Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Energia atomowa
Atom i Wielka Stopa na wojennej ścieżce

Elektrownia atomowa
Źródło: pixabay.com; Foto (fragment): Markus Distelrath

Energia nuklearna. Eliminować czy wspierać? Uratuje nas czy pogrąży? Jedyne, czego można być pewnym, to tego, że nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Z każdą dekadą dowiadujemy się o sile atomu czegoś nowego, szukamy, idziemy dalej i cofamy się. I tu paradoksalnie – sceptycy potrzebują entuzjastów, a entuzjaści sceptyków, zaś głosy outsiderów marzących o lepszym świecie sprawiają, że ten realny zmienia się na korzyść.

Karolina Sulej

Osnabrück to uniwersyteckie miasteczko ze średniowiecznymi kamienicami, piwiarniami ukrytymi w wąskich uliczkach, pełne przytulnego uroku, zadowolonych emerytów i rzeźb piersiastych wieśniaczek.

– Nie daj się zwieść. To jest oko cyklonu.

Tak oznajmiają mi Marco i Hannes kilka chwil po tym, jak podaliśmy sobie ręce. Siedzimy w jednej z sal AStA, czyli samorządu studenckiego Uniwersytetu w Osnabrück. Działają w Anti-Atom-Gruppe, lokalnej organizacji sprzeciwiającej się korzystaniu z energii nuklearnej.

Siedemdziesiąt osiem kilometrów na zachód od Osnabrück, w niczym niewyróżniającym się miasteczku Gronau, znajduje się zakład wzbogacania uranu.

Kilka kilometrów dalej mieści się reaktor jądrowy Hamm-Uentrop. Co prawda został zamknięty trzydzieści lat temu, wciąż jednak zawiera prawie sto ton nieużytych materiałów radioaktywnych.

Osiemdziesiąt kilometrów na południe od Osnabrück, w Ahaus, znajduje się magazyn przechowywania paliwa atomowego. Wreszcie zaś – sześćdziesiąt kilometrów na północny zachód od miasta znajduje się elektrownia jądrowa i fabryka paliwa atomowego Lingen II, a w jej pobliżu wycofany kilka lat temu z użytku reaktor Lingen I.

Osnabrück znajduje się w samym środku atomowej pajęczyny.

Atom i ich dwoje

Kiedy jadę na spotkanie z Marco i Hannesem, jestem przekonana, że nie ma kraju, który w tym momencie mniej potrzebowałby ruchu antyatomowego. Przecież Angela Merkel, z wykształcenia fizyk jądrowy, już w 2011 roku ogłosiła, że wszystkie niemieckie elektrownie atomowe zostaną zamknięte do roku 2022.

Z drugiej strony nie ma też ostatnio dnia, żebym nie natrafiła w Internecie na artykuł – po niemiecku, angielsku czy polsku, który namawia do wskrzeszenia marzenia o świecie napędzanym atomową energią w imię walki z kryzysem klimatycznym.

Stowarzyszenie antyatomowe w Osnabrück liczy dziś tylko dwie osoby, z którymi właśnie wymieniłam uścisk dłoni. Marco i Hannes. Hannes i Marco.

I tyle.

Sprawa z odstawieniem energii nuklearnej jest więc na dobre załatwiona? Czy może po prostu nikt już się jej nie obawia?

Hannes to młody chemik, jeszcze studiuje. Po studiach chce zostać nauczycielem w liceum. Ruchem antyatomowym zainteresował się zdobywając wiedzę o pierwiastkach radioaktywnych, a jego zaangażowanie wzmocniło się jeszcze po awarii reaktora w Fukushimie.

Marco jest po pięćdziesiątce, jest etnologiem i wychowawcą trudnej młodzieży. W ruchu przeciwko korzystaniu z energii atomowej działa od lat osiemdziesiątych. Długie siwe włosy zebrane w kucyk, T-shirt bez rękawów – widać po nim kontrkulturową przeszłość.

– Nasz ruch nie jest już medialny. Kiedyś liczyliśmy się w różnych regionach Niemiec w tysiącach, setkach członków, działacze odeszli jednak do innych spraw. Dzisiaj opinia publiczna wydaje się uważać problem za rozwiązany – przyznają obydwaj.

– Ale czy rzeczywiście tak jest? – dopytuję.

Hannes bierze głęboki wdech i z poważną manierą młodego naukowca zaczyna wyjaśniać.

