Na skróty:

Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Rynek książek w czasie pandemii
Wielki happening ciągle trwa

Targi książki to okazja do poznania wyjątkowych projektów wydawniczych.
Targi książki to okazja do poznania wyjątkowych projektów wydawniczych. | Foto: Pixabay

Gdy zaczął się lockdown, jej zegar zaczął liczyć czas od nowa. O książkach, wspierających nasze życie we wspólnocie, zaletach lokalności i ekonomii współdzielenia, które mogą być lekarstwem na kryzys popandemiczny, opowiada Nikola Richter*, szefowa i właścicielka berlińskiego wydawnictwa mikrotext.

Gdzie zastała Cię pandemia?

Nikola Richter, niemiecka autorka książek i właścicielka wydawnictwa mikrotext. Nikola Richter, niemiecka autorka książek i właścicielka wydawnictwa mikrotext. | @ Sarah Eick Pamiętam dokładnie, kiedy musiałam się po raz pierwszy zmierzyć z pandemiczną rzeczywistością. W marcu zeszłego roku Targi Książki w Lipsku, jedne z najważniejszych w naszym kraju, zostały odwołane na dwa tygodnie przed planowanym terminem. To był moment, gdy w Niemczech nie mówiło się za wiele o koronawirusie. Dzieci wciąż chodziły do szkoły, uniwersytety były otwarte, a to był jeden z pierwszych masowych eventów, który miał się nie odbyć. Jako niezależna wydawczyni zazwyczaj nie mam stoiska na targach. W Lipsku rozmawiam z ludźmi, uczestniczę w spotkaniach. Pomyślałam: nawet jeśli targów formalnie nie będzie, to i tak odbędą się wydarzenia literackie, podczas których – jak zawsze – natknę się na autorów, wydawców, znajomych z branży. Zdecydowałam, że jadę. Teraz uważam, że to było bardzo niemądre. Jednak wtedy się nie bałam.

Tak więc pojechałaś?

Tak, 12 marca. Zaczęłam dzień od śniadania w kawiarni. Znajomy przyprowadził swojego znajomego, potem miałam jeszcze jakieś spotkania. Sześć godzin później byłam w drodze do przyjaciół, u których miałam nocować, gdy dostałam na Messengerze wiadomość z informacją, że jeden z moich rozmówców był w kontakcie z chorym na Covid. Siedziałam w kawiarni zszokowana – przecież byłam tam tylko parę godzin. Musiałam zmienić plany, poszukać taniego hotelu, bo nie mogłam spać u kogoś. Nie mogłam też wrócić do domu, gdzie byli moi teściowie, którzy pilnowali dzieci. To był bardzo dziwny czas. Spędziłam sama dwie noce w pustym pokoju, tylko z komputerem, czułam się bardzo samotna. Te „targi” w ogóle były dziwne – ci, którzy przyjechali, czasem pijali razem piwo, czytali poezję. Ja jeszcze spacerowałam. Odbyły się pierwsze transmisje online z jakichś spotkań, ale część wydarzeń odwoływano z dnia na dzień. Ten „happening” dział się z godziny na godziny.

Pamiętasz swoje myśli, uczucia z tego czasu?

Z początku nie brałam wirusa na poważnie. Trochę mi głupio, kiedy teraz o tym myślę. Oglądałam zdjęcia z Wuhanu, gdzie było pusto na ulicach. Cieszyłam się, że my możemy wychodzić, a nawet spotykać się pojedynczymi osobami. Myślałam: „zobaczmy, co się wydarzy”. A... jeszcze coś: dwa tygodnie przed wyjazdem na targi zaczęłam robić zapasy.  
Jak to?


