Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Sasha Marianna Salzmann – wywiad
Bycie innym wzbogaca

Sasha Marianna Salzmann
Sasha Marianna Salzmann | Foto (fragment): Stefan Loeber

O powieści „Poza sobą“, której polska premiera odbyła się we wrześniu 2018 r., oraz o pisaniu na pograniczu języków i tożsamości narodowych mówi w wywiadzie Sasha Marianna Salzmann.

Inez Okulska: Sasha Marianna Salzmann od zeszłego roku funkcjonuje jako uznana powieściopisarka, ale droga na ten szczyt prowadziła przez teatr. I ucieczkę ze szkoły.

Okładka książki „Poza siebie“ © Prószyński i S-ka, mat. pras. Sasha Marianna Salzmann: Byłam trudnym dzieckiem, w szkole, w domu… Inaczej było tylko w teatrze – tam czułam się szczęśliwa, chętnie przyglądałam się pracy zespołu i sama brałam w niej udział. To chyba więc nie przypadek, że ostatecznie tam właśnie wylądowałam. Nikt mnie do tego nie zachęcał, ale coś we mnie ciągnęło w tę stronę. Nikt mnie nie zapraszał do niemieckiego teatru. Nikt nie obiecywał prestiżu czy przywilejów. Wręcz przeciwnie, na początku był głównie stres – nie mój język, nie mój kanon. Ale coś mnie jednak do tego teatru pchało. To tam spotkałam fantastycznych ludzi, na przykład moją mentorkę Barbarę Kantel. To ona wysłała moje teksty na konkurs, ona jako pierwsza  dała mi poczucie, że w ogóle mogę poruszać się w niemczyźnie. Oczywiście od dawna znałam ten język, pisałam już po niemiecku, ale jeśli nauczyciele twierdzą inaczej, to trudno zachować w tym względzie pewność siebie. Barbara jako pierwsza dała mi do zrozumienia, że jestem coś warta.

Jesteś coś warta, bo potrafisz pisać po niemiecku, czyli w języku, który nie jest twoim ojczystym. I ta umiejętność sprawi, że zostaniesz później okrzyknięta jedną z ciekawszych młodych autorek niemieckojęzycznych. Kto by pomyślał…

Na pewno nie moi rodzice. Tata był robotnikiem, a Mama – lekarką. Oboje chcieli, żeby ich dzieciom dobrze się powodziło, żeby dobrze zarabiały, czyli żeby w najlepszym wypadku zostały lekarzami czy prawnikami. Tylko że ja szybko się z tej wizji wyłamałam. Mając 16 lat uciekłam z domu i szkoły i wylądowałam w teatrze. Dopiero później nadrobiłam maturę i zaczęłam studia. Po 12 latach w teatrze zaczęłam pisać powieść. Na tej drodze nie było obietnic pewnej przyszłości i dobrych zarobków. Dlatego rozumiem, że moja mama zachodziła w głowę, co ja do cholery wyczyniam ze swoim życiem.

Dokładnie to, co kochasz?

Tak, jak najbardziej. Ale dla kogoś takiego jak moja Mama, lekarki, która do wszystkiego doszła własną ciężką pracą, hasło „robimy to, co kochamy, bo niesie nas pasja“ jest mocno podejrzane.

Ale przecież masz piękne mieszkanie na poddaszu, w centrum Berlina – to wcale nie wygląda jak bieda i stracone marzenia.

Wtedy jeszcze nie dało się tego przewidzieć, a ona się o mnie po prostu martwiła. Nikt wtedy mojej Mamie nie powiedział, że jej córka będzie mogła utrzymać się i całkiem dobrze żyć z pisania. Wszystko wskazywało raczej na to, że będzie zupełnie odwrotnie. Byliśmy po prostu rodziną emigrantów, którzy nie znali zasad życia w obcym kraju. Ale moja Mama zawsze uwielbiała teatr. Gdyby miała takie możliwości, z całą pewnością pokazałaby mi go. Nie próbowała walczyć z tym, że czytam sztuki po niemiecku. Wręcz przeciwnie. Próbowałam czytać wszelkich klasyków, nie znałam jeszcze tego języka, a już upatrzyłam sobie teksty dramatyczne. 

