Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Weganizm w Niemczech
Wegański smak Niemiec

Jaap Korteweg, założyciel sklepu „Der Vegetarische Metzger“
Jaap Korteweg, założyciel sklepu „Der Vegetarische Metzger“ | © Der Vegetarische Metzger

Niemcy są najszybciej rosnącym wegańskim rynkiem w Europie. Jak dokonuje się tam zmiana i co sprawia, że kultową Currywurst coraz częściej robi się z soi? Dlaczego Niemcy porzucają tradycyjną kuchnię i inwestują w roślinną dietę? Czy to chwilowa moda czy zielona rewolucja?
 

Joanna Gierak-Onoszko

Zacina listopadowy deszcz, a buty ślizgają się po liściach oblepiających kocie łby, którymi wyłożona jest jezdnia. Kameralne uliczki berlińskiej dzielnicy Schöneberg są pustawe i ciemne, ale z parteru w jednej z narożnych kamenic sączy się światło. Wystarczy pchnąć szklane drzwi, żeby znaleźć się w miejscu wypełnionym głośnymi rozmowami, brzękiem sztućców, zapachem świeżo mielonej kawy i dobrze doprawionego jedzenia.
 
– Dziś właśnie tutaj urządziliśmy nasz Stammtisch, otwarty stół. Spotykamy się tak dokładnie dwieście pięćdziesiąty raz – mówi Matthias, który organizuje spotkanie z ramienia organizacji Berlin Vegan, skupiającej wszyskich, którzy nie tylko chcą przejść na roślinną dietę, ale zacząć prowadzić życie w sposób jak najbardziej zrównoważony i przyjazny środowisku.
 
Tym razem berlińscy weganie spotykają się w kawiarni Mana. Wnętrze jest spokojne i minimalistyczne. Bar wyłożony białymi kaflami, dookoła proste, gięte krzesła z jasnego drewna, ściany z białych cegieł albo w kolorze butelkowej zieleni. W przestrzeni dominuje drzewo, umieszczone na samym środku sali. Obok niego ustawiono długi stół, wokół którego zebrało się około czterdziestu osób, ale ciągle dosiadają się nowe.

Matthias

– Część z nich to stali bywalcy, przychodzą na większość naszych spotkań, które organizujemy dwa razy w miesiącu. Ale zawsze mamy sporo nowych osób – tych dopiero zaznamiających się z weganizmem, chcących przekonać się, czy da się żyć bez mięsa. A także nowych w Berlinie – potrzebują się jakoś zakorzenić, obżyć. Chcą kogoś poznać i mieć własną grupę odniesienia. Przyjść pogadać i zjeść razem coś pysznego to w sumie nienajgorszy sposób, żeby zacząć nowe życie w tym mieście – śmieje się Matthias. Wysoki i wysportowany, ma ostrzyżoną na zero głowę, a na sobie granatową bluzę z kapturem. Wygląda młodo, ale chyba dobiega już czterdziestki: przez skórę przebija siwiejący zarost.

– Mam pięćdziesiąt lat. Odkąd nie jem niczego, co pochodzi od zwierząt, czuję, że ubyło mi lat. Dokuczał mi łokieć tenisisty, miałem problemy ze stawami. Wszystko minęło. Nie chodzi tylko o to, że lepiej się czuję, mam więcej sił, jestem mniej zmęczony i przytłoczony. Moje ciało wygląda inaczej. Spójrz na moją skórę. Kiedyś miałem na dłoniach brązowe plamy. Mówi się, że to bierze się z wieku, ale to raczej przez niewydolną wątrobę. A teraz popatrz – moje ręce są miękkie i gładkie. Wyglądam lepiej i mam się lepiej.

Dzień przed naszym spotkaniem w deszczowy wieczór Matthias odebrał wyniki badania krwi. Lekarz gratulował, bo cholesterol Matthiasa jest tak niski, jak nigdy wcześniej.

