razu dał się pogłaskać, a gdy jechali do domu autem, był spokojny. I zaraz przechodzi do opowieści o tym, jak wygląda lokalny układ sił. Na górze jest Heinz, czarny kot, który był tu pierwszy. Po psiemu nie odstępuje swego pana na krok, potem Lucky, dalej gęsi. Choć jednej, tej najbardziej zadziornej, pies ustępuje. Gdy Herbert mówi o zwierzętach, słowa same z niego wypływają, a w oczach pojawia się błysk. Że ich kogut pobił się z innym, którego ktoś podrzucił, że ostatnio jedna z klaczy urodziła martwego źrebaka. I że od dziecka w domu były psy, w murze stajni jest nawet specjalny otwór, którym mogły wchodzić. Lubi kundle, bo uważa, że są najinteligentniejsze i nie chorują tyle co rasowe. Poprzednik Lucky’ego, też mieszaniec, był z nim 15 lat. Herbert bardzo przeżywał, gdy trzeba go było uśpić. Chciał wziąć psa ze schroniska, ale w Niemczech to bardzo skomplikowane.

– Więcej papierów do wypełnienia, niż kiedy chcesz adoptować dziecko – śmieje się – musisz wykazać się odpowiednim dochodem, warunkami mieszkaniowymi, spełnić różne warunki. Stąd pewnie popularność wśród Niemców, którzy nie chcą kupować zwierzaka z rodowodem (a raczej pomóc jakiemuś, którego życie nie rozpieszczało), brania psów z takich krajów, jak Turcja, Rumunia czy Ukraina za pośrednictwem zajmujących się tym organizacji. Psy z polski to tylko mały procent w tej grupie.

Jednym z nich był Lucky (w polskim życiu Seezer). Gdy Herbert natrafił na jego zdjęcie w internecie,  serce mocniej mu zabiło. Herbert jest szczupły, ma ogorzałą od słońca skórę i krótko przycięte jasne włosy. Trzyma się prosto, gdy tak siedzi przed nami ubrany w dżinsy i koszulę z krótkim rękawem, i opowiada, uśmiechnięty, a Lucky trąca go łapą. Przekrzywia głowę, jakby słuchał, co jego pan ma do powiedzenia.

Dopiero potem dowiem się, że Lucky i Petra pomagają Herbertowi zbudować nowe życie. Stare zakończyło się w marcu trzy lata temu, gdy jego córka nie wróciła ze szkolnej wymiany w Hiszpanii. Zginęła w katastrofie German Wings.

Moje małe uszy 

Okrągła twarz pani Elke, okolona falującymi siwymi włosami, jest łagodna. Łagody i cichy jest też jej głos. Dla Fado idealnie – boi się gwałtownych ruchów, krzyków i mężczyzn. Pani Elke ma 74 lata, jest po wylewie, więc chodzi z balkonikiem. Z trudem się porusza. Jej świat na co dzień to salon, w którym teraz siedzimy, połączony z jadalnią i duży przeszklony taras, gdzie stoją trzy stoły zastawione porcelanową zastawą, jakby w każdej chwili spodziewała się gości – powidok przyjęć, które się tu odbywały dla arystokracji z całej Europy. No i sypialnia na piętrze, do której co wieczór prowadzi ją Maja. Fado idzie krok w krok za nimi, a potem kładzie się przy łóżku swojej pani i pilnuje jej całą noc. Rano Maja przynosi im kanapkę z masłem i pasztetem (margaryny Fado by nie tknął), którą Elke karmi psa po kawałku. Taki mają rytuał na początek każdego dnia.

Choć Fado ma do biegania wielki ogród, woli nie odstępować pani Elke i siedzieć z nią w domu lub na tarasie. Choć Fado ma do biegania wielki ogród, woli nie odstępować pani Elke i siedzieć z nią w domu lub na tarasie. | Foto: Agnieszka Wójcińska We wnętrzu pełno stylowych mebli, obrazów i bibelotów, a ściany wyłożono zielonym materiałem. Dom, na wzór dawnej angielskiej rezydencji, wybudowali w latach 50. rodzice Elke, właściciele fabryki z wyrobami skórzanymi. Jest więc kuchnia z pięknymi lazurowymi kafelkami, łazienka, w której umywalkę i toaletę ozdobiono kwiatowym wzorkiem i biblioteka z sięgającymi sufitu przeszklonymi szafami na książki, czarnym marmurowym kominkiem i klubowymi fotelami.
 
Fado nie trafiłby do tego domu, gdyby nie Maja, polska pomoc pani Elke. Szczupła i zgrabna, po pięćdziesiątce, ubrana z wyczuciem smaku, długie włosy spina w koński ogon. W jej głosie czuć zdecydowanie. Pochodzi z Bytomia. Zdążyła odchować trójkę dzieci, rozstać się z mężem i doczekać trojga wnuków. Od kilku lat pracuje w niemieckich rodzinach przy opiece nad starszymi osobami. Z Elke rozumieją się wyjątkowo dobrze i dobrze czują się w swoim towarzystwie. To ona namówiła starszą panią, która marzyła o psie, na zwierzaka z Polski (córka starszej pani, Vera, planowała kupić szczeniaka rasy beagle), do tego jeszcze starego. I teraz tak żyją w wielkim domu, dwie kobiety i pies.
 