– To prawda, że Niemcy zobowiązały się zamknąć wszystkie swoje elektrownie do 2022 roku. Ale po pierwsze – nie wiemy, czy to się na pewno uda, bo decyzje w sprawie atomu są podatne na polityczne przetasowania, a po drugie nikt nie mówi o tym, że należałoby się też zająć innymi częściami tego łańcucha – produkcją paliwa nuklearnego i utylizacją atomowych śmieci. Paliwo to świetne źródło dochodu państwowego. Więc rozwiązana jest tylko połowa problemu. A właściwie – jedna trzecia.

Ostatni, sierpniowy raport DIW, czyli Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung, zdaje się jednak podnosić Hannesa na duchu.

Ten prestiżowy berliński Instytut zajmujący się ekonomią podkreśla, że mimo rosnących w Unii Europejskiej nowych tendencji do brania pod uwagę atomu jako ekologicznej alternatywy dla węgla, Niemcy nigdy nie były bardziej pewne tego, że to de-atomizacja jest najwłaściwszą drogą. Jeden autorów raportu, Christian von Hirschhausem, argumentuje też w sprawie opłacalności produkcji: „Energia nuklearna nie została wymyślona do użytku komercyjnego. Jej zastosowanie miało być wojskowe”. Autorzy raportu przeanalizowali 674 elektrownie zbudowane od lat pięćdziesiątych biorąc pod uwagę zyski. Zauważyli, że przy decyzjach o budowie zawsze największe znaczenie ma ideologia i polityka oraz fakt, że technologia ta obiecuje zwrot ogromnych inwestycji, ale ten nigdy nie następuje.

Również w kwestii, że nikt nie mówi o utylizacji odpadów atomowych, Hannes zdaje się mylić. Wchodzę na stronę Federalnego Urzędu Gospodarki Odpadami Jądrowymi BfE. Urząd ten, wraz ze swoim ramieniem wykonawczym BgE – Bundesgesellschaft für Endlagerung prowadzi badania i informuje na bieżąco o swojej działalności na stronie internetowej oraz organizując konferencje i debaty w „realu”, a co trzy lata składa raport ze swoich postępów. Mówi się więc.

Inną sprawa jest jednak to, że problem utylizacji atomowych śmieci gromadzonych właściwie od początku funkcjonowania przemysłu pozostaje nierozwiązany.

Póki co znajdują się one w tak zwanych „miejscach tymczasowych”, magazynach rozsianych po całych Niemczech, odgrodzonych od reszty świata drutem kolczastym, albo przy samych elektrowniach.

Przez dekady pojawiały się różne pomysły zaradcze. Może wystrzelić je w kosmos? Nie, bo przecież niekontrolowany wybuch rakiety oznaczałby katastrofę. Może włożyć je w wieczną zmarzlinę? Ale przecież lody się topią. W końcu naukowcy doszli do wniosku, że atom może jedynie chronić skała. Granitowa, solna albo glina, musi być gruba na sto metrów i znajdować się co najmniej trzysta metrów pod ziemią.

Poszukiwania odpowiedniego miejsca o takich właściwościach trwają w Niemczech do dziś. Po drodze wydarzyło się kilka nagłośniowych przez media wpadek. Najbardziej znany kłopot to kopalnia potasu i soli Asse II. Przez lata przechowywano tam dziesiątki tysięcy odpadów radioaktywnych w setkach tysięcy beczek. Okazało się jednak, że do kopalni wnika woda dostępowa, a też i jej konstrukcja zaczyna się sypać. Jak najszybciej trzeba więc beczki stamtąd przenieść. Teraz jako zbiornik wypróbowywana jest kopalnia rudy żelaza Konrad w Salzgitter. Ma zostać otwarta w 2022 i pomieścić wszystko to, co mieściło się w Asse, a do tego odpady z zakładu wzbogacania uranu w Gronau oraz inne odpady z terenu całych Niemiec.

Poszukiwanie odpowiedniego repozytorium jest przedstawione na stronie BfE w formie przystępnego filmiku. Widać, że rząd zauważa, że powodzenie wszelkich przedsięwzięć związanych z atomem zależy nie tylko od naukowców i polityków, ale także krytyki lub wsparcia społecznego.

Atom i idea

Do ludzi takich jak Marco i Hannes wciąż jednak nie dotarli. Oni chcą słyszeć inną retorykę. Marco tłumaczy:

– To nie jest tylko sprawa technologii. To też nie jest jedynie sprawa Niemiec. Tutaj chodzi o idee i o nas wszystkich, współczesnych ludzi. Musimy zmienić systemowe myślenie, zamiast działać na jednym polu. Walka o prawa kobiet, prawa człowieka, nowe, czyste źródła energii – to wszystko jest połączone.