Ale jeszcze niedawno były czasy, kiedy Matthias nie wyobrażał sobie życia bez Schnitzla. Nie był w tym odosobniony – nie tylko tradycja i kultura, ale też gospodarka niemiecka są silnie sprzężone z mięsem. Oparty na mięsie obiad przez długie lata był wyznacznikiem zamożności i statusu. Przez pięćdziesiąt lat, od roku 1961 do 2011, spożycie mięsa, obejmujące zarówno konsumpcję, jak i wykorzystanie go na inne cele, wzrosło z 64 do 95 kg rocznie na osobę. Ale ostatnich kilka lat przyniosło ponowny, lekki spadek - obecnie utrzymuje się na poziomie 88 kg, z czego około 60 kg to konsumpcja. Nadal jednak Niemcy są jednym z największych producentów mięsa na świecie – według wyliczeń Destatisu, Federalnego Urzędu Statystycznego na potrzeby przemysłu mięsnego już w pierwszej połowie 2019 roku zabito ponad 30 mln zwierząt (świń, bydła, owiec, kóz i ptactwa).
 
Co sprawiło, że w 2016 roku Matthias przeszedł na zieloną stronę? Pewnego dnia miał umówione spotkanie z klientem, poszli na miasto coś zjeść. Tamten zamówił wegańskiego burgera i przeszedł  szybko do omawiania spraw. Nie namawiał do niczego, nie manifestował, nie próbował konwertować. Matthias zapytał sam – klient odpowiedział tylko, że nie je mięsa z powodów etycznych. Co się za tym kryje, możesz sobie sprawdzić, jak obejrzysz w Internecie filmy z farm, w którzych trzymane są zwierzęta, dodał jeszcze i wrócili do jedzenia.

Czy wołowy burger stanął wtedy Matthiasowi w gardle?
– Ależ skąd. Apetyt mi dopisywał i w ogóle całe nasze spotkanie uważałem za bardzo udane.

Ale mimo to przez całą drogę do domu nie mógł odpędzić myśli o tym, co usłyszał. Były korki, miał dokładnie godzinę na zastanowienie się. Wieczorem otworzył laptopa, zaczął szukać informacji o farmach zwierząt. Po tym, co zobaczył, zrozumiał, że nie chce dłużej brać w tym udziału. Westchnął i powiedział do siebie głośno: no dobrze, w takim razie jestem od teraz weganinem.
 
Całe dorosłe życie wiedział, skąd się bierze na półkach wędlina, kiełbasa i kotlet. Nie brakowało mu ani informacji, ani świadomości. Dlaczego to jeden lunch z klientem wszystko zmienił?

– Wydaje mi się, że każda doniosła zmiana ma związek z osobistym przeżyciem, z bezpośrednim kontaktem nie z ideą, ale z drugim człowiekiem. Żadne zorganizowane akcje nie mają takiej siły, jak osobisty kontakt, indywidualne spotkanie z konkretną osobą. Po czymś takim można już szukać szerszych idei, fundamentów i rozwijać się na własną rękę. Zresztą tu nie chodzi tylko o rezygnację z kotleta.
 
Matthias uważa, że świadoma decyzja o niejedzeniu mięsa to początek zmiany w myśleniu o sobie i swoim miejscu w świecie. Wkrótce często zaczyna się patrzeć i myśleć, a potem także i działać, w zupełnie nowym, szerszym kontekście. Dostrzega się łańcuch powiązań – jeśli Bratwurst, to przemysłowa hodowla zwierząt, jeśli jogurt śmietanowy to pochodzące z krowiego nawozu zanieczyszczenia, które trafiają do gleby i stopniowo zatruwają wody gruntowe. Zaczyna się też widzieć skalę szkód, jaką wyrządza masowa produkcja żywności, choćby w kontekście produkcji odpadów i napędzania fali plastikowych śmieci. Przytłoczony tym człowiek stopniowo rezygnuje z plastiku, coraz rzadziej uruchamia samochód, stara się ograniczyć swój cywilizacyjny ślad. To małe, drobne rzeczy – jak upychanie po kieszeniach wielorazowych siatek w drodze na zakupy, domaganie się kawy na wynos przelanej do własnego, wielorazowego kubka czy nieprasowanie ubrań.
 
