Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Ograniczanie marnowania żywności
SirPlus czyli baśń spożywcza

SirPlus Coverbild
Foto: Maja Seidel © SirPlus, mat. prasowe

Czy przeterminowane jedzenie zawsze należy wyrzucić? Data ważności to arbitralna ocena – przekonują założyciele berlińskiego supermarketu SirPlus. Można w nim kupić nadające się jeszcze do spożycia produkty, których pozbyły się wielkie sklepy.

Karolina Sulej

Nikt ich nie chciał. Były niepotrzebne, stare.
Jak to się mogło tak skończyć? Może wyglądały nieatrakcyjnie? Pojawiły się nie w porę? Były zbyt banalne? Albo przeciwnie – zbyt wyrafinowane? A może chodziło o to, jak je zaszufladkowano? Co naprawdę były warte? Jedyne, co im teraz pozostało, to czekanie na nieuchronne. Już nikt nie starał się nawet ich zachwalać, komuś proponować. Były jak śmiecie.

Pewnego dnia jednak przyszedł on.
Powiedział, że to wszystko nieprawda. Powiedział, że zasługują na miłość. Wybawił je. Zabrał ze sobą, chwalił się nimi, popisywał. Znów były pożądane. Tak one! Te dojrzałe, starsze niż inne.

Papryki, pomidory, ogórki, banany, mandarynki, pomarańcze, ziemniaki i nawet sałaty, smętnie zwieszające głowy. A potem zajął się także innym jedzeniem: pieczywem, makaronami, kaszą, mlekiem, mięsem, zupami w butelkach, napojami, słodyczami. Lista nie miała końca.
Powiedział, że jest ratownikiem. I że takich jak on jest wielu.

Po pierwsze: dzielić się

Supermarket SirPlus Supermarket SirPlus | Foto: Maja Seidel © SirPlus, mat. prasowe – Przyjeżdżałem na bazar nad ranem i wędrowałem od stoiska do stoiska pytając sprzedawców, jakie produkty uznają za już niezdatne do sprzedaży, a potem je od nich odkupywałem. Czasem za pół ceny, czasem za ćwierć, czasem oddawali za darmo. Z reguły chcieli sprzedawać je w pełnej cenie jak najdłużej, żeby mieć jak największy zysk. Wiedzieli, że i tak poczekam. Ale zawsze dziwili się – przecież takie jedzenie to śmieć. Zaraz się zepsuje, nie wygląda dobrze, po co to komu? Ale ja odpowiadałem – wciąż jest zdrowe i smaczne, dlaczego je marnować? Trafiały do nich argumenty biznesowe – rozumieli, że to dla nich sytuacja podwójnie wygrana. Żeby utylizować śmieci, musieliby wydać pieniądze. A tak – ja im płaciłem, a jeszcze na dodatek pozbywali się jedzenia, które uznawali za problem.

Leo przez prawie dwa lata jeździł po berlińskich bazarach w poszukiwaniu jedzenia, które można wykupić, zanim trafi do śmietnika. Pracuje w SirPlusie. To berliński supermarket z przeterminowaną żywnością. Jak lubią mówić jego pracownicy – z żywnością uratowaną. Z bazarów, od hurtowników i bezpośrednio od producentów. O sobie zaś mówią – ratownicy. Klientów zachęcają – wy też możecie zostać ratownikami. Misja to ograniczenie marnowania jedzenia. Zdaniem SirPlusa nasz łańcuch dostaw jest nieefektywny i wymaga korekty.

– Czy wiesz, że co minutę w Niemczech marnuje się ciężarówka jedzenia? A wiesz, że gdybyśmy nie marnowali jedzenia, mogliśmy rozwiązać problem głodu na świecie – aż czterokrotnie? Johanna lubi liczby. W SirPlusie odpowiada za komunikację i edukację. Ma szczerą twarz bez grama makijażu, a zaraźliwy entuzjazm chowa pod spokojnym sposobem bycia.