Żal mi, że porzuciłam swoją wschodnią wymowę. Oczywiście zrobiłam to, żeby dołączyć do większości, poczuć przynależność. Ale co mi to dało…?


Poznawanie języka obcego za pośrednictwem klasyków dramatu, zwłaszcza języka filozofii i literatury, takiego jak niemiecki, to chyba bardzo awangardowa metoda samodzielnej nauki. Do Niemiec przyjechałaś mając już 10 lat – jak przebiegała adaptacja?

Wielu rzeczy już nie pamiętam… Ale wiem, że dość szybko zaczęłam mówić, ale także pisać po niemiecku. Myślałam też, że mam niemieckich przyjaciół, ale później zrozumiałam, że dla tych, którzy sami uważali się za prawdziwych Niemców, moi przyjaciele nie byli niemieccy. Nazywali ich Turkami. Dla mnie byli to jak najbardziej Niemcy, bo przecież rozmawiali ze mną po niemiecku i urodzili się w Niemczech. Wtedy tych zawiłości jeszcze nie rozumiałam. Na początku byliśmy w kilku obozach dla azylantów, to pamiętam. Nie mieliśmy wiele i przypuszczam, że moi rodzice się bali, ale sami nigdy mi tego nie powiedzieli. W ten sposób myślę o tym dzisiaj. Wiem też, że dotykał mnie rasizm strukturalny, i że byłam zbyt młoda, żeby zrozumieć, co się dzieje. Na przykład nie otrzymałam rekomendacji do lepszej szkoły, czyli do gimnazjum – nauczyciele radzili mi, żebym poszła do Realschule o niższym poziomie, bo mimo świetnych ocen lepiej, żebym „została wśród swoich“. Gdyby nie moja wspaniała Mama, nie zdawałabym do gimnazjum. I, jak łatwo sobie wyobrazić, nie doszłabym do tego, co mam teraz.

„Wśród swoich“?

Kimkolwiek mieliby oni być. Oczywiście nauczyciele mieli na myśli innych azylantów. Ale kim są tacy azylanci, tego już nikt dokładnie nie wie. Jesteśmy inni. Do dzisiaj w Niemczech tak funkcjonuję. Jako inna. Wprawdzie mówię zupełnie bez obcego akcentu, ale mimo to ludzie pytają mnie, skąd pochodzę. Ciągle! Już mam tego dość, nie wyobrażasz sobie, jak bardzo. Najwyraźniej nie pasuję wyglądem do wyobrażenia Niemców. Okej, uznaję to za komplement. Ale wkurza mnie to, że wciąż jestem pytana, czy mówię po niemiecku. Chciałabym, żeby mnie to nie ruszało. Zawsze dobrze jest mieć inną perspektywę, ale ceną za to jest fakt, że do żadnej wspólnoty tak naprawdę się nie przynależy. Z drugiej strony – bycie innym wzbogaca. Szczerze mówiąc tęsknię za swoim rosyjskim akcentem. Moja relacja z Rosjanami z Berlina jest niełatwa i skomplikowana – mam problem z każdą społecznością, która zamyka się wewnątrz swoich granic – ale po prostu żal mi, że porzuciłam swoją wschodnią wymowę. Oczywiście zrobiłam to, żeby dołączyć do większości, poczuć przynależność. Ale co mi to dało…?

Mówisz bez akcentu i niemal całe życie piszesz po niemiecku. Kiedy zaczęłaś uczyć się tego języka?

Jak przyjechałam do Niemiec, wiadomo.

Czyli dopiero w wieku 10 lat? A wcześniej miałaś jakieś doświadczenia z nauką języków obcych?

Nie.

Nie? Nawet w szkole żadnych lekcji?

Teoretycznie mieliśmy angielski. Wszyscy udawali, że mamy lekcje „anglika“, ale kiedy przyjechałam do Niemiec, zrozumiałam, że nie potrafię powiedzieć nawet „why are you crying”. Językowe okno na zachodni świat miało pozostawać szczelnie zamknięte.

Ha, tę scenę znamy z twojej książki. Wala wspomina w niej lekcje angielskiego, podczas których na tablicy rysowano drzwi zamiast wypisywać słówka. Czyli to wcale nie fikcja literacka. A jak z twoim rosyjskim?