Zresztą, moda też stara się być coraz bardziej wegańska, bo świadomych konsumentów, gotowych płacić więcej za mniej, przybywa. Matthias podwija nogawkę. Jego czarne martensy są klasyczne – osiem dziurek na sznurowadła, równy, żółty ścieg wokół charakterystycznej podeszwy z gumowej słoniny. Ale buty nie są zrobione ze skóry, lecz z syntetycznego materiału, a Matthias mówi, że dziś w Niemczech to żaden problem ubierać się etycznie.
 
Najpopularniejsze są dwa modele – kupowanie w sklepach z używaną odzieżach: zwykłych lumpeksach czy modnych butikach vintage, a także wymiany ciuchów, między znajomymi albo na specjalnie organizowanych giełdach. To oszczędza i środowisko, i pieniądze. Ale dla tych, którym zależy na nowych rzeczach i subtelnym designie, istnieją też sklepy, szczególnie internetowe, pełne zielonych krzyków mody. Proponują one minimalistyczne blezery z ekologicznej bawełny, farbowane przyjaznymi dla środowiska barwnikami, grube zimowe kurtki z wypełnieniem z PET podlegającym w 100% recyklingowi i dżinsy nabite nitami bez użycia niklu.

Rynek robi się zielony

Takich miejsc przybywa, bo rynek na wegańskie produkty rośnie, a Niemcy są w jego awangardzie.

– Obok Wielkiej Brytanii, to Niemcy są źródłem wegańskich innowacji i to na tutejszy rynek trafiło  ponad 20% wegańskich produktów spożywczych, jakie pojawiły się w Europie pomiędzy majem 2018 a kwietniem 2019 roku – mówi Katya Witham, analityczka z firmy badawczej Mintel. Do 2018 roku to Niemcy były najdynamiczniej od lat rosnącym wegańskim rynkiem. Jak dodaje Witham, wegańskich propozycji przybywa szybciej niż wegetariańskich – dziś blisko co szósty produkt spożywczy, jaki pojawia się na niemieckim rynku, jest czysto wegański.

Zmiana polega też na tym, że dziś produkty wegańskie trafiają coraz częściej do koszyków ludzi, którzy wcale nie rezygnują z produktów zwierzęcych, a w każdym razie – nie całkiem. To fleksitarianie – tacy, którzy co prawda ograniczyli, ale nie wykluczyli z diety mięsa, mleka czy jajek.
 
– Wegańskie produkty są atrakcyjne także dla tej szerokiej grupy konsumentów, która w swoich wyborach kieruje się kryterium zdrowia i etyki. Popyt napędza też rosnące zainteresowanie chowem pozaklatkowym i organicznym – a to prowadzi nas właśnie do półki z produktami wegańskimi – mówi Witham.
 
W niemieckich sklepach takich półek jest bardzo dużo i ciągle zapełniane są nowe. Powstają też wegańskie lokale, do których coraz częściej zaglądają ci, którzy na co dzień jadają mięso, ale chcą łagodnie grawitować w stronę diety opartej na roślinach. W budkach serwujących Currywurst, tradycyjną berlińską przekąskę – kawałki kiełbaski posypane przyprawą curry, podawane z białą pszenną bułką i keczupem – zmieniło się menu. Coraz częściej można zamówić nie tylko kiełbaski halal czy koszerne, ale przede wszystkim wersję wegańską, z sojową kiełbasą za 2,5 euro. I choć nadal najlepiej sprzedaje się klasyczna kiełbasa, to w budkach wokół historycznego Checkpoint Charlie, zmarznięci klienci domawiają na spróbowanie i parujące grzane wino w styropianowych kubeczkach, i Veganwurst, bez opamiętania zalaną keczupem dokładnie tak samo, jak klasyczne kiełbasy z wieprzowiny.

Wegetariański rzeźnik

Kto szuka bardziej wyrafinowanego zamiennika mięsa, powienien odwiedzić Wegetariańskiego Rzeźnika, Der Vegetarische Metzger. To koncept wymyślony przez holenderskiego rolnika, Jaapa Kortewega, który chciał odejść od jedzenia mięsa, ale nie rezygnować ze znajomych smaków. Dziś produkuje on oparte na roślinnym białku zamienniki, które udają mięso i naprawdę wyglądają jak mielona, smażona wołowina, kawałki grillowanej piersi kurczaka albo cięta na paseczki szawarma. Jego pomysłem zachwycają się wystawcy na targach żywności i media, bo Wegetariański Rzeźnik proponuje nie tylko atrakcyjne jedzenie, ale i towarzyszący mu, równie atrakcyjny, styl.
 