– My z Fado jesteśmy całością – mówi Maja i pochyla się z czułością w oczach nad brązową leżanką, a stary kundel liże ją po twarzy – Nie mam zamiaru go zmieniać, przyjmuję go, jaki jest. Miał swoje przeżycia. To bardzo mądry pies, a jak nas obserwuje i słucha! Jakby wszystko rozumiał.

Elke, jej opiekunka Maja i Fado Elke, jej opiekunka Maja i Fado | Foto: Agnieszka Wójcińska  
Fado przywieźli do schroniska na Paluchu studenci, którzy znaleźli go na warszawskiej Pradze. Był przywiązany do słupa z szyldem, wychudzony, miał guzy, a ogon podkulał pod siebie. Weterynarz oszacował, że ma 11 lat. Gdy się u nich pojawił, dotknięty z tyłu w biodra lub grzbiet, drżał. – Może go ktoś bił – domyśla się Maja. Do dziś boi się wsiadać do samochodu, omija go szerokim łukiem. Maja wciąż kombinuje, jak go do tego namówić. Może tu biegać po całym terenie, lecz cały czas siedzi z panią Elke w domu. Jak gdyby bał się, że ludzie, których wreszcie znalazł i oswoił, gdzieś nagle znikną. Ale z dnia na dzień jest odważniejszy i bardziej pewny siebie.
 
– Moje małe uszy, tak go nazywam – mówi pani Elke i wyciąga w stronę Fado smakołyk, a potem głaszcze go po głowie – Obojętnie, jaki to byłby pies, kochałabym go – i dodaje, że po cichu marzą z Mają, by do Fado dołączył jeszcze jeden pies, pewnie też stary i też zza wschodniej granicy. Elke, jako mała dziewczynka w czasie wojny mieszkała w sierocińcu, jak wiele niemieckich dzieci, ale od kiedy wróciła do rodziców, w domu zawsze było kilka psów, traktowanych jak bliscy. – Bo bez psa nie ma rodziny – mówi.
 
Rozmowę przerywa dzwonek telefonu. Vera, córka pani Elke jest chirurgiem w szpitalu. Mieszka 60 km stąd. Pani Elke nie mówi tego głośno, ale chciałaby widywać ją częściej. Teraz twarz jej się rozpromienia, lecz zaraz smutnieje. Jutro jest dzień matki, który w Niemczech zawsze obchodzony jest w drugą niedzielę maja. Vera mówi, że się nie zobaczą, ma dyżur w szpitalu. Elke patrzy na Fado, jakby chciała mu powiedzieć, że jej życie to czekanie. I że bardzo są do siebie podobni, starzy, rozczarowani światem. Dobrze, że mają siebie. I że jest Maja.

Te, które czekają 

Małgosia, wolontariuszka na Paluchu, jeździ tam od 3 lat. Dogląda psów, wyprowadza je na spacery, uczy oswajać świat, gdy pies po przejściach boi się wejść po schodach albo wsiąść do auta. I szuka nowych domów. To ona wpadła na pomysł adopcji polskich psów przez Niemców. Podobne akcje, zwykle z pomocą lokalnych niemieckich fundacji, prowadzą też inne polskie schroniska, np. to w Rudzie Śląskiej, Orzechowcu koło Przemyśla czy Mielcu.

Małgosi dotychczas udało się wysłać za zachodnią granicę siedem psiaków. Za każdym razem na miejscu była osoba taka jak Anita, która sprawdzała nowy dom i prowadziła rozmowę z potencjalnymi właścicielami. Pokazywała im też film, na którym był ich przyszły zwierzak, a dla schroniska robiła nagranie domu, w którym pies miałby mieszkać. Wszystko po to by każdy z nich znalazł naprawdę dobre miejsce. Do tej pory wszystkie adopcje były bardzo udane.
 
Małgosia jest po czterdziestce, ale w bojówkach i czerwonej bluzie wygląda młodzieżowo. Siedzimy w barze mlecznym pod warszawską szkołą jej córki, którą niedługo musi zabrać z francuskiego i zawieźć na balet, a Małgosia opowiada mi historie Fado, Milusia, Heniusia i Lucky’ego. I innych psiaków, które wciąż czekają na Paluchu na swój dom i swojego człowieka. Jest więc Lungo, średniej wielkości kundelek, biały w czarne łaty. Wesoły i bardzo pozytywnie nastawiony do innych psów, dzieci i ludzi. Teraz w schronisku choruje, bo brak mu miłości. Jest mała puszysta Florka, która bardzo lubi być głaskana i przytulana. Jest też stary Hugo, którego pan rozchorował się i zmarł, a jego rodzina od razu oddała psa do schroniska. Wreszcie Pucuś, malutki, wiekowy i niewidomy. Mógłby pojechać do Niemiec, tylko czy ktoś go tam zechce?
 
P.S. Już po powstaniu tego materiału Pucuś znalazł dom w Polsce.