Bałam się, czy nam wszystkiego nie zamkną jak w Chinach. Kupowałam duże paczki ryżu, fasolę, papier toaletowy. Niemcy zasłynęli zresztą jego wykupowaniem. Są nawet o tym żarty. Potem podobna sytuacja miała miejsce z makaronem – to potrawa, którą każdy potrafi ugotować. A później z mąką i drożdżami do pieczenia chleba. Zrobiłam zapasy na miesiąc. Warzywa kupuję od pewnego czasu od kolektywu, który uprawia je nie dalej jak 80 kilometrów od Berlina. Wiedziałam więc, że co tydzień będę mieć świeżą dostawę, bo to nie globalny łańcuch dystrybucji. To mi zresztą uświadomiło, że dystrybucja żywności powinna być lokalna; bo jest wtedy odporna na takie kryzysy.

Wróciłaś do Berlina…

Cieszyłam się bardzo, że mogę to zrobić, bo moi teściowie wyjechali. A potem zaczęły się ograniczenia. 16 marca zamknięto szkoły i przedszkola, więc wylądowaliśmy wszyscy w domu. Moje córki miały wtedy 8 i 5 lat. Mąż, specjalista od HR, też przestał chodzić do biura. Wtedy pomyślałam o moim nowym, prywatnym kalendarzu. Postanowiłam liczyć czas od początku koronawirusa – 16 marca to dzień pierwszy. Na Tweeterze pisałam: witam w trzecim, czwartym, piątym tygodniu koronawirusa. Miałam w planach tyle wydarzeń na targach i żadne z nich się nie odbyło. W pandemicznym kalendarzu wszystko ułożyłam od nowa: spotkania na Zoomie, rzeczy związane z dziećmi, nocne spacery.

Nocne spacery?

W trzecim tygodniu wirusa zaczęłam się spotykać z autorami i przyjaciółmi późnym wieczorem. Chodziliśmy albo jeździliśmy rowerami po pustych ulicach Berlina – robiłam mnóstwo zdjęć. Wszystko wydawało się dziwne, ale też fajne. W ciągu dnia nie było na to czasu – mieliśmy z mężem pracę, naukę dzieci, więc na chwilę dla siebie mogłam sobie pozwolić w nocy. Niestety dość szybko okazało się, że jestem tak zmęczona, że muszę przestać. Dwie, trzy godziny nocnego spaceru to było za dużo, żeby móc działać kolejnego dnia.

Wciąż prowadzisz ten pandemiczny terminarz?

Dawno przestałam. Nic się nie działo, a ja nie miałem na to czasu, zaś wieczorami czułam się bardzo zmęczona. Jak wielu znajomych przestałam też śledzić wiadomości, ponieważ stały się nudne –koncentrują się na liczbie zachorowań  i postępach w szczepieniach. Tyle się dzieje na świecie, a nasze media poświęcają połowę czasu każdego dnia pandemicznym statystykom. Za to regularnie czytam bardzo dobre reportaże opublikowane w elektronicznym magazynie Krautreporter, który w swoim newsletterze co miesiąc zamieszcza „Pięć dobrych wiadomości!” („Fünf gute Nachrichten, die untergegangen sind!”) Uwielbiam to pozytywne myślenie. Tym bardziej, że właściwie od początku 2021 roku czuję się wykończona i pesymistycznie widzę to, co się dzieje. To ciągłe poczucie bycia uwięzionym w domu, powolne skrajne oderwanie od przyjaciół i znajomych. Nawet kiedy kogoś spotykam, to jeden na jeden. Brakuje mi energii i momentów zaskoczenia typowych dla większego grona. Rozmowy stały się ciężkie i poważne. W kółko te same dyskusje o  koronawirusie. Zresztą ludziom nie chce się za bardzo mówić. Mam też dość „wychodzenia na spacery”. Czasami nawet boję się, że straciłem zdolność bycia osobą społeczną, po tym jak ponad rok musiałam być aspołeczna. Bardzo boję się skutków tej sytuacji, szczególnie dla młodych ludzi, którzy najbardziej potrzebują rówieśników i wolności społecznej.

Wracając do początków, jak wyglądało Wasze życie rodzinne?

