Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

O co chodzi z... parytetem w parlamencie?
Reprezentować, a nie ucieleśniać

O co chodzi z... parytetami w parlamencie
Źródło: unsplash.com; Foto © Tim Mossholder

Przy okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet ponownie zadajemy sobie pytanie: Dlaczego udział kobiet w parlamentach nadal jest niższy niż 50 procent? Więcej kobiet powinno trafić do polityki, tylko jak je w tym wspierać? Ustawa o parytecie to niewłaściwe rozwiązanie, uważa Christoph Bartmann.

Nie tylko dlatego, że niedawno był Międzynarodowy Dzień Kobiet, i nie tylko dlatego, że dzień ten po raz pierwszy w Berlinie oficjalnie obchodzono jako święto, tak jak ogromna większość ludzi uważam, że potrzebujemy więcej kobiet w polityce, przede wszystkim w parlamentach. Obecnie udział kobiet w niemieckim Bundestagu wynosi 30,7 procent (bywało więcej), największy jest w partii Zielonych (58,2 procent), a najniższy w Alternatywie dla Niemiec – AfD (10,2 procent). Ponieważ to ciągle za mało, a inne środki nie działają, pod koniec stycznia parlament kraju związkowego Brandenburgia (Landtag) uchwalił pierwszą „ustawę parytetową” dla niemieckiego parlamentu kraju związkowego. Przewiduje ona, że od następnych wyborów w 2020 roku listy do Landtagu będą musiały być parytetowo obsadzone mężczyznami i kobietami (na listach znajdują się kandydaci do Landtagu wybierani niebezpośrednio). Frakcja Zielonych złożyła propozycję jeszcze bardziej radykalną, jednak nie uzyskała ona większości: zgodnie z nią również w wyborach bezpośrednich w każdym okręgu wyborczym miałby być nominowany duet kobiety i mężczyzny.

W miejsce suwerenności narodu pojawia się idea suwerenności grup społecznych. Dzieli ona naród na mężczyzn i kobiety, ale mogłaby dzielić również według wyznania, zawodu czy zasobności portfela.

Inicjatorzy nowej ustawy powołują się na art. 3 ust. 2 Ustawy zasadniczej w jej ostatnim brzmieniu z 1994 roku. Jest tam napisane: „Mężczyźni i kobiety są równouprawnieni. Państwo wspiera rzeczywistą realizację równouprawnienia kobiet i mężczyzn oraz wpływa na usuwanie istniejących różnic.” Dopiero parytet ustawowy miałby rzekomo „umożliwić [wszystkim obywatelkom i obywatelom] równoprawny, skuteczny wpływ na organy państwowe.[1]” Jak można się było spodziewać, taki pogląd prawny spotkał się z ostrym sprzeciwem. Ustawa zasadnicza przewiduje bowiem nie tylko wspieranie równouprawnienia płci, ale zawiera również paragrafy mówiące o „swobodzie działalności partii politycznych“ i „podstawowych zasadach prawa wyborczego“, z którymi może nie dać się pogodzić ustawowego parytetu. „Wszyscy ludzie są równi wobec prawa“, mówi ust. 1 art. 3 Ustawy zasadniczej. To również oznacza, że wobec prawa kwestie płci biologicznej, wyznania, preferencji seksualnych oraz rocznego dochodu brutto nie mogą odgrywać żadnej roli. Wydaje się jednak, że w ustawie parytetowej dochodzi do głosu inne rozumienie demokracji: w miejsce suwerenności narodu pojawia się idea suwerenności grup społecznych. Dzieli ona naród na mężczyzn i kobiety (a co się właściwie stało z „trzecią płcią“?, pytają niektórzy), ale mogłaby dzielić również według wyznania, zawodu czy zasobności portfela. Czy nie można by sobie wyobrazić ustawy parytetowej ograniczającej do 50 procent udział w parlamencie osób z maturą lub powyżej 45 roku życia? Parlament, który ustawowo kompensowałby wszystkie przypadki dyskryminacji ze względu na „sex, class and gender“, wyglądałby jak znana sztuka teatralna grupy Rimini Protokoll zatytułowana „100% Berlin”[2] (Berlin, Wiedeń, Warszawa itd.). Taki parlament byłby rzeczywiście reprezentatywny, ponieważ wiernie odzwierciedlałby procentowy udział w społeczeństwie starych i młodych, biednych i bogatych, migrantów i tutejszych, osób homo- i heteroseksualnych, akademików i niewykształconych.

Kiedyś idea suwerenności narodu zakładała coś innego – wszyscy wybrani przedstawiciele narodu, mężczyźni lub kobiety, nie bronią w parlamencie własnych interesów, ale interesów wyborców.

Wielu artystów i intelektualistów tak dzisiaj postrzega parlament: jako zgromadzenie wszystkich zainteresowanych grup. Tak jakby parlamentarzyści byli tylko przedstawicielami samych siebie, własnej sprawy albo walki. Kiedyś idea suwerenności narodu zakładała jednak coś innego – wszyscy wybrani przedstawiciele narodu, mężczyźni lub kobiety, nie bronią w parlamencie własnych interesów, ale interesów wyborców. Tacy parlamentarzyści reprezentują pewne sprawy, ale ich nie ucieleśniają. Przecież mężczyźni mogą być otwarci na politykę pro-kobiecą, a kobiety – na pro-męską, osoby homoseksualne angażują się na rzecz rodzin, a ojcowie i matki rodzin na rzecz gejów itd. Na przykładzie ustawy parytetowej widać, jak nowa „polityka tożsamościowa” stawia się ponad regułami demokracji reprezentatywnej. Zgodnie z myśleniem tożsamościowym deputowani są aktywnymi rzecznikami własnych interesów politycznych, którzy w parlamencie agitują na jego rzecz. Taki parlament po niedługim czasie składałby się wyłącznie z lobbystów we własnej sprawie.

Czy zatem ustawa parytetowa w Brandenburgii to dobry pomysł? Niestety nie, mimo że intencje są dobre. W polityce nadal jest za mało kobiet, jednak nie tylko tam. Podobnie jest w nauce czy na stanowiskach kierowniczych w sektorze prywatnym. Dzieje się tak, ponieważ kobiety wciąż wykonują nieporównanie więcej nieopłacanej pracy na rzecz domu i rodziny, przede wszystkim oczywiście opiekując się dziećmi i osobami starszymi. Dopiero gdyby ta nieopłacana i w dużym stopniu niedostrzegana praca opiekuńcza została na nowo rozdzielona i wyceniona, znalazłoby się więcej kobiet, które poświęcałyby wolne wieczory na politykę partyjną w lokalnych strukturach, a później zdecydowałyby się na kandydowanie do Landtagu. To tutaj leży klucz do równouprawnienia, wszyscy o tym wiedzą, ale politycy nadal są zbyt mało aktywni, a jeżeli już coś robią, to nie to co trzeba, np. wprowadzają ustawę parytetową.