Identyfikacja wizualna, czyli sposób, w jaki firma komunikuje się ze swoimi klientami i fanami jest dopracowana w każdym szczególe i całkowicie spójna. W logotypie kobieta jak z obrazów Alfonsa Muchy, rzeźniczka z tasakiem i pęczkiem marchwi z nieodciętą jeszcze nacią. Stylizowana na art deco, konsekwentnie powtarza się w samym lokalu, i na stronie internetowej i w menu, jaki kładzie przede mną sprzedawczyni we flagowym sklepie przy Bergmannstraße.
 
  • Der vegetarische Metzger © Der Vegetarische Metzger
    Der vegetarische Metzger
  • Der vegetarische Metzger © Der Vegetarische Metzger
    Der vegetarische Metzger
 
Sam lokal jak spod igły, zaprojektowany tak, żeby trafić wprost na Instagram. Na odsłoniętej ceglanej ścianie minimalistyczne półki, na których odpoczywa przekrojona na pół mortadela z zielonymi oliwkami i czarny salceson. Obok zwieszają się pęta kiełbas i parówek.

Wszystko pluszowe.
 
Przy ladzie, zbudowanej z łatwo zmywalnych kafli, można zamówić ciepłe jedzenie. W menu przekąski – nuggetsy z „kurczaka”, Bratwurst w bułce albo Currywurst z frytkami. Do tego burger albo döner, kanapka z szarpaną „wołowiną” albo wrap z „tuńczykiem” – oczywiście wszystko to mięso na niby, mięso wegańskie albo wegetariańsie, czyli Vleisch (Vegetarianische Fleisch).
 
Kelnerka podpowiada, że najlepiej zacząć przestawiać się na Vleisch zaczynając od udawanej mielonej wołowiny. W składzie głównie białko sojowe, do tego ekstrakt ze słodu jęczmiennego, syrop glukozowy, olej rzepakowy, przyprawy. Rozmrożona i przysmażona, ma teksturę chrząstek i choć smakiem przypomina mięso, to jednak nie można się pomylić.
 
Jest sobotnie popołudnie, w sąsiednich knajpkach trudno znaleźć miejsce. A Wegetariański Rzeźnik, choć perfekcyjnie zaprojektowany, świeci pustkami. Puszczenie oka do młodszego pokolenia, równo przyklejone na drzwiach wlepki „Eat pussy not animals” albo #myplacetobeer, to jednak za mało, żeby zapełnić stoliki.

Weganizm na co dzień

Za to parę kroków dalej, w hali targowej Marheineke Markthalle, ludzie tłoczą się wokół stoisk z jedzeniem. Nie są perfekcyjnie zaprojektowane, ale jedzenie na nich jest świeże, pachnące, buchające kolorem i zapachem. Sprzedawcy przekonują, że w wielu przypadkach organiczne i odpowiednio certyfikowane, a ludzie garną się, bo ciągle szukają prawdziwych smaków. Że drogo? Na piętrze hali otwarto wegański supermarket Veganz. To pierwsza taka europejska sieć – pochodzi z Berlina, ale swoje sklepy ma też w Wiedniu i w Pradze. Można nam znaleźć produkty premium, za które ludzie gotowi są słono płacić, ale też tańsze jedzenie pod marką własną supermarketu – panierowane w bułce tartej „schabowe”, krokiety, szwedzkie klopsiki czy cevapcici marki Veganz trafiają też na półki w Lidlu, sklepach Metro czy Edeka. Niemiecki weganizm nie musi być ani elitarny, ani drogi.
 