W zasadzie to był dobry czas – byliśmy dużo razem, wspólnie jedliśmy posiłki, bawiliśmy się z dziećmi, czytaliśmy. Mam świadomość, że jestem uprzywilejowana, bo mogłam zamknąć się w naszym domowym, bezpiecznym bunkrze. Nawet jeśli było trochę nudno, to jednak pewnie. Zdalne nauczanie wyglądało różnie. U nas było w porządku. Moje córki mają świetne nauczycielki w szkole publicznej, które szybko się przystosowały. Dostawaliśmy zadania do wydrukowania, jej klasa miała spotkania na Zoomie raz w tygodniu.

A praca?

Musieliśmy z mężem ustalić, jak działamy zawodowo, skoro oboje robimy to z domu i mamy dzieci pod opieką. Gdy byłam w pierwszej ciąży, umówiliśmy się, że obowiązki domowe będziemy dzielić po połowie. Ale naturalnie to przedmiot nieustających negocjacji. 50/50 to model, do którego mężczyźni nie są przyzwyczajeni, nawet ci nowocześni. Kiedy przyszła pandemia, przez pierwsze tygodnie ustalaliśmy na bieżąco, kto kiedy pracuje. Mój partner w pewnym momencie zaproponował, żebym wciskała się w okienka między jego spotkaniami. Ale dla mnie to było bardzo niedogodne – ciężko się na czymś skupić, gdy co chwila musisz przerywać. Podzieliliśmy więc 40 godzin tygodnia pracy na pół. Mąż musiał zmniejszyć swój etat do 50%. Gdy jedno z nas pracuje, drugie odpowiada w tym czasie za całą resztę – gotowanie, zmywanie, sprzątanie, homeschooling. To, czego nie udaje się zrobić w ciągu dnia, trzeba nadrobić wieczorem lub w nocy. Nic dziwnego, że baterie rodziców są teraz puste. Błogosławieństwem okazało się to, że w swoim wydawnictwie mogę wszystko załatwić za pomocą własnego komputera – produkcję książek, maile, dostęp do treści, które trzymam w chmurach, spotkania na video. Mam też w domu wiele egzemplarzy książek i mogę je wysyłać klientom za pomocą strony mikrotext.de.

Wciąż nie chodzisz do biura?

Chodzę co parę dni, żeby odpocząć od  domowego życia. Mój partner pracuje zdalnie od marca zeszłego roku i od tego czasu nie bywam sama w domu. Dzieci już wróciły do placówek, ale w trybie hybrydowym – ich grupy podzielono na pół i w jednym tygodniu część uczy się stacjonarnie, a druga zdalnie. W kolejnym jest na odwrót. Czasami mam wrażenie, że już nigdy się z tego nie wydostaniemy. „Inne życie” wydaje się tak odległe.

Skończyłaś literaturę. Jak stałaś się wydawczynią?

Zawsze dużo czytałam i marzyłam, żeby pracować w oficynie. Aplikowałam do różnych wydawnictw po studiach i przez pół roku pracowałam u niszowego wydawcy specjalizującego się w literaturze erotycznej i lesbijskiej, w konkursbuch Verlag w Tybindze. Mnóstwo się tam nauczyłam. Potem byłam dziennikarką w internetowych magazynach. Gdy zdałam sobie sprawę, że nie wydaje się wielu dobrych krótszych tekstów, pomyślałam: czemu nie założyć wydawnictwa specjalizującego się w publikacjach elektronicznych? W internecie czytamy teksty bardziej epizodyczne, „serialowe”. Sama zresztą bardzo lubię nowele, opowiadania, poezję, non-fiction, eseje. Mikrotext powstał 8 lat temu, gdy moja starsza córka miała rok. Opiekowałam się nią w domu i mogłam sama organizować sobie czas. Potem zaczęłam wydawać dłuższe teksty w formie papierowej.

Kogo publikujesz?