Marco pamięta, że kiedy sam po raz pierwszy wyszedł na ulicę w proteście przeciwko energii atomowej, to czuł, że ma za sobą potężną energię kontrkultury. To były protesty napędzane przez hipisowskie marzenia. Chodziło o lepszy świat, w którym nie ma miejsca na wielki przemysł.
Demonstracje przeciwko atomowi zaczęły się w Niemczech w latach siedemdziesiątych, kiedy wieś Wyhl została wyznaczona na miejsce budowy elektrowni jądrowej. Mieszkańcy w proteście spontanicznie zajęli plac budowy. Policja ich spacyfikowała, ale zdjęcia z tego wydarzenia przedstawiające protestujących oblewanych z armatek wodnych i siłą usuwanych z miejsc protestu oburzyły tysiące ludzi. Na miejsce przyjechało trzydzieści tysięcy demonstrantów. Pozwolenie na budowę zakładu cofnięto, a w jego miejsce powstał rezerwat przyrody. To wydarzenie uskrzydliło ruch antyatomowy na następne dekady.

Po awarii pompy w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island w 1979 roku setki tysięcy osób wyszły na ulice Bonn i Hanoweru, domagając się zamknięcia wszystkich obiektów jądrowych. Dzięki impetowi ruchu powstała w latach osiemdziesiątych partia Zielonych. Kulminacja protestów miała miejsce po awarii reaktora w Czarnobylu, w 1986 roku. Zaledwie kilka dni później w Hamm-Uentrop doszło do awarii reaktora i niewielkiego wycieku, który usiłowano zatuszować, żeby nie wywoływać paniki. Podczas starć z policją pod zakładem utylizacji odpadów nuklearnych w Wackersdorf zostało rannych niemal 400 osób. Marco brał udział w tej demonstracji.

– Ruch stracił wtedy na impecie. Rząd dał nam jasno do zrozumienia: jeśli dalej będziecie protestować, uznamy was za terrorystów – mówi.

Przysłano wtedy na demonstrację siedem tysięcy funkcjonariuszy. Były granaty ogłuszające, gumowe kule, armatki wodne, gaz pieprzowy i łzawiący. To, o czym Marco nie wspomina, to fakt, że niektórzy demonstranci też nie byli bezbronni – mieli proce, łomy oraz koktajle Mołotowa. Odbyła się regularna bitwa z policją, która nie dała ruchowi nic poza eskalacją konfliktu.

W latach dziewięćdziesiątych efektowne, ale mało efektywne protesty z ulic przeniosły się więc do parlamentu. Nie chciano już ideologii, ale praktycznych rozwiązań.

– W moim odczuciu symptom stał się przyczyną – podsumowuje jednak z rozczarowaniem Marco. Używanie energii nuklearnej było dla mnie tylko jednym ze sposobów traktowania ziemi. A nagle stało się jedynym tematem, bez tej większej podbudowy, która była dla mnie ważna.

Atom i pragmatyka

Zniknęły kontrkulturowe idee, ale pojawiły się konkretne postulaty. Zamknąć elektrownie. Ograniczyć poleganie na energii nuklearnej. Po zjednoczeniu Niemiec po raz pierwszy zaplanowano, że energii nuklearnej nie będzie się rozbudowywać, a reaktory powoli zamykać.

W 2002 roku kierowany przez kanclerza Gerharda Schrödera rząd Socjaldemokratów i Zielonych uchwalił ustawę o rezygnacji z atomu do roku 2022. Po dojściu do władzy siedem lat później rząd Angeli Merkel w koalicji z Wolną Partią Demokratyczną (FDP) zmienił wspomniane prawo i wydłużył dodatkowo pracę elektrowni jądrowych od 8 do 14 lat. Zadecydowano, że Niemcy nie mają alternatywy, która w efektywny sposób uzupełni lukę w produkcji energii w czasie rezygnacji z węgla. Atom miał być pomostem do energii odnawialnych. Równocześnie ówczesny rząd nałożył na koncerny energetyczne dodatkowe obciążenie w postaci akcyzy na paliwo jądrowe, co było ukłonem w stronę partii opozycyjnych oraz środowisk przeciwnych elektrowniom atomowym, których zdaniem rząd ustąpił pod naciskiem lobby atomowego zorientowanego na zysk.