  • Filia sklepu Veganz w Berlinie Źródło: flickr.com; Foto: Tony Webster; CC BY 2.0
    Filia sklepu Veganz w Berlinie
  • Filia sklepu Veganz w Berlinie Źródło: flickr.com; Foto: Josefine S. (Protected by Pixsy); CC BY-NC-ND 2.0
    Filia sklepu Veganz w Berlinie
 
Widać to także w osiedlowym supermarkecie na Kreuzbergu. Kolejka do kas wije się tak, że korkuje przejścia między alejkami i kupujący muszą stać w osobnej kolejce do sklepowych regałów. A te uginają się od produktów nie tylko wegańskich, a także odzwierzęcych, lecz organicznych. Sporo tu żywności nieprzetworzonej, warzyw, owoców, grzybów i ziół. Ale są też gotowe do podgrzania gotowe obiady, sosy i Eintopfy.
 
Obok alejka bezglutenowych makaronów i płatków śniadaniowych, sekcja warzywnych past i mazideł do chleba, lada z nieprzemysłowo produkowanymi wędlinami i dobrej jakości serami z mleka krowy, kozy i owcy. Nieco dalej potężny sektor wegański: w lodówkach klasyczne Bratwursty i maleńkie Bratwürstchen, serdelki, bekon i cieniutkie parówki wiedeńskie – solidna, kulinarna tradycja, ale w wydaniu roślinnym.

Dalej lodówka z serkami termizowanymi, do smarowania pieczywa, zrobionymi z mielonych orzechów nerkowca. Tak jak popularne zwykłe twarożki i serki wiejskie, te też występują we wszystkich możliwych smakach, z dodatkiem ziół, chrzanu czy papryki. Nieco dalej przepastne lodówki wypełniają seropodobne, wegańskie bloki o smaku cheddara czy parmezanu, gomółki pakowane w woskowy papier do złudzenia przypominający francuski camembert i kremowe wiórki udające mozarellę. No i lodówka zabudowana kartonikami nabiału roślinnego – już nie tylko mleka migdałowego, z czerwonego ryżu czy grzybów shiitake, ale pełna jogurtów, śmietanek, zagęszczaczy do zup, baz do deserów, roślinnych kremówek i bitych śmietan. Bliżej kasy – słodycze, w tym czekolada produkowana przez firmę z warszawskiego Wilanowa i wegańskie, adwentowe kalendarze wypełnione czekoladkami bez mleka i masła.
 
Kolejka, w której stoimy do kasy, to nie hipsterzy i modna młodzież. Sporo tu rodzin z małymi dziećmi (za chwilę i dzieci, i zakupy będą upychać do rowerowych przyczep), ale nie brakuje ludzi starszych, wpadających po zwykłe, codzienne sprawunki. Weganizm nie jest już alternatywą dla Niemców zamożnych, ale dla świadomych.
 
– Niezależnie od tego, czy mówimy o jedzeniu opartym na produktach odzwierzęcych, czy na produktach roślinnych, to jakość i naturalne pochodzenie żywności staje się dominującym czynnikiem zakupowym w Niemczech – mówi Witham. – Dla Niemców priorytetem są kwestie zdrowotne i dlatego coraz częściej wybierają produkty nieprzetworzone i pełnowartościowe. Niemcy jako konsumenci bardzo ostrożnie podchodzą do składu żywności, chcą kupować jedzenie z jak najkrótszą listą składników. Nasze badania pokazują, że 34% dorosłych Niemców regularnie sprawdza skład kupowanej żywności. To czego tam szukają, to informacja: bez dodatku sztucznych składników.

Badania Mintela wskazują też, że Niemcy chętnie odchodzą od mięsa, ale nie przestali szukać już dla niego zamieników. Coraz częściej wybierają produkty roślinne, pełnowartościowe i jak najmniej przetworzone, nie oszukując podniebienia. Rezygnacja z mięsa to rezygnacja z mięsa, bez osładzania sobie tego rozwodu.

Thomas

– Robimy to przede wszystkim dla siebie – przyznaje Thomas Sorriso Brysch, który działa w berlińskim odziałe organizacji pozarządowej Pro Veg. – Ani dla mnie, ani dla moich przyjaciół to nie jest kwestia mody, ale świadomej decyzji o układaniu sobie życia w sposób zrównoważony, jak najmniej szkodliwy nie tylko dla środowiska, ale i dla nas samych.