Właśnie zaczyna się comiesięczne oprowadzenie po jednym z dwóch sklepów SirPlusa. Jeden znajduje się w wielkim centrum handlowym w Berlinie wschodnim, przy Warschauer Straße. Na parterze, między Vodafone a Deichmannem, gdzieś w gąszczu sieciówek i fastfoodów. Drugi sklep, w którym właśnie się znajdujemy, mieści się przy Schlossstraße niedaleko ratusza dzielnicy Steglitz. To dostatnie berlińskie przedmieścia. Co chwilę wyrasta przed oczyma nowy sklep: tu obuwniczy, tam jubiler, dom towarowy, AGD, tkaniny, kosmetyki. Sirplus jest jak plomba ironii w tym szpalerze z rzeczami, których możesz zapragnąć – sklep z produktami, których nikt nie chciał.

Wokół mnie i mojej tłumaczki zgromadził się już tłumek. Na oko – ponad dwadzieścia osób. Johanna jest zdzwiona i ucieszona. Zwykle przychodzi tylko kilkoro ciekawskich.

– Zobaczcie, ile marnuje się jedzenia na każdym etapie jego podróży na wasze talerze – wskazuje na tablicę z infografiką – 14 % zostaje odrzucone już na etapie zbiorów, potem drugie tyle w produkcji i znów – w transporcie. Potem hurtownicy rezygnują z kolejnego 19 %. Ale najwięcej marnuje się u nas, czyli u konsumentów – aż 39%. Czyli jesteśmy odpowiedzialni za ponad połowę odrzuconych produktów. Jesteście pewni, że wyrzucacie jedzenie tylko wtedy, kiedy jest szkodliwe dla zdrowia? – pyta żartobliwie, ale też nieco złośliwie i robi sceniczną pauzę. Przechodzi spod tablicy pomiędzy sklepowe półki. Na pozór wszystko wygląda tak, jak w każdym innym sklepie. Kiedy podchodzę bliżej, widzę jednak, że papryki jakieś pomarszczone, banany na granicy zbrązowienia, a pomacane awokado – gotowe do zjedzenia natychmiast.

– Na pomysł stworzenia SirPlusa wpadł Raphael Fellmer. Na pewno go kojarzycie z mediów – kontynuuje po chwili.  

Ja nie kojarzyłam. Ale przed wycieczką do sklepu odrobiłam lekcję i dowiedziałam się, że Raphael zyskał sławę jako lewicowy aktywista, gdy kilka lat spędził na tak zwanym money strike, czyli odmawiając posługiwania się pieniędzmi. Zainspirowała go to tego podróż, jaką odbył z przyjaciółmi. Dostali się z Holandii do Meksyku nie wydając ani grosza – przemieszczając się, mieszkając, jedząc, tylko dzięki bezinteresownej pomocy napotkanych ludzi lub odwdzięczając im się pracą własnych rąk.

Po powrocie do Niemiec Raphael zdecydował, że pokaże innym ludziom, że pieniądze nie gwarantują udanego życia. Swoje przemyślenia zawarł w książce Szczęśliwy bez pieniędzy. Najbardziej poruszał go temat marnowania żywności. Podróżując po świecie zauważał, że niezależnie od kraju – wszystkich łączy jedna, niechlubna praktyka – wyrzucanie ton jedzenia, które nadawało się do spożycia. Odkąd zaczął strajk, z konieczności podążania za własną filozofią, zaczął zdobywać jedzenie grzebiąc w śmietnikach. Znajdował tam produkty spożywcze, które nie tylko pozwalały mu przeżyć – ale były smaczne i nie różniły się niczym od tych na półkach, poza tym, że były po terminie ważności określonym przez producenta na opakowaniu albo wyglądały nieco inaczej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem i założył organizację Foodsharing (ang. dzielenie się jedzeniem), której misją stało się zdobywanie niechcianego jedzenia ze sklepów i restauracji, zanim stanie się ono śmieciem. Dziś organizacja liczy 30 000 wolontariuszy, którzy dystrybuują produkty spożywcze, a współpracuje z nią prawie trzy tysiące placówek gastronomicznych. Jedzenie trafia do potrzebujących, ale też do wszystkich, którzy wolą zjeść produkty, które inaczej by się zmarnowały, niż wydawać pieniądze na kolejne zakupy. Wystarczy tylko sprawdzić, co jest akurat dostępne w danej okolicy i umówić się z wolontariuszem.