Naukowcy z Fundacji im. Heinricha Bölla, którzy co kilka lat publikują kolejne pozycje na temat energii atomowej, zgadzają się z tym stanowiskiem. Gerd Rosenkranz tak pisze w swojej publikacji „Mity energetyki jądrowej”: „W postulatach dotyczących przedłużenia okresów eksploatacji reaktorów chodzi o wielkie pieniądze. Analitycy wyliczyli w opracowaniu dla potencjalnych inwestorów, jak wielki „złoty deszcz” mógłby spaść na operatorów elektrowni atomowych, gdyby rząd federalny rzeczywiście wykonał woltę. Latem 2009 roku Bank Krajowy Badenii-Wirtembergii oszacował te ewentualne dodatkowe zyski brutto na kwotę od 38 do 233 miliardów euro. Dolna wartość odnosi się do sytuacji, w której czas eksploatacji reaktorów zostałby wydłużony o dziesięć lat ponad okres 32 lat – zaplanowany w porozumieniu o rezygnacji z energii jądrowej – przy jednoczesnym utrzymywaniu się umiarkowanych cen energii na giełdzie.”

Ówczesne przedłużające pracę elektrowni plany rządu pokrzyżowała jednak awaria reaktora w Fukushimie. Dwa dni po katastrofie, w niemal 500 niemieckich miastach, w tym Osnabrück, na ulicę wyszło ponad 100 tysięcy demonstrantów. Po kilku dniach było ich jeszcze więcej – ćwierć miliona osób. Berlin zarządził natychmiastowe wyłączenie 8 z 17 funkcjonujących reaktorów. Ustalono również od razu harmonogram wyłączenia pozostałych elektrowni.

– Ludzie znów zaczęli się bać, czuli się bezbronni – tłumaczy Marco. – Jednocześnie sprawa stała się medialna, modna. To przyciągnęło do ruchu nowe pokolenie.

Hannes, jako pilny student chemii nie mógł uwierzyć, że wciąż państwowo sankcjonuje się zarządzanie taką energią.

– Ja mam do energii atomowej podejście technologiczne, naukowe. Fascynuje mnie ten proces. Widzę jasno, jak wiele niesie ze sobą ryzyka i kosztów. Decydenci, znając ryzyko i tak wolą się na nie godzić. Moim zdaniem nie da się tego wyjaśnić naukowo – tłumaczy.

Przez chwilę Marco miał nadzieję, że dzięki takim młodziakom jak Hannes ruch zyska siłę na kolejne dekady. Ale ludzie szybko zapomnieli o strachu i zadowolili się tym, co rząd obiecał. Uznali, że decyzje, jakie podjęła kanclerz, wystarczą.

Atom i jego źródło

Hannes jest pewien, że to wszystko przez to, że ludzie nie rozumieją cyklu wytwórczego tej energii. Słyszą, że reaktory się zamkną? To w porządku. Słyszą, że energia atomowa jest ekologiczna? To jeszcze lepiej. Nie kopią głębiej. Nie interesuje ich, skąd się ją bierze, jak się przetwarza, co potem zostaje.

On więc chce o tym opowiadać. Właśnie kończy kolejną prezentację na uniwersytecki wykład, w którym na ponad siedemdziesięciu slajdach będzie tłumaczył, dlaczego elektrowni atomowej nie da się po prostu wyłączyć i dlaczego jeszcze przez setki lat będziemy ponosić konsekwencje naszych wcześniejszych decyzji.

Na razie wygłasza wykład dla mnie. 

Na pierwszym slajdzie jest kopalnia uranu.

Najczęściej są odkrywkowe, rzadziej otworowe czy głębinowe. Pierwszym etapem obróbki po wydobyciu rudy jest kruszenie bloków skalnych, mielenie i ługowanie. W rezultacie otrzymujemy tzw. yellowcake, czyli oczyszczony uraninit U3O8. Składa się on w ponad 99% z nierozszczepialnego izotopu U-238 i w mniej niż 1%, z rozszczepialnego U-235. A tylko ten może być wykorzystany jako normalne paliwo jądrowe. Stosunek ilości do uzysku jest więc niekorzystny. Niekorzystne jest też wydobycie – to odkrywkowe wiąże się z narażaniem zdrowia pracowników – kurz uranowy łatwo się roznosi. Z kolei wydobycie głębinowe to spora inwestycja energii i pieniędzy. Ślad węglowy jest znaczny i kosztowny.