Thomas ma dwadzieścia parę lat, włosy upięte na karku w niewielki koczek i eleganckie okulary stylizowane na szylkretowe. Zawodowo zajmuje się audytem i certyfikacją wegańskich produktów. Jak dodaje, nawet nie muszą specjalnie inwestować w reklamę – firmy same walą drzwiami i oknami, bo wiedzą, że certyfikat pozwoli im zdobyć nowych dostawców i konsumentów.
 
– Cztery lata temu pracowałem w przetwórni mleka i fabryce sera. Było to na wyspie u wybrzeży Australii. To było szokujące doświadczenie. Antybiotyki, pestycydy, uprzemysłowione rolnictwo. Widziałem, jak wygląda produkcja. Żeby krowy miały gdzie się paść, wycinano lasy. Zniszczono wyspę po to, żeby do supermarketów trafiało więcej sera.
 
Dla Thomasa kluczowe były motywacje dotyczące dobrostanu zwierząt i środowiska naturalnego. Szybko zmienił sposób, w jaki robi zakupy. Przyznaje, że na początku wymagało to trochę gimnastyki i musiał się nauczyć planować posiłki. Teraz wszystko się zautomatyzowało i bycie weganinem już go właściwie nie zajmuje – tak samo, jak nie poświęca czasu na to, ile ma wzrostu czy jaki kolor oczu.

– W Europie, a teraz także w Niemczech, bycie weganinem to naprawdę żaden problem. Nie chodzi tylko o to, że rynek nasycony jest wegańskimi produktami, czasem do złudzenia przypominającymi te zrobione z mleka, masła czy mięsa. Wegańska kiełbaska, patty czy hamburger – masz na talerzu smak mięsa, ale bez tego wszystkiego, co się z mięsem wiąże. Także społecznie coraz łatwiej sobie radzić, jeśli nie tyka się niczego, co pochodzi od zwierząt.

Nie do końca zgadza się z tym rodzina Thomasa, w której silne są polskie tradycje. Jego bliscy mieszkają w zachodnich Niemczech, w 55-tysięcznym mieście niedaleko Aachen. – Starają się szanować to, że na obiad nie jem kotletów, ale już na śniadanie podają kanapki z szynką. Przecież wędlina to nie mięso, wołają. Kręcą głową, że poprzewracało mi się w głowie.

Kłamstwo

Jako dziecko Thomas miał sporo do czynienia ze zwięrzętami, wychowywał się na wsi. Normalne było to, że kurę czy świnię się karmi i hoduje, a na końcu zjada. – Ale to były inne czasy. Hodowla zwierząt była dużo bardziej ograniczona i zrównoważona, a nie tak uprzemysłowiona, jak dzisiaj. Teraz to zautomatyzowany system, masowe zabijanie zwierząt w sposób całkowicie przemysłowy, z czego konsumenci nie zawsze zdają sobie sprawę – mówi Thomas.

– Oszukuje się ich też przekazem reklamowym. Spójrz na te wszystkie kartony mleka z uśmiechniętą krówką przeżuwającą stokrotkę, mięso drobiowe w opakowaniu z rozkosznym kurczaczkiem czy samochodowe chłodnie z wizerunkiem rozradowanej świnki. Przecież to jedno wielkie kłamstwo. Taki przekaz skierowany do konsumentów całkowicie zakłamuje warunki, w jakich przetrzymywano i zabijano te zwierzęta.
 
Czy to świadomość pochodzenia mięsa, sera czy mleka odpycha Niemców od tradycyjnej kuchni?
Odwrót w kierunku roślinnej diety to nie tylko chwilowa moda, ale stały trend. Zmienia się nie tylko menu modnych berlińskich knajp, ale też zatowarowanie osiedlowych sklepów, a co za tym idzie – produkcja przemysłowa i rolnicza.

– To jeden z najszybciej rosnących sektorów w gospodarce – przyznaje Witham. – Nasze badania z końca 2017 r. pokazują, że 6% ankietowanych Niemców uważa się za wegan, podczas gdy w 2016 było to ledwie 4%. Ten trend jest napędzany przede wszystkim przez młodsze pokolenie konsumentów, które zdecydowanie bardziej niż reszta społeczeństwa interesuje się weganizmem. Z naszych badań wynika, że 8% Niemców w wieku 16-24 i aż 13% w wieku 25-34 deklaruje, że są weganami.