Mijały jednak lata, Raphaelowi urodziły się dzieci, a żona była zmęczona jego radykalizmem. Ona nie strajkowała. Bez jej uczestnictwa w kapitalizmie nie mieliby jak posłać dzieci do lekarza. Coraz wyraźniej docierało do niego, że nie jest dla rodziny wsparciem, a obciążeniem. Zdał sobie sprawę, że działając dalej w ten sposób może się z kapitalizmu wypisać, ale na pewno go nie zmieni, zaś przy okazji wypisze się z własnego rodzinnego szczęścia. Przerwał więc strajk i zrozumiał, że ludzie nie muszą od razu stawać się radykałami, żeby zmienić świat na lepsze i nie można od nikogo oczekiwać, że zrewolucjonizuje swoje życie według pryncypiów, które jemu wydawały się oczywiste. Przestał oceniać i krytykować. Zaczął obserwować. Skoro ludzie lubią robić zakupy w sklepach, to trzeba dać im sklep. Tylko na odwyrtkę.

Opowieści z półki 

Pierwszy sklep SirPlusa, otwarty przy Wilmersdorfer Straße, był niewielki. Zaledwie 70 metrów kwadratowych, w porównaniu do 300 czy 400 metrów powierzchni dzisiejszych placówek. Przez kilka miesięcy starali się namówić do współpracy ważnego niemieckiego hurtownika Metro. Szefostwo było sceptyczne – kto będzie kupował przeterminowane jedzenie? A ktoś jeśli się zatruje? Na kogo spadnie odpowiedzialność? Mieli wydeptane ścieżki działania, a to przedsięwzięcie prosiło się o kłopoty.

– Nie dziwię im się – mówi szczerze Johanna, kiedy spotykamy się w biurze SirPlusa. Wyglądało na to, że oszaleliśmy powołując do życia taką miejscówkę. To przecież najgorszy koszmar supermarketu, że klient znajdzie przeterminowany towar. I to najgorszy koszmar klienta, że taki towar zje. I do tego dochodzi koszmar, że klient w sklepie nie znajdzie czegoś, na co ma ochotę. A sklep z jedzeniem przeterminowanym proponuje przecież to, co akurat można było zdobyć, a nie wybór wszystkiego, czego klient może sobie zażyczyć. A to już spełniony koszmar kapitalizmu. – Johanna uśmiecha się – I to świetnie. Bo najważniejsza właśnie jest zmiana narracji. W SirPlusie to Johanna jest od tego specjalistką. Takich historii żaden spożywczak jeszcze nie widział.

Przy każdym stoisku jest umieszczona karteczka, która tłumaczy działanie SirPlusa albo zawiera poradę, jak odświeżyć żywność. Jedzenie mówi samo za siebie. W pierwszej osobie. Bułki sugerują: „Kupiłeś nas za dużo? Zamroź nas!” Stary chleb radzi, żeby namoczyć go w wodzie, a sałata prosi: „Kiedy zwieszę głowę, zawiń mnie w mokry ręcznik”. Banany dogadują: „Jesteśmy co prawda trochę starsze, ale tym bardziej zasługujemy na dodatkową porcję twojej miłości”. A nad częścią warzywną góruje napis-przestroga: „30% warzyw zostaje wzgardzonych podczas zbiorów”.

– A to przecież nasze bogactwo, różnorodność. Dlaczego te brzydsze, mniej dorodne egzemplarze mają zostać od razu uznane za śmiecie? – pyta retorycznie Johanna.

W logo SirPlus znajduje się serce. I kiedy pytam ją, dlaczego pisze o jedzeniu w tak czuły, antropomorfizujący sposób, odpowiada, że po prostu – z miłości.
– Chcemy, żeby jedzenie zostało docenione. Dosłownie – ukochane. Żeby przestać myśleć o przeterminowanych produktach, jak o śmieciach. Dlatego nazywamy naszych pracowników i klientów nie konsumentami, a ratownikami. Nam się nic nie należy. Powinniśmy być wdzięczni za każdy posiłek. To przywilej, że możemy jeść. Jeść takie smaczne rzeczy. Podkreślamy, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze jedzenie. To nie są jakieś abstrakcyjne twory, ale płody ziemi, rezultat ludzkiej pracy, należy im się szacunek także dlatego, że ktoś włożył wysiłek, żebyśmy mogli je kupić.