Kopalnie uranu znajdują się w kilku krajach na świecie. Dowiaduję się, że Wielka Brytania ukrywa swoje źródła rudy, Francja bierze ją głównie z Nigru, a Niemcy z Australii i Stanów Zjednoczonych. Kopalnie najczęściej znajdują się na terenach, gdzie mieszkają ludzie ubodzy, z niewielkim dostępem do zasobów, ograniczonymi perspektywami na poprawę jakości życia. Najczęściej jest to nękana uprzedzeniami, odsuwana na społeczny margines ludność rdzenna. Indianie, Inuici, Aborygeni, Tuaregowie i Adiwasi.

– Trzeba było ogromnych nakładów pracy organizacji pozarządowych, żeby świat usłyszał o tym, że wydobywanie uranu szkodzi życiu i zdrowiu, zatruwa wody gruntowe. Ale mimo wypłaconych odszkodowań, kopalnie nadal działają – oburza się Hannes.

Postanawiam zapytać amerykańskiego obywatela, co o tym wszystkim sądzi. Michael Schellenberger też kiedyś był aktywistą anty-nuklearnym, wychowanym w rodzinie hipisów. Później jednak, jak przekonuje w swoim wystąpieniu na TEDx-ie, „zmienił zdanie i pokochał bombę” stając się najbardziej medialnym piewcą energii atomowej na arenie międzynarodowej, twórcą manifestów i pisarzem. Nazywa siebie eko-pragmatykiem. Założył Breakthrough Instutite, który zajmuje się badaniem zmian klimatycznych w kontekście energii i innowacji technologicznych.

W naszej rozmowie przez ocean zadaję mu pytanie o kopalnie uranu: „Oczywiście wszystkie kopalnie powinny bronić praw swoich pracowników. Ale widzisz, moim zdaniem kopalnie uranu są tutaj wręcz bardziej rzetelne, ze względu na to, że są obciążone większym ryzykiem i pod obstrzałem spojrzeń opinii międzynarodowej. Poza tym, połowa światowego wydobycia uranu tak naprawdę nie wiąże się z żadnym górnictwem, bo zakłada używanie podziemnych studni, pompowanie uranu na ziemię, bez otwartych dołów i tuneli. Dodatkowo, biorąc pod uwagę, jak wydajny jest uran jako paliwo, trzeba wydobywać go naprawdę niewiele. A już zużyte paliwo można użyć ponownie. To wszystko ogranicza wydobycie i szkody do minimum.”

Atom i jego legenda

Następny slajd.

To już port w Hamburgu. Tam przypływa „żółte ciastko” czyli uranit U-308, które potem jedzie do fabryk paliwa, najczęściej do Gronau, a potem do Lingen i na cały świat.

Następny slajd.

Pracujące elektrownie. Wielkie amfory wypuszczające w niebo kłęby białego dymu przypominającego cukrową watę. W Niemczech wciąż działa ich osiem.

Te rzeczywiście nie produkują CO2. Jeszcze kilkanaście lat temu ich praca zapewniała Niemcom jedną czwartą energii elektrycznej. Czyste, efektywne. W tej fazie nie widać żadnej wady.

A jednak szybko się starzeją i są kosztowne w wybudowaniu. Koszt powstania jednej elektrowni waha się między dwoma a dziesięcioma bilionami dolarów. Trzydziestoletnia elektrownia zaczyna mieć zmarszczki, trzeba skrupulatnie monitorować jej zdrowie. A każda rysa to ryzyko.

Następny slajd. Elektrownia w Lingen.

Droga prowadzi przez zielone pola, zadbane do ostatniej trawki. Co chwilę mija się generujące prąd wiatraki i rozłożyste, zadbane domy, z których każdy, na pochyłym dachu, ma panel słoneczny. Zdobywanie energii wpisane jest w krajobraz nieinwazyjnie, nie kłuje w oczy. W końcu zza drzew wyłaniają się zabudowania elektrowni. Wyglądają jak przeklejone z futurystycznej dystopii. Wielkie betonowe góry nad sielską zielenią.

– Tymi drogami podróżują ciężarówki przewożące jądrowe półprodukty. Z Gronau tutaj. Stąd i z Gronau na cały świat. Do Francji, Szwecji, Finlandii, Belgii, Rosji, Brazylii. Autostradami, potem koleją, drogą morską. Wyjeżdżają ponad siedemdziesiąt razy do roku. Nikt nie chroni tych transportów, mają tylko mały znaczek na karoserii informujący o radioaktywności i toksyczności.