To mój język ojczysty, pierwszy język.

Co to dokładnie oznacza, poza tym, że poznałaś go w pierwszej kolejności? Na ile dobrze posługujesz się nim dzisiaj? Mogłabyś napisać swoją powieść po rosyjsku?

To byłby oczywiście zupełnie inny tekst. Ale fragmenty Poza siebie faktycznie zapisywałam po rosyjsku i potem tłumaczyłam na niemiecki.

Trzeba po prostu napisać to, co akurat wymaga napisania, w języku, w którym akurat przemawia wewnętrzny głos.



Rewelacja! Czyli ta różnorodność, dezintegracja są nie tylko opisane w powieści, ale niejako przez nią odgrywane, to się po prostu wydarza w samym języku. Tak bardzo chciałabym zobaczyć te rosyjskie fragmenty!

Niestety, raczej nikt ich nie zobaczy. Poza tym, zostały niemal całkowicie przepisane na nowo. Na tym właśnie polega moja strategia – próbowałam, kiedy tylko się dało, pisać odręcznie, żeby móc przerabiać tekst już w trakcie przenoszenia go na komputer. Z przekładem jest zresztą podobnie… Trzeba po prostu napisać to, co akurat wymaga napisania, w języku, w którym akurat przemawia wewnętrzny głos. Czasem słowa przychodziły do mnie po rosyjsku, czasem nawet po angielsku.

I jeszcze angielski!

Tak, ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi rozmawiam po angielsku. I jeśli spędzałam z nimi cały dzień, to pisałam potem po angielsku. A mam taką zasadę, że zapisuję wszystko, co akurat się pojawi w głowie, wszelkie redakcje robię dopiero później. Próbuję się nie cenzurować. Gdybym już na etapie formułowania myśli zaczęła ją szlifować, straciłabym ją.

Co się działo w tym przekładzie?

Rosyjski i niemiecki to dla mnie przykład pary języków, które w ogóle nie poddają się wzajemnemu przekładowi. Po prostu koszmar! Kłaniam się nisko przed każdym, kto to potrafi, a wiem, że są tacy ludzie. Ale dla mnie to było jak myślenie za pomocą dwóch różnych logik języka. Byłam bliska obłędu. To, co po rosyjsku brzmiało dobrze, po niemiecku stawało się nagle ultra-kiczowate i płaskie. Poza tym humor jest tak różny. Po niemiecku rosyjskie obrazy językowe już nie śmieszą i na odwrót. Co robić? Humor jest tak ważny w mojej powieści. Niektóre słowa w niemieckim nawet nie istnieją, a substytuty niosą zupełnie inny przekaz – np. счеты. Wiesz o co mi chodzi, takie przedbiegi przed kalkulatorem, z kuleczkami drewnianymi do przesuwania itd.

To, co po rosyjsku brzmiało dobrze, po niemiecku stawało się nagle ultra-kiczowate i płaskie. Po niemiecku rosyjskie obrazy językowe już nie śmieszą i na odwrót. Co robić?

Liczydło!

No właśnie, счеты. Wszystko przeryłam w poszukiwaniu tego słowa, ale jego odpowiednika w niemieckim po prostu nie ma. Nazwali to Rechenbrett (dosłownie „deska do liczenia“), ale to brzmi jakoś tak…

…jak językowy twór rodem z socrealizmu.

A счеты brzmi zabawnie. I to jest to. Jeśli chodzi o humor, byłam bliska załamania. Myślałam sobie – ok, nie mogę oddać atmosfery za pomocą słów, to trzeba zrobić to rytmem, w zdaniu. I wtedy znów jakoś poszło.

Niemiecki rzeczywiście oferuje niezwykle atrakcyjną prozodię.

Dlatego bardziej operowałam tu melodią, powtórzeniem i rozwinięciem własnego zwątpienia w język. Wpisałam je w tekst. W powieści pojawiają się zresztą bezpośrednie odniesienia, gdzie Ali, główna bohaterka, rozmyśla o swojej podejrzliwości wobec własnego języka, bo jej język ojczysty funkcjonuje w skrajnościach: Rosjanie albo wszystko kochają, albo wszystkiego nienawidzą.