Johanna wymyśla też przepisy, które podpowiadają, co można ugotować z tego, co jest w sklepie i tak, aranżuje produkty, żeby podsuwać pomysły. Wierzy w powszechną potrzebę kreatywności.

– Najłatwiej ugotować z tego, co się pójdzie i kupi. Ale to gotowanie z tego, co jest w lodówce, jest prawdziwe twórcze.

Zanim Johanna trafiła do SirPlusa pracowała przez kilka lat w znanej niemieckiej marce organicznej żywności. Zauważyła, że data terminu ważności jest ustalana najczęściej nie na podstawie jakości produktu, ale na podstawie tego, co zadecyduje konkurencja. To wyścig, w którym wcale nie chodzi już o nasze zdrowie, ale o zysk.

– Informacja „najlepiej spożyć przed” nie determinuje tego, czy jedzenie jest zdrowe. To arbitralna ocena. Nie oznacza „przydatności do spożycia”. Czy zapomnieliście już, jak sprawdzały jedzenie matki czy babki? Data ważności została wprowadzona w Niemczech w dopiero 1981 roku. A jak wcześniej sprawdzano, czy jedzenie nadaje się na stół?
– Trzeba powąchać – mówi jedna ze starszych słuchaczek.
– Dokładnie. Powąchać, popatrzeć, spróbować kawałek. Zamiast kierować się cudzymi wskazówkami, trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem i zmysłami. I to właśnie teraz zrobimy.

Johanna rozdaje nam różne produkty i prosi, żeby ocenić, o ile są przeterminowane, nie zaglądając na datę. Ja dostaję karmelowy popcorn i orzechowe chipsy. Popcorn jest słodszy i bardziej wilgotny, ale smaczny. Orzeszki są bardziej twarde i suche. Strzelam, że z lipca i z sierpnia. Okazuje się, że z maja i marca. Otwieramy szeroko oczy. Właśnie zjadłam ze smakiem to, co producent kazał mi wyrzucić pół roku temu.
– Oczywiście jedzenie to smakuje trochę inaczej, wygląda inaczej, ale wciąż jest dobre, prawda?

Widzę, jak dwie dwudziestolatki z lekkim obrzydzeniem odkręcają słoik z wegańską pastą. Rzeczywiście, na górze zgromadził się dziwny osad. Johanna prosi, żeby wstrząsnąć. Widzę, że wahają się, ale próbują – a potem wyjadają do końca. Pasta do smarowania jest przeterminowana trzy miesiące.

Johanna tłumaczy, że życie jedzenia kończy się według różnych dat. Jedna to MHD, Mindesthaltbarkeitsdatum czyli data, czy też termin ważności, wprowadzany przez producenta. Druga to VD, Verbrauchsdatum, data przydatności do spożycia, czyli realny deadline chroniący nas przed zatruciem. Pomiędzy nimi znajduje się szara strefa, terra incognita, po której porusza się SirPlus.

– Naszym marzeniem jest, żeby na produktach wprowadzono trzecie oznaczenie, MVD, Mindestverzehrfähigkeitsdatum, co można tłumaczyć jako „okres tuż po dacie ważności”, w którym o tym, czy jeść, czy nie jeść, decydujemy, kierując się zdrowym rozsądkiem i zmysłami.

Kiedy Johanna rozmawia z kolejnymi eksperymentatorami, jak sprawdzam daty na produktach. Makarony – te mają prawie rok po terminie wyznaczonym przez producenta. Keczupy i musztardy – pół roku. Napoje gazowane i cola – nawet lata.