Rzeczywiście, tutaj Hannes ma rację. Kiedy transport już znajduje się na drodze, nikt go nie ochroni. Ryzyko ataków terrorystycznych jest zauważane przez naukowców. Czytam w publikacjach Fundacji im. Heinricha Bölla: „Z zeznań terrorystów opublikowanych w oficjalnym raporcie Senatu USA wynika, że Mohammed Atta, który uderzył samolotem Boeing 767 w  północną wieżę World Trade Center, rozważał wcześniej możliwość ataku na oba bloki reaktora elektrowni jądrowej Indian Point”

Ale zanim wrażliwy transport wyruszy w drogę, muszą zostać dopełnione procedury wyszczególnione przez BfE. Zalecenia tego, jak ma wyglądać pojemnik na odpady muszą być te same we wszystkich krajach. A opakowanie musi być odporne na wypadki – drogowe, zalanie, pożar – i wcześniej testowane. To, kiedy transport ma miejsce jest dokładnie ustalane z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Można zmieniać datę i trasę, jeśli tylko jest jakieś podejrzenie niebezpieczeństwa.

Kolejny slajd.

Elektrownię okala drut kolczasty, jak teren wojskowy. Nie można się zbliżać. Mieszkańcy Lingen też nie lubią gapiów. Zdaniem Marco, jak wszyscy ludzie, chcą po prostu mieć święty spokój i miejsca pracy. Elektrownia daje zatrudnienie całemu miasteczku. Rozumie to, że w ich interesie jest to, żeby istniała jak najdłużej.

– A co, jeśli rzeczywiście nastąpi apokaliptyczna awaria?

– Nie ma planów ewakuacji. W latach osiemdziesiątych jakieś zostały opracowane – przypomina sobie Marco. – Ale były to głównie plany zapobiegania panice. Nie ma planów, bo ewakuacja jest zwyczajnie niemożliwa.

I rzeczywiście, objaśnienia na stronie BfE odnoszące się do katastrofy są bardzo techniczne i mało pocieszające. Dotyczą właściwie tylko tego, jak minimalizować straty w elektrowni, a o tym, co z ludźmi i światem zewnętrznym już ani słowa. Może po to, aby nie siać grozy? BfE zapewnia tylko kilkukrotnie, że elektrownie są zabezpieczone przez pożarami, wybuchami, wyciekami, trzęsieniami ziemi.

Jos Lelieveld, naukowiec z Instytutu Maxa Plancka ostrzega jednak: „Musimy zająć się międzynarodową analizą wypadków i międzynarodowym wygaszaniem użycia atomu.” Naukowcy z Instytutu są przekonani, że wypadki atomowe mogą zdarzać się częściej niż wcześniej przypuszczaliśmy. Co dziesięć, dwadzieścia lat i nawet dwieście razy częściej. Ze względu na pogodę zaś radioaktywny cez-137, produkt rozpadu uranu, może być przenoszony nawet na tysiąc kilometrów i trwać w atmosferze dekadami.

Później postanawiam także entuzjastycznego Michaela Schellenbergera zapytać o to, czy nie boi się wypadków. W końcu jeszcze jako anty-atomowy aktywista posługiwał się nie raz argumentem „z Czarnobyla”.

Tłumaczy mi, że wtedy dał się przekonać symbolowi, a nie faktom. A fakty są jego zdaniem następujące: „Dwadzieścia osiem osób zginęło na miejscu, piętnaście na raka tarczycy, a potem na raka zachorował jeden procent z szesnastu tysięcy ludzi dotkniętych ryzykiem. W Fukushimie ludzie zaś umierali z powodu paniki, utonięć, stresu, żadnych śmierci z powodu promieniowania. Ludzie nie mogą czerpać wiedzy z HBO i literackich dzieł Swietłany Aleksijewicz.”

Atom i ekologia

Teraz Hannes podaje mi żółtą ulotkę z rysunkiem elektrowni i znakiem zakazu. Tłumaczy, że może i w Osnabrück jest ich dwójka, ale są częścią większej galaktyki organizacji antyjądrowych. Francuska, belgijska, afrykańska, ukraińska, brytyjska. O swoich przedsięwzięciach informują na stronie dont-nuke-the-climate.org, gdzie zamieszczają naukowe raporty energetyce jądrowej i jej związkach z klimatem oraz aktualności o protestach. Oraz – przede wszystkim – swój manifest, którego tytuł brzmi: „Nie masakrujcie klimatu atomem”.

