Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

O co chodzi z... niemieckim teatrem miejskim?
Godzina zero dla teatru

Teatr Volksbühne w Berlinie
Teatr Volksbühne w Berlinie | Źródło: Flickr © Pascal Volk; CC BY-SA 2.0

Szwedzka Akademia, która nie przyznała literackiej Nagrody Nobla, festiwal Documenta, no i berliński teatr Volksbühne – wiele instytucji kultury przeżywa dziś kryzys, jest uwikłanych w skandale. Nasuwa się także pytanie o samą ideę teatru – czy powinien on wystawiać tradycyjne spektakle, czy otworzyć się na nowe formy?

Christoph Bartmann

Jak można wytłumaczyć fakt, że w ostatnim czasie teatry, festiwale, akademie i inne zacne instytucje kultury jedna po drugiej ponoszą porażki, eksplodują, implodują, w każdym razie nagle zagrożone są zniknięciem? Szwedzka Akademia przyznająca literacką nagrodę Nobla (która w tym roku nie została przyznana), Documenta w Kassel, berliński teatr Volksbühne, „New York Review of Books“ i wiele innych instytucji zmaga się ze skandalami i debatami, które zagrażają ich egzystencji. Wśród tych procesów można ogólnie rozróżnić dwa typy: albo na instytucje pada podejrzenie z powodu molestowania seksualnego czy innych uchybień ich personelu (jak np. Szwedzka Akademia), albo odkryta zostaje jakaś luka finansowa, która z kolei wywołuje bardziej fundamentalne kontrowersje np. dotyczące zasadności samej idei pokazywanej w całym mieście wystawy, jak miało to miejsce w przypadku Documenta. Albo dochodzi do gigantycznego sporu wywołanego chybionymi decyzjami kadrowymi nieudolnych polityków na szczeblu komunalnym, co w konsekwencji wywołuje rozpad całego teatru (to historia berlińskiej Volksbühne).

Albo na instytucje pada podejrzenie z powodu uchybień ich personelu, albo odkryta zostaje jakaś luka finansowa, która z kolei wywołuje bardziej fundamentalne kontrowersje.


W Niemczech istnieje 140 finansowanych publicznie scen teatralnych, z których najbardziej znaną jest właśnie berlińska Volksbühne (znajdująca się przy Rosa-Luxemburg-Platz). Choć może należy raczej powiedzieć, że nią była na przestrzeni 25 lat, gdy przewodził jej Frank Castorf zanim pozbawiono go funkcji dyrektora latem 2017 r. Castorf chętnie kontynuowałby swoją pracę, a publiczność, która w większości nie była sobie w stanie wyobrazić życia bez Volksbühne, też nie miałaby nic przeciwko temu. Ale czy instytucje kulturalne aby na pewno nie potrzebują zmian po 25 latach? Tego zdania był sekretarz stanu ds. kultury Tim Renner (SPD), który szukając kandydata na nowego dyrektora trafił na Chrisa Dercona. Ten obyty w świecie Belg, dyrektor muzeum Tate Modern w Londynie, nie miał, co prawda, za bardzo pojęcia o teatrze, ale to przecież nie szkodzi. Dercon miał stać się głównym dyrektorem nowego konstruktu teatralnego, w ramach którego Volksbühne miała zrzeszać i niejako firmować swoją nazwą kilka scen oraz kin, m.in. tych na terenie dawnego lotniska Tempelhof i w innych lokalizacjach. Teatr wydawał się należeć do przeszłości, podczas gdy performance, sztuka multimedialna czy tzw. „interwencje” miejskie wyznaczały kierunek przyszłości. Dla dawnych ludzi Volksbühne oraz ich licznych fanów brzmiało to podejrzanie, przypominało im miejski marketing i gentryfikację, czyli dokładnie to, co chciał osiągnąć Renner. Kontrowersje, które nastąpiły w wyniku tych posunięć dotyczące starej i nowej Volksbühne, dwóch może nawet nie diametralnie różnych, ale na pewno całkowicie sobie wrogich koncepcji teatralnych, zostały udokumentowane w tysiącach artykułów prasowych. Przez jakiś czas budynek Volksbühne okupowany był przez krytyków gentryfikacji, nowego dyrektora mobbingowano i ordynarnie wyzywano, nowy sekretarz stanu ds. kultury nie chciał mieć z decyzjami swojego poprzednika nic wspólnego, a publiczność trzymała się z dala od nielicznych i niezbyt przekonujących wizji nowej dyrekcji… Wszystko, co w Volksbühne mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Póki co nie wiadomo, czy ta szacowna instytucja kiedyś się z tego otrząśnie.  

Czy miejski teatr przyszłości ma być instytucją produkcyjną pokazującą otwarte formy teatralne? Czy też w jego centrum powinien raczej znaleźć się stały zespół artystyczny?

Berliński spór teatralny sam w sobie był spektaklem o walorach teatralnych i performatywnych. Od tej pory oczekiwania miłośników teatru wzrosły do niewyobrażalnych zupełnie wymiarów. Tak naprawdę uważają oni, czy też my uważamy, że dyskusja o teatrze tocząca się najlepiej w teatrze jest bardziej ekscytująca niż jakiekolwiek konkretne przedstawienie, niezależnie od tego, czy miałby to być post-dramatyczny performance czy stary dobry teatralny spektakl reżyserski z pewną dozą wariacji na temat wątków klasycznych. Wydaje się, że przeprowadzona publicznie, z rozkoszą, zmiana kadrowa zastąpiła konflikt w dramatach wystawianych na scenie. Inne teatry już podchwyciły ten nurt. W Monachium mieliśmy ostatnio do czynienia z podobnym przypadkiem, kiedy to Matthias Lilienthal (jeden z założycieli Volksbühne, który umocnił swoją reputację w berlińskim teatrze Hebbel am Ufer/HAU) zapowiedział swoje odejście po tym, jak jasnym stało się, że część rady miejskiej uniemożliwi mu piastowanie obecnej funkcji przez kolejną kadencję. Również tutaj za zmianą kadrową kryje się dyskusja natury konceptualnej: czy miejski teatr przyszłości ma być instytucją produkcyjną z dużą liczbą gości, pokazującą otwarte formy teatralne? Czy też w jego centrum powinien raczej znaleźć się stały zespół artystyczny, wraz z którym zatrudnieni w teatrze reżyserzy będą przede wszystkim pracowali nad wystawianiem starych i nowych sztuk teatralnych? Pytana o to publiczność nie udziela jasnej odpowiedzi. Prawdopodobnie będziemy mogli zaobserwować i jedno, i drugie. Mała, ale głośna grupa bywalców teatrów chce jeszcze czegoś innego: według nich teatr powinien całkowicie zrezygnować z wystawiania sztuk i stać się forum, na którym rozgrywane będą interesy społeczności miejskiej, której tutaj, w „chronionej przestrzeni” będzie łatwiej zabrać głos. Nie ma już praktycznie teatrów, które w repertuarze nie poruszałyby tematów inkluzji mniejszości, osób poszkodowanych i zepchniętych na margines. To oczywiście dobrze, ale jak mogłaby wyglądać estetyka polityczna takiego zaangażowanego teatru? Miejmy nadzieję, że niemiecki teatr miejski będzie miał wystarczająco dużo czasu, by przemyśleć możliwe odpowiedzi na to pytanie.