Co sądzisz o przekładzie twojej powieści na rosyjski? Czy takowy w ogóle nie istnieje?

Nie istnieje. Nie wolno jej przetłumaczyć. W Rosji moja książka to czysta homoseksualna propaganda, a ta jest zabroniona.

A w drugim obiegu?

Powiedziano mi, że rosyjskie tłumaczenie mogłoby powstać po ukazaniu się anglojęzycznej wersji. Tak twierdzi Suhrkamp, mój wydawca w Niemczech. A przekład na angielski wyjdzie w lutym.

Najważniejsze dzieła dotyczące drugiej fali feminizmu docierały do Rosji również przez przekłady z języka angielskiego…

Sama widzisz… Nie śpieszy mi się – mojej powieści też nie, literatura potrafi czekać. Nie byłam specjalnie zdziwiona, że powieści nie przełożono na mój język ojczysty. To klasyk. Rosjanie mają na przykład specjalne prawo, które zabrania osobom transpłciowym prowadzić samochód – rzekomo dlatego, że są psychicznie chorzy. Czego mam oczekiwać od takiego kraju?

A gdyby jednak taki przekład miał się pojawić, choćby w podziemiu, będziesz chciała uzgodnić go z tymi fragmentami, które pierwotnie powstały po rosyjsku?

Nie. Nie będę uzgadniać, bo te akapity zostały już przepisane na nowo, ale możesz być pewna, że każdą stronę dokładnie przejrzę.

Ale sama nie chcesz wziąć się za ten przekład?

Zastanawiałam się nad tym, ale to dla mnie temat tak odległy, chciałabym już pisać coś nowego. Tłumacz to wspaniały zawód, ale zupełnie odrębny. Cieszę się, że są ludzie, którzy go wykonują. Kiedyś raz tłumaczyłam sztukę z języka angielskiego na niemiecki. Świetne doświadczenie.

Co dokładnie miałaś na myśli, mówiąc, że „trzeba pisać to, co akurat wymaga napisania“?

Rytm nadaje sztuka, a nie temat. Nie to, o czym człowiek zamierzał pisać. Nie można sobie założyć, że napisze się, dajmy na to, o rasizmie. W przypadku eseju czy literatury faktu – owszem. Ale literatura piękna to zapuszczanie się na obszary, których nie znamy. Potem pojawią się krytycy i wyjaśnią ci, o czym napisałaś swoją książkę. To oni potrzebują etykiet, nie autorzy. Spotkałam się z tym, kiedy wciąż pytano mnie, czy napisałam queerową powieść.

W każdym razie można ją queerowo czytać i rozumieć.

Oczywiście. Ale to jest tryb lektury przychodzący z zewnątrz. Jako artyści potrzebujemy innej perspektywy. Chodzi o trójwymiarowych ludzi, nie o tematy. Weźmy na przykład Jamesa Baldwina – odbierany jest jako czarny, homoseksualny obrońca praw człowieka. Mimo że nigdy w ten sposób nie pisał. Stał się najważniejszym pisarzem swojego pokolenia, bo opisywał koleje ludzkich losów, w całej ich złożoności. Nie da się pisać według jakiegoś z góry ustalonego programu, inaczej w trakcie lektury od razu da się wyczuć tę intencję…

…napisaną zbyt wyraźnym, grubym drukiem. No tak, ale czy w teatrze takie podejście nie jest typowe? Przekonanie, że potrzeba sztuki poruszającej konkretny temat? Zwłaszcza w teatrze zaangażowanym, jak Maxim Gorki Theater, w którym odpowiadasz za materiał literacki.

Powiedzmy, że otrzymałabym zadanie napisania czegoś na temat tożsamości – odpowiedziałabym przede wszystkim, że tożsamość to żaden temat. Kiedy ktoś chce mnie zaangażować do pracy, to najczęściej dlatego, że wie jak złożonymi tematami i obrazami zajmuję się w swojej pracy i to jest właśnie mój plus. Wiem, że naprawdę przekonująca potrafię być tylko wtedy, jeśli – again – napiszę to, czego akurat wymaga mój wewnętrzny głos. I to na nim muszę polegać.