Hannes prezentuje kolejne podpunkty :

Atom jest energią zbyt brudną. Reaktory i łańcuch produkcji wytwarzają potężne ilości odpadów promieniotwórczych. Łańcuch produkcji energii jądrowej ogółem wytwarza więcej dwutlenku węgla niż energie odnawialne, jak geotermalna czyli cieplna skał, wody i gruntu pod powierzchnią ziemi, czy wiatrowa, fotowoltaiczna, czyli pochodząca z przetwarzania promieniowania słonecznego.

Potem proszę Michaela o komentarz:

„Ślad węglowy jest naprawdę znikomy. Używanie gazowej wirówki wzbogacającej, w której rozdzielenie izotopów ma miejsce pod naporem siły odśrodkowej jest wyjątkowo efektywne. Obniża energię potrzebną wcześniej, przy metodzie dyfuzji gazowej, w której izotopy lżejsze szybciej się mieszają niż cięższe. Anty-nuklearni aktywiści wciąż jednak używają nietrafionych danych z czasów, kiedy dominowało to użycie”.

Hannes czyta dalej:
Atom jest energią zbyt powolną w instalowaniu. Żeby naprawdę ograniczyć dzięki energii nuklearnej emisje CO z paliw kopalnych, trzeba by budować nowe elektrownie jeszcze przez dziesiątki lat.

Atom i prawa człowieka

Kiedy odkładam ulotkę, Marco od razu dopowiada, że atom też – a dla niego przede wszystkim – to łamanie praw człowieka.

Spędził dwa lata u plemienia Navajo w Południowej Dakocie, w rezerwacie Pine Ridge. Zdecydował się pojechać do Stanów, żeby samemu przekonać się, jak wyglądają kopalnie uranu, którego użycie oprotestowywał. Zobaczył, jak górnicy wdychają atomowy kurz. Widział, jak zatruwają się rzeki. Stał z Lakotami na demonstracjach, kiedy kamery telewizyjne rejestrowały ich skargi, ale nikt nie reagował. Wkurzał się, że nic się nie zmienia, że ludzi to nie obchodzi. Wtedy słyszał od mieszkańców rezerwatu: „Nie można być niecierpliwym. Jesteśmy tylko oczkiem w łańcuchu. Walczymy o swoje prawa od czasów Kolumba i będą o nie walczyć kolejne pokolenia”.

Jak mówi, odpuścił karmienie ego, pragnienie, żeby zobaczyć zmiany, o jakich marzy, za swojego życia.

– Trzeba nauczyć się konsekwentnie walczyć bez gwarancji sukcesu, bez ustanku, bez glorii. Bo tak trzeba. To zrozumiałem u Lakotów.

Marco przyznaje, że część jego przyjaciół postrzega go jako szurniętego, a jego walkę jako donkiszoterię. Już dawno temu zajęli się życiem z dnia na dzień, swoimi rodzinami, dziećmi. Ale przecież, tłumaczy mi Marco, nie ma nic bardziej rozsądnego niż z szaleńczym zapałem zmieniać teraz świat, bo inaczej dla dzieci go już nie wystarczy. On sam ma dwójkę synów. Dla każdego zrobił sobie po powrocie z rezerwatu po jednym tatuażu – jest wąż i jest orzeł, bo wszyscy jesteśmy wpisani w przyrodę. Jest rozwiedziony. Żona powtarzała mu, żeby „wreszcie dorósł”. Nie dogadali się.

Marco martwi się też o inne dzieci. Jest nauczycielem, pracuje z trudną młodzieżą. Jako etnolog z wykształcenia jest przekonany, że to wspólnota jest najważniejsza, a nie posiadanie rzeczy czy technologie.

Na razie jednak, jak widzi dookoła, najważniejsze są pieniądze. Jego zdaniem rządy pracują razem, nie aby budować społeczeństwo, ale żeby zarabiać. Także na uranie. Nikt jako pierwszy nie chce powiedzieć – niech stracę.

Tymczasem dla Marco, od lat osiemdziesiątych do dziś, najważniejsze jest wciąż to samo. Trzeba zmienić przyczynę, a nie symptom. A przyczyną jest konsumpcjonizm.