Korzyści płynące z takiej diety są i odczuwalne, i mierzalne – więc można zakładać, że dzisiejsi weganie utrzymają ten sposób odżywiania się nawet do starości. Thomas uważa, że to naturalna konsekwencja dzisiejszych wyborów, a bycie racjonalnym Niemcy mają niejako wpisane w swoje narodowe DNA.

– Weganizm to tylko kolejny przejaw naszego pragmatycznego i racjonalnego podejścia do życia. Od lat segregujemy śmieci, nikt tego nie podważa. Rozumiemy, że tak właśnie należy robić i nie mamy z tym problemu. Widzimy korzyści płynące z odnawialnych źródeł energii. Kalkulujemy, przykładamy to do modeli biznesowych – i szybko uczymy się z tego korzystać. Jeśli coś należy wykonać czy przeprowadzić, a do tego przynosi to korzyści, no to nie ma dyskusji – tak właśnie trzeba to robić. To w zasadzie typowe niemieckie podejście – pointuje Thomas.

Wskazuje też drugi powód. – Można się z nas podśmiewać, że nie mamy za dużo fantazji, ale rzeczywiście, my Niemcy, nie jesteśmy w gorącej wodzie kąpani. Lubimy patrzeć i planować długoterminowo. A w takiej dłuższej perspektywie dobrze ocenić możliwe ryzyka. Nawet jeśli dziś wszystko wydaje się ok, to zastanów się, czy jesteś przygotowany na to, co może zdarzyć się jutro. W naszym kraju przygotowujemy się na każdą okoliczność, mamy ubezpieczenia praktycznie od wszystkiego. Weganizm to nasza polisa.

Thomas mówi, że nie znaczy to, że Niemcy spodziewają się tego, co najgorsze – raczej dążą do tego, by ziścił się najbardziej optymistyczny scenariusz. Unikają ryzyka, zwłaszcza tego, które jest jeszcze do uniknięcia. Nie wkładać palców do wrzątku, to logiczna i mądra decyzja. Tak samo – nie jeść żywności, która karmi nie nas, ale choroby. – uważa Thomas.

– Bezpieczeństwo przede wszystkim – mówi Thomas. – Takie podejście jest dla naszego narodu charakterystyczne. Ale nie widzę tego jako obciążenia, raczej jako przejaw życiowej mądrości. Weganizm, odejście od mięsa, zrównoważone rolnictwo – to nie jest moda, to sposób na gospodarkę, na życie, na przetrwanie. Mamy wszystkie dane, fakty są niepodważalne, a wnioski jednoznaczne. Rezygnacja z żywności pochodzenia zwierzęcego to nie fanaberia, to instynkt samozachowawczy.

Zgadza się z nim Matthias, który uważa, że nie ma już powrotu do gospodarki opartej na mięsie. Małymi krokami i dobrym przykładem próbuje zachęcić do zrezygowania z mięsa i nabiału nawet swoją mamę, która ma osiemdziesiąt lat. Przyszła z nim kiedyś na spotkanie Stammtisch, jadła wegańskie desery, rozmawiała z ludźmi. A niedawno zaprosiła syna na ciasto.

– Wpadnij, upiekłam ci ulubiony Apfelstrudel, powiedziała przez telefon. Zobaczyłem duszone jabłka z cynamonem na cieście z mąki, mleka i masła. Westchąłem tylko, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo mama dodała: naturalnie upiekłam ci go w wersji dla wegan. – śmieje się Matthias.
 
– Umrę z myślą, że udało mi się namówić na weganizm moją mamę. Ale umrę dopiero w roku 2200, bo będę żył długo i szczęśliwie, przecież jestem weganinem – puszcza do mnie oko i zabiera się do krojenia wielkiego tortu zrobionego bez jajek, masła i mleka.  
Wegański tort jest ozdobiony Bramą Brandenburską. Ma ona kolor zielony, a zwieńczona jest nie kwadrygą, lecz jabłkiem.