Przede wszystkim młodych autorów, debiutantów: niemieckich, ale także arabskich, szwajcarskich i austriackich. Trafiają do mnie przez networking, wyszukuję ich też w internecie – to osoby zaangażowane, które postują na Facebooku, tweetują, prowadzą blogi i konta na Instagramie. Interesuje mnie również nowy reportaż. Wydaję różne rzeczy, ale moim zamierzeniem jest opowiadanie o świecie z nowej perspektywy i o aktualnych społecznych problemach. Lubię, kiedy tekst ma mocno subiektywny wydźwięk, wyostrzone spojrzenie na codzienne tematy. A także, gdy składa się z mniejszych epizodów, by czytelnik mógł przerwać, a potem wrócić do lektury w każdym momencie, trochę, jak w poezji.

Pandemia zmieniła Twój dzień roboczy?

Razem z kilkoma osobami z innych firm wynajmuję niewielkie biuro. Zarówno przed lockdownem, jak i teraz bywam tam raz na parę dni. Wielokrotnie dostosowywaliśmy nasze „zasady obecności” do aktualnych warunków. Przez chwilę, w tę mroźną, zimną wiosnę 2021 roku, pracowaliśmy w maskach przy otwartych oknach. Po kilku godzinach spędzonych przy komputerze nie mogłam właściwie poruszać zmrożonymi palcami. Jednak największa zmiana dotyczy spotkań – przed koronawirusem organizowałam uczestniczyłam wiele wieczornych spotkań autorskich. Teraz pod koniec dnia mam sporo czasu.  Spędzam go z dziećmi, kładę je do łóżka. Kiedy zasną, mogę coś poczytać, obejrzeć. Zaczęłam znów uczyć się grać na skrzypcach, na co przed koroną nie starczało mi czasu. Dla mnie okres pandemii to oddech, bo wcześniej prowadziłam dość wyczerpujące życie. Dla wydawnictwa i autorów – strata. Oni promują się głównie na festiwalach, spotkaniach, ich wyraziste społecznie poglądy przyciągają uwagę czytelników. Gdy nie ma tych wydarzeń, ludzie nie interesują się książkami i ich nie kupują. W Niemczech mamy wielki rynek książek, więc mniejsze wydawnictwa muszą się bronić. Od 2020 roku przestawiłem się na wydarzenia cyfrowe w moim wydawnictwie: raz odbyły się cyfrowe targowe na Zoomie, a cztery razy w roku organizuję teraz biletowane „Remote-Literature Show”. Cały dochód jest przekazywany jako honorarium uczestniczącym artystom - ostatnio było to około 1000 euro! Mam zresztą wrażenie, że choć w czasie pandemii ludzie przeczytali więcej niż zwykle, ale sięgali przede wszystkim po klasykę i długie książki. Wydawnictwo odnotowało wyraźny spadek sprzedaży w księgarniach, ale sporo zarobił mój sklep internetowy działający od marca 2020 roku. Sprzedaż bezpośrednia jest optymalna.


Koronawirus miał duży wpływ na Twoją branżę?

Bardzo. Oficyny, które wdrożyły wcześniej e-booki lub mądrze i szybko dostosowały się do sytuacji, miały dobry rok. Ci, którzy nie mogli albo nie chcieli przejść na cyfryzację (sprzedaż cyfrowa bardzo wzrosła w 2020 roku), napotykają wiele trudności. Choć od dawna wydaję e-booki, dwa lata temu zaczęłam sama sprzedawać książki online i to nieco zrównoważyło sytuację w księgarniach. Zainicjowałam też projekt o nazwie „Offener Verlag” (pol. otwarte wydawnictwo). Publikowałam e-booki we współpracy z innymi wydawcami. Jeśli zdecydowaliśmy się drukować książkę w papierze, uruchamialiśmy crowdfunding – ludzie mogli ją zamawiać w formie subskrypcji, jeszcze zanim powstała. Ten eksperyment – spółdzielcze wydawnictwo – wystartował przed pandemią i okazał się bardzo trafiony. Ograniczał mocno moje koszty i uniezależniał od wielkich sieci sprzedaży. Zresztą w ogóle jestem zwolenniczką ekonomii współdzielenia.
Warsztaty nt. publikacji cyfrowych na Targach Książki w 2017 roku w Santa Cruz (Boliwia). Warsztaty nt. publikacji cyfrowych na Targach Książki w 2017 roku w Santa Cruz (Boliwia). | Foto: Archiwum prywatne Czyli jesteś raczej optymistką, gdy myślisz o przyszłości rynku książki?