– Zamiast przeć do przodu, chcieć więcej, trzeba się zatrzymać i ograniczyć – mówi. – Redukować, a nie kumulować. Naprawdę nie potrzebujemy mieć wszędzie zapalonych latarni, nie potrzebujemy nowych modeli komórek i komputerów, kolejnych elektro-gadżetów. Powinniśmy przypomnieć sobie, jak to jest być ze sobą nawzajem, a nie siedzieć przed sprzętami. Wtedy też będziemy zużywać mniej prądu.

– Czyli zmienić styl życia – podsumowuję.

– A poza tym przekonać państwo, że konieczna jest decentralizacja. Każdy z nas powinien brać odpowiedzialność za swoje gospodarstwo domowe, zastanowić się, jak on, tam gdzie mieszka, może pozyskać energię, ile rzeczywiście jej potrzebuje. Musimy myśleć regionalnie – czy u mnie sprawdzi się wiatr? A może słońce? A może źródła podziemne?

Michael z mojego maila prycha: „Strasznie dużo turbin i paneli jest potrzebne, żeby takie rozwiązania były efektywne. W Kalifornii na przykład panele słoneczne zajmują sto razy więcej powierzchni niż infrastruktura energii nuklearnej, nie licząc kabli transmisyjnych. A one przecież przechodzą przez środowisko naturalne, prawda?

A mniej używać – łatwo się mówi. Przecież to niemoralne, żeby zmuszać ludzi, żeby zużywali mniej energii – to energia dla szpitali, szkół, transportu do przyjaciół, a więcej światła to bezpieczniejsze miasta”.

Atom i Indianie

Hannes zamyka naukową prezentację i mówi z emocją, już bez naukowego tonu:

– Znajomi, którzy odeszli z grupy mówili mi, że nie chcą protestować przeciwko czemuś. Chcą być za pozytywną zmianą. Ale nie rozumieją, że zawsze, kiedy walczysz z czymś, musisz mieć propozycję czegoś nowego. A jeśli masz tylko propozycję czegoś nowego, jeśli chcesz tylko myśleć pozytywnie, nie obalisz status quo.

Marco status quo nie podobało się, odkąd skończył dziesięć lat. Wtedy na rzece Ems przepływającej obok jego domu zamknięto publiczny basen. Rodzice wytłumaczyli mu, że to dlatego, że elektrownia w Lingen potrzebuje wody do chłodzenia reaktora. Nie rozumiał, dlaczego tak ma być, skoro on i mnóstwo innych dzieciaków spędzało tam z przyjaciółmi całe lato. Nie rozumiał, dlaczego dorośli, jego rodzice, nie robią nic, żeby mógł nadal mieć ten basen. Powiedzieli mu: „Synu, z tymi ludźmi nic nie wskórasz”.

– Wtedy babcia na pocieszenie dała mi książkę o rdzennych mieszkańcach Ameryki. Wtedy mówiło się, że po prostu o Indianach. Książka opowiadała o masakrze dokonanej przez amerykańskie oddziały, pod Wounded Knee. I tak dowiedziałem się, że są ludzie, którzy walczą nawet w przegranej sprawie. Przeczytałem to z dziesięć razy. Zrozumiałem, że nie chcę być jak moi rodzice. Chcę być jak wódz Wielka Stopa.

Myślę nad tym, co przeczytałam u Rosenkranza: „Stosunkowo wysoki poziom bezpieczeństwa niemieckich reaktorów był zawsze kojarzony – nawet przez zwolenników energii jądrowej – z obecnością silnego ruchu przeciwko energii atomowej oraz stałemu zainteresowaniu energetyką jądrową ze strony sceptycznie nastawionej i wyczulonej na tę tematykę opinii publicznej.”

Być może Wielka Stopa tym razem wygrał więcej, niż zdaje sobie z tego sprawę.
 

Bibliografia:

https://www.bfe.bund.de/DE/home/home_node.html

https://pl.boell.org/pl/2019/06/24/przyszlosc-energetyki-jadrowej

https://pl.boell.org/sites/default/files/rosenkranz_mity_energetyki_jadrowej.pdf

https://www.mpg.de/5809418/reactor_accidents

https://www.diw.de/documents/publikationen/73/diw_01.c.670581.de/dwr-19-30-1.pdf

https://www.nytimes.com/1986/06/08/world/protesters-battle-police-at-west-german-a-plant.html

Energetyka jądrowa wobec globalnych wyzwań bezpieczeństwa energetycznego i reżimu nieproliferacji w erze zmian klimatu, Tomasz Młynarski, Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego 
 
Wywiad z Michaelem Schellenbergerem

Wywiady z Hannesem i Marco z Anti-Atom Gruppe w Osnabrück