– Są też produkty, które trzeba zjeść szybko, jak warzywa, mięso, sery. Trzymamy je tutaj w lodówkach. Przy tych produktach data ważności z datą przydatności do spożycia niemalże się pokrywa, szara strefa się kurczy. Szczególnie w przypadku ryb.

Sirplus od oceny przydatności do spożycia zatrudnił swoją specjalistkę i jej zespół. Victoria ma dwadzieścia parę lat, kolczyk w nosie i dopiero co skończyła technologię żywienia. Wszystko, co ma znaleźć się w sklepie – z marketu od hurtowni czy rolnika, najpierw trafia do Victorii. Jeśli ona pokaże kciuk do góry, trafia do sklepu czy magazynu. Każdy produkt jest potem sprawdzany w określonym interwale. Spotykam ją następnego dnia i pytam o doświadczenia w pracy:
– Najbardziej lubię niespodzianki. Na przykład okazało się, że zepsuty kokos pachnie jak mydło. Zmiany w smaku mają też często miejsce w przypadku produktów po terminie ważności, ale z reguły są subtelne. Chodzi raczej o to, żeby zmienić nawyki. Przywyknąć do tego, że popcorn jest bardziej wilgotny, a czekolada trochę bardziej sucha. Zauważyłam, że ludzie są z reguły ciekawscy. Boją się tylko przy kupowaniu dla dzieci. Na sobie to poeksperymentuję, ale dziecku kupię w „normalnym” sklepie.

Jeden z uczestników przynosi Johannie napój energetyczny z triumfującą miną, że jest on nadal ważny i co w takim razie tutaj robi. Ona wskazuje na skład i tłumaczy, że jedzenie może zostać przez dany sklep odrzucone nie tylko z powodu przekroczonego terminu ważności. Jedzenie może zostać śmieciem, bo: jest literówka w nazwie produktu, literówka w jego składzie, albo odrobinę więcej jakiegoś składnika. Bo był rebranding marki i to, co jest ze starą etykietką, musi odejść. Bo to jedzenie sezonowe – jak wielkanocne króliczki czy mikołajki, które po świętach już nie pasują. Bo skończył się jakiś konkurs czy promocja.

Pani z torebką Coccinelle przewieszoną przez ramię dopytuje się, czy ratują tylko jedzenie BIO. Johanna zaprzecza:
– Nie dokonujemy takiej selekcji. Każde jedzenie jest warte ratowania. Nie ma lepszego i gorszego – mówi z powagą, która niektórym wydaje się nie na miejscu. Śmieją się ukradkiem.
Wszyscy jednak uśmiechają się w zachwycie patrząc na swój rachunek przy kasie.

Ja na taśmie kładę:
czipsy z papryką i zieloną oliwką 160g za 0,95 euro, czyli 70% taniej
organiczne kakao z miętą 100g za 1,95 euro, czyli 76% mniej
majonez chili 50 ml za 0,65 euro czyli 66% ceny wyjściowej
opakowanie Kinder Bueno za 0,55 euro czyli 60% ceny
piwo za 50 eurocentów, tańsze trzy razy od ceny wyjściowej
dwa pomidory za kilka centów (jest 1,5 euro za kilo)
mleko sojowe pół litra za 85 centów
bakłażanową pastę do chleba za 1,20 euro czyli połowę normalnej ceny
 
Płacę tyle, ile za trzy produkty w sklepie BIO, który odwiedzałam wczoraj na Kreuzbergu. Johanna tłumaczy, że cena jest za każdym razem negocjowana z producentem i inna w zależności od produktu, jego jakości i trwałości. Stąd różnice w procentach – ale zawsze wahają się od 30 do nawet 80 procent.

Za mną w kolejce czeka starsza pani, która wykłada na taśmę: jabłko, pomidor, serek, czekoladę, kawę, mleko i kaszę gryczaną. Zagaduję ją, co myśli o sklepie i oprowadzaniu.

– Jestem emerytką. Nie stać mnie na wiele rzeczy. Bałam się początkowo tego sklepu. Obawiałam się, że się zatruję. Ale teraz pomału robię coraz większe zakupy. Próbuję też nowych rzeczy, których nie znałam wcześniej. Jak takie chipsy o smaku octu, o! Mogę też kupić więcej, bo wszystko jest tańsze.
Hipsterskie czpisy lądują w płóciennej torebce emerytki, która pamięta podzielony Berlin, ja zagaduję młodego chłopaka, który kupił sobie ziemniaki, yerba mate i trochę bananów.