Wierzę, że branża wydawnicza przetrwa, jeśli będzie rozsądnie korzystać z zasobów. Książki to produkt zrównoważony, który może istnieć przez wiele lat. E-booki można zaś wysłać w świat bez użycia dodatkowych nakładów. A publikowane przez nas książki są ludziom potrzebne – dają nadzieję i uczą, jak razem żyć. Czytanie to coś, co możesz robić zazwyczaj sama, ale sprawia, że ​​czujesz się związana z innymi.

A czy występowałaś o jakieś rządowe dofinansowania w związku z pandemią?

Nie. Uznałam, że moje wydawnictwo ma się na tyle dobrze, że ich nie potrzebuję. Mój główny koszt to wynajęcie biura (150 euro miesięcznie). Trzy lata temu dostałam nagrodę dla wydawców, dwa lata temu kolejną, więc moja sytuacja nie była najgorsza. Ale złożyłem wniosek do programu Neustart, w którym wydawcy mogą ubiegać się o dofinansowanie publikacji w wysokości 70% planu finansowego jednej książki (w moim przypadku około 6 tysięcy euro) przełożonej z powodu pandemii.

A co było dla Ciebie najtrudniejsze w tym dziwnym czasie?

Cały czas trzeba się było adaptować do nowej sytuacji, niczego nie można było zaplanować. Musiałam przełożyć wiele publikacji, bo trudno było przyciągnąć uwagę czytelników. Trudno mi pogodzić się z zachowaniem dystansu podczas spotkań, tego, że nie można się uściskać ze znajomymi. Zdałam sobie sprawę, że kiedy oglądam filmy zrobione przed pandemią, wyłapuję w nich momenty, gdy ludzie tłoczą się w metrze – uderza mnie ta zmiana świadomości. Mam też wrażenie, że w czasie pandemii staliśmy się bardziej emocjonalni, wręcz wybuchowi. Niektórzy są na granicy wytrzymałości – wiele osób czuje się samotnych, brakuje im dotyku. Zmiany psychologiczne to moim zdaniem największe wyzwanie.

Jak oceniasz działanie polityków w tym czasie?

W tym kontekście stawiam sobie pytanie, czy wrócimy do destrukcyjnej ekonomii, którą rządzi się nasz świat. Choć przerwa w pandemii pozwoliłaby także przejść na inne modele ekonomiczne. Złości mnie, że rząd wkłada wielkie pieniądze w nienowoczesne, szkodliwe dla środowiska przemysły – samochodowy czy lotniczy (Lufthansa) – które nie kierują się zasadą zrównoważonego rozwoju. W czasie kryzysu zobaczyliśmy, że jest mnóstwo ważniejszych dziedzin, choćby służba zdrowia, którym nigdy nie poświęcono aż tyle uwagi. Niemiecka polityka jest nieprzyjazna dla przyszłości: młodzi ludzie i zdrowe otoczenie – zielone rolnictwo, ochrona wody, powietrza i ziemi to tematy pomijane, a właśnie nimi powinna się zajmować. Miejmy nadzieję, że następne wybory to zmienią. W Niemczech liczą się głosy ludzi w wieku powyżej 60 lat, którzy stanowią połowę wszystkich uprawnionych do głosowania. Mam ogromną nadzieję, że w tym roku zagłosują za zdrowszą przyszłością z ochroną klimatu.

A społeczeństwo zdało – Twoim zdaniem – egzamin w tej trudnej sytuacji?