– Przyszedłem dzisiaj w celach badawczych. Studiuję informatykę i w ramach pracy magisterskiej chcę wymyślić aplikację, która będzie pokazywała, jak dane placówki gastronomiczne zajmują się problemem marnowania jedzenia.
Po oprowadzeniu Johanny o chwilę uwagi prosi bezdomny. Dopiero teraz orientuję się, że był z nami przez cały czas. Tłumaczy, że byłoby dobrze, żeby ludzi zostawili swoje jedzenie przed domem, a nie wrzucali do kontenera, bo dzięki temu on nie musi nurkować w śmieciach, co w Niemczech jest nielegalne. Wszyscy ze zrozumieniem potakują. Także pani z torebką Coccinelle, która dopytywała się, czy tylko jedzenie BIO jest ratowane. Wyznaję owej pani, że nie wyobrażam sobie, żeby osoby w dostatniej dzielnicy w Polsce chciały kupować w tym samym sklepie co bezdomny.
– Ale my tutaj nie szukamy prestiżu w jedzeniu. Po co mamy przepłacać? Ja najczęściej z mężem jeżdżę do Kauflandu. Ale tu jest jeszcze taniej!

Anioły w biznesie               

Następnego dnia siedzimy z Johanną, Leo i Victorią nad lanczem w ich biurze. Właśnie został przyniesiony z nieodległej restauracji dzięki aplikacji „Too good to go”, która informuje, jakie resztki są dostępne w knajpach w pobliżu. Trzeba się zaczekować wirtualnie, a potem przyjść pod lokal na określoną godzinę. Pokazują mi, jak to działa. Za godzinę na przykład mogę podejść po muffiny do knajpki przy drodze do metra. A teraz na stół wjeżdża tarta.

– Sirplus zawsze przychodzi ostatni. Kiedy przychodzimy rano na bazar – tłumaczy Leo – to zawsze po organizacjach charytatywnych jak Tafel, po wolontariuszach z Foodsharing czy innych inicjatywach.

Całe biuro pełne jest młodych ludzi. To żadna korporacja, po prostu jednopiętowy budynek, dużo drewna, jadalnia, poduszki, jedzenie SirPlusowe do wzięcia. Obok, w podobnych butikowych baraczkach, inne młode start-upy. Przestrzeń nazywa się InfraLab, mieści się w mieszczańskiej dzielnicy Schöneberg.

– Kiedy zaczynaliśmy ze sklepem, do współpracy musieliśmy namawiać praktycznie wszystkich. A teraz sami do nas przychodzą. Metro obiecało zaś, że zredukuje swoje straty w żywności do 2025 aż o 50%. W pewnym sensie działamy więc w opozycji do logiki kapitalizmu – po to, żeby móc się w końcu zamknąć. Przestać być potrzebnym.

Jedzenie uratowane przez SirPlus Jedzenie uratowane przez SirPlus | Foto © SirPlus, mat. prasowe – Ograniczanie marnowania jedzenia to nie trend. To nie jest cool sprawa, żeby poszpanować przed znajomymi. To rozwiązanie poważnego społecznego problemu, który tworzyliśmy przez lata śrubując standardy, prześcigając się w ofertach, podnosząc oczekiwania klientów, a jednocześnie zmniejszając realną wiedzę o jedzeniu. Dlatego tak lubię prowadzić warsztaty z dziećmi. To przede wszystkim one powinni rozumieć, dlaczego fajnie jest, kiedy mama wyczaruje coś z resztek w lodówce, zamiast iść do sklepu po nowe, fajniejsze mleko czy jajko.

Johanna opowiada, jak to kilka lat temu studiowała politykę i ekonomię i zaczęła się zastanawiać, dlaczego wszyscy w tym Berlinie mają takiego hopla na punkcie organicznego jedzenia. Co to właściwie znaczy? Żeby to zrozumieć, w wakacje wyjechała jako wolontariuszka pracować na farmie w Kanadzie. Nauczyła się wszystko robić sama. Doić krowę, sadzić zboże, zbierać warzywa. I dotarło do niej, że jedzenie jest polityczne. Zaczęła pracować w Foodsharing, a potem trafiła do SirPlusa.

Leo z kolei przyszedł, jak mówi, ze szkoły twardego biznesu. Uczył się jak rywalizować, wykiwać tych mniej zaradnych i się wzbogacić. Ale to było niezgodne z jego etyką. Chciał współpracować, pomagać słabszym i nie zależało mu na pieniądzach. Zaczął studiować zarządzanie kapitałem społecznym, a potem koncept Economy for Common Good Charlesa Felbera, według którego najważniejsza w gospodarce powinna być równowaga przychodów, prawa człowieka i ekologia.

– Chcemy się rozwijać – jasne. Mieć więcej sklepów. Ale powoli. Po kolei. Nie mamy inwestorów tylko mecenasów, czyli tak zwanych business angels. Nie szukają profitów, podoba im się idea. Nie chcemy też otwierać franczyz, a wolimy zarażać ideą i elastycznie współpracować z ludźmi, którzy będą chcieli sprzedawać przeterminowane jedzenie w swoim kraju.

Za każdym razem kiedy ktoś z SirPlusowców mówi „przeterminowane” słyszę w tym cudzysłów. Najchętniej wykreślili by to słowo z języka gastronomii na zawsze. Nawet na firmowych płóciennych torbach piszą „Wcale nie jesteś przeterminowane!”. I dorysowują serduszko.

Masz wiadomość                  

Z Raphaelem nie spotykam się osobiście. Rozmawiamy przez przez telefon. Cały czas jest gdzieś w drodze, w pociągu, tramwaju czy autobusie (nie jeździ samochodem, rzadko samolotem) albo na spotkaniu. Tłumaczy się, że jego praca polega na tym, że cały czas gada.

Kiedy nie może odebrać, zostawia mi wiadomości głosowe na WhatsAppie. Jak na przykład taka:
– Wierzę, że w ciągu następnych dziesięciu lat społeczeństwo radykalnie zmieni się na lepsze. Dzięki sztucznej inteligencji wyzwolimy się od nadmiaru pracy i będziemy mogli zająć się sobą, sztuką, dbaniem o zwierzęta i planetę. Wierzę, że pewnego dnia będziemy żyć w harmonii i pokoju.

Próżno szukać u niego zwątpienia. Każdy jego zdaniem jest zdolny żyć tak, jak on sam dziś żyje – nie jeść mięsa, nie kupować ubrań – a wymieniać się nimi, spędzać dużo czasu wśród przyrody, nie marnować jedzenia i mieć czas na prawdziwe emocje. Pilnuje, żeby trzy razy w tygodniu wracać do domu o siedemnastej na obiad, a potem mieć czas już tylko dla rodziny. Dwa razy w tygodniu pracuje do późna. Twierdzi, że już nie chce być w niczym radykałem.

Happy end 

„To była pora zbiorów. Czułem, że jestem gotowy. Nie mogłem się doczekać, żeby spaść z drzewa i dołączyć do swoich przyjaciół, już wylegujących się na trawie. Spadłem jednak na coś twardego. Poczułem, że coś jest nie tak. Zyskałem pewność, kiedy przyjaciele przestali mnie lubić. Nie byłem już taki ładny jak oni. Oni spadli na trawę, ja na kamień. Chciałem im powiedzieć, że wciąż jestem tyle samo wart, ale oni już byli zbierani do koszyka. Pogodziłem się z tym, że zostanę sam, odsortowany. Ale wtedy czyjaś ręka się po mnie wyciągnęła. Teraz mam inny kształt, ale za to wszyscy mogą mnie posmakować. Jestem wyjątkowy”.
– To jest jak baśń – mówi moja tłumaczka – o brzydkim kaczątku.
Wkładam jabłkowe czipsy Dörrwerk z półki do koszyka i dopisuję kolejny rozdział.