Nie i szczerze mówiąc bardzo mnie to złości. Okazało się, że w niemieckim społeczeństwie starsi nie okazują zbyt wiele solidarności z młodszymi. Młodzi ludzie, nastolatkowie i rodzice z dziećmi poniżej 14. roku życia nie stanowią większości. Jesteśmy narodem w podeszłym wieku, w którym starsze osoby są szczepione w pierwszej kolejności i mogą wybrać rodzaj szczepionki, a przecież zaszczepieni odzyskują wolność społeczną. Szkół nadal, ponad rok od zamknięcia, nie wyposażono w infrastrukturę cyfrową i filtry powietrza!

A dostrzegasz jakieś pozytywy, które są efektem epidemii?

Jedynym jej dobrym skutkiem jest to, że ludzie mieli więcej czasu dla rodziny i wychodzili częściej na świeże powietrze. Mam wielką nadzieję, że docenią w końcu bliskość przyrody i potrzebę obcowania z naturą. Nie potrzebujemy jeszcze więcej ulic i wybetonowanych miejsc, tylko więcej parków, łąk, lasów i to w zasięgu ręki dla każdego, a nie dla uprzywilejowanych dzielnic. Niedawno dowiedziałam się o projekcie niemieckiego ornitologa Petera Bertholda „Jeder Gemeinde ihr Biotop”. Zakłada on, że każdy region ma swój własny „biotop”. Biotopy tworzone byłyby co najwyżej 10 kilometrów, aby zwierzęta mogły przemieszczać się od jednego do drugiego. To doskonałe narzędzie do ochrony gatunków zagrożonych wyginięciem i przywracania piękna przyrody ludziom w najbliższej okolicy. Aby stworzyć te biotopy (na przykład na ugorach) we wszystkich gminach w Niemczech, potrzeba około miliarda euro. A wiesz, że Lufthansa otrzymała 9 miliardów na przetrwanie koronawirusa.
Pandemia mocno uderzyła w branżę wydawniczą, ale też wyzwoliła dużo energii. Pandemia mocno uderzyła w branżę wydawniczą, ale też wyzwoliła dużo energii. | Foto: Archiwum prywatne To w końcu myślisz o przyszłości raczej optymistycznie czy pesymistycznie?

Nie jestem ekonomistką. Eksperci sporo mówią o recesji. Z mojego punktu widzenia to oznacza to szansę na degrowth (postwzrost) – zrównoważoną ekonomię, której celem nie jest jak w dotychczasowym podejściu zachodniego świata stały wzrost gospodarczy, tylko utrzymanie pewnego poziomu życia i rosnącego zadowolenia ludzi; bez ciągłego podwyższania obrotów. Według Mai Göpel, niemieckiej badaczki klimatu, jest dobry i zły wzrost. Jeśli np. rozbudowuje się transport publiczny, wzrasta udział zrównoważonego rolnictwa lub rośnie udział terenów zielonych na obszarach miejskich, to jest to dobry wzrost. Warto wspierać także ideę ograniczenia czasu pracy, zarabianai i wydawania mniej oraz należy się zastanowić, jaka właściwie praca jest systemowo ważna . Oczywiście ludzie, którzy pracują dużo a zarabiają niewiele, powinni mieć szansę na wyższe dochody. Powinniśmy też pomyśleć o tym, czego naprawdę potrzebujemy. Jako sugestię mogę polecić e-book z mojego wydawnictwa Minimal ist besser (pol. minimalne jest lepsze) Romana Israela, który wiele lat przeżył tylko z plecakiem.

*Nikola Richter jest wydawczynią i autorką. Mieszka z rodziną w Berlinie. W 2013 roku założyła niezależne i wielokrotnie nagradzane wydawnictwo mikrotext, które wydaje książki wzbogacone o nowe fromy narracji. Wydawca korzysta z crowdfundingu, współpracuje z kolektywami autorskimi i prowadzi cyfrowy, literacki krąg przyjaciół. W 2019 i 2020 roku wydawnictwo otrzymało Niemiecką Nagrodę Wydawniczą.