Na skróty:

Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Moc biurowej plotki
Oszczędzanie na kawie może pracodawcę wiele kosztować

Moc biurowej plotki
Moc biurowej plotki | Foto: Pexels

Na osobowość każdego z nas składają się relacje z innymi ludźmi, a najmocniej kształtują nas spontaniczne rozmowy – w szkołach, uczelniach i miejscach pracy. I więzi międzyludzkie też błyskawicznie usychają, gdy nie podlewa się ich kawą i nie nawozi przypadkowymi zderzeniami – twierdzi Marcin Napiórkowski.

Joe przez trzydzieści lat pracował w dziale sprzedaży Dużej Amerykańskiej Firmy. Każdy dzień rozpoczynał od niespiesznego obchodu Przechodził od biurka do biurka i z piętra na piętro, przysiadając się, częstując kawką, zagadując. Wiadomo było, że Joe nie jest tytanem pracy. Zrobiłby naprawdę wiele, żeby choć trochę opóźnić moment otwarcia Excela. Czasem irytował koleżanki i kolegów z biura, snując się bez celu i przeszkadzając w najmniej dogodnych momentach, ale ogólnie wszyscy lubili Joego. Kto by nie lubił gościa, z którym można pogadać i który do poczęstunku dorzuci czasem donuta?

Pewnego dnia Duża Amerykańska Firma wynajęła Jeszcze Większą Międzynarodową Korporację, żeby przeprowadzić audyt i unowocześnić model zarządzania organizacją. Joe szybko znalazł się na czarnej liście audytorów i po trzech dekadach musiał nagle poszukać nowej pracy. Razem z nim biuro opuścił automat do kawy i kilka innych zbędnych elementów, które odciągały personel od pracy.

Wiecie już, co się wydarzy, prawda? Duża Amerykańska Firma szybko przekonała się, jak ważny był Joe. Z dnia na dzień okazało się, że dział sprzedaży nie ma pojęcia, co dzieje się w dziale marketingu. Ci z HR nagle stracili swoją genialną intuicję w kwestiach personalnych, a chłopaki z IT przestali w cudowny sposób pojawiać się zawsze tam, gdzie akurat byli potrzebni. Informacje o zepsutych drukarkach, patentach na szybsze załatwianie spraw i tysiącu innych drobnych rzeczy trzeba było teraz przekazywać oficjalnymi kanałami. Skrzynki wypełniły się mailami, a kalendarze – terminami zebrań, które stawały się coraz dłuższe i coraz nudniejsze.

Management i akcjonariusze Dużej Amerykańskiej Firmy, jak wielu innych organizacji, uświadomili sobie, że oszczędzanie na kawie może być bolesne. Ekspres, kubek, a nawet okazjonalne donuty nie były zbytkiem, lecz niezbędnym narzędziem pracy. Pracy, którą Kawowy Joe wykonywał każdego dnia przez trzydzieści lat, rozprowadzając po całej firmie różnego typu wiedzę. Wiedzę o tym, jak coś zrobić, wiedzę o tym, dlaczego coś jest ważne, ale też znacznie trudniejsze do uchwycenia formy wiedzy dotyczącej właściwych sposobów postępowania, systemów wartości czy nawet – jak ujęliby to antropolodzy – „sposobów posługiwania się ciałem” typowych dla danej instytucji. Kawowy Joe, choć formalnie zatrudniony na stanowisku handlowca, był tak naprawdę duszą Dużej Amerykańskiej Firmy. To dzięki niemu wiedzę zdobywały nie tylko poszczególne jednostki, lecz także cała organizacja. Oszczędzając na kawie i zwalniając Joego, firma straciła duszę.

Na pewno też znacie Kawowego Joego, nawet jeżeli o tym nie wiecie. Na tym właśnie polega cała trudność – jego praca pozostaje niewidzialna tak długo, jak długo kawa i Joe bezbłędnie wypełniają swą rolę. Dla mnie Joe ma kilka bardzo konkretnych twarzy. Twarzy ludzi, których na różnych etapach swojego życia spotkałem w klasach, aulach wykładowych, biurach i różnych innych dziwnych miejscach, o których może jeszcze będzie kiedyś okazja opowiedzieć. Na pierwszy rzut oka różniło ich wiele – wiek, temperament, a nawet płeć, bo większość znanych mi typów Kawowego Joego to w zasadzie Kawowe Joanny. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że wszyscy oni są różnymi wcieleniami jednej mitologicznej postaci. O Kawowym Joem jako instytucji społecznej dowiedziałem się z podręczników zarządzania wiedzą w organizacjach. Bo historię podobną do tej przedstawionej powyżej można dziś znaleźć właściwie w każdej książce na ten temat. I nie są one tylko dobrze brzmiącymi anegdotkami, lecz – niestety – rezultatami autentycznych decyzji podjętych przez konkretne organizacje.

Smutna historia Joego wydaje mi się dziś aktualna jak nigdy. Nie tylko przypomina nam w tym trudnym czasie, jak ważna jest kawa, lecz także uświadamia nam, co możemy stracić w naszych firmach, na uczelniach, a przede wszystkim w szkołach, jeżeli pandemia będzie nas dłużej trzymać w niewoli domowej izolacji.
 
*
 
Adaś idzie do pierwszej klasy. Bardzo się cieszy. A my razem z nim. Udziela nam się jego entuzjazm i ciekawość. Ale mamy też mnóstwo obaw. Z kim trafi do klasy? Jaka będzie jego wychowawczyni? A przede wszystkim – czy jego szkolna przygoda nie zakończy się po tygodniu albo miesiącu kwarantanną i kolejnymi miesiącami zamknięcia? Czy Adaś zdąży nacieszyć się tłokiem w szatni, zderzeniami na przerwach, gadaniem, przesadzaniem, świetlicą i szkolną stołówką?

Domyślam się, że podobne emocje przeżywają właśnie tegoroczni maturzyści, którzy w połowie października, z dwutygodniowym opóźnieniem, rozpoczną swoją przygodę na moim wydziale. Kiedy kończę ten tekst, właśnie zapadła ostateczna decyzja. Zajęcia będą odbywać się zdalnie. Świeżo upieczeni studenci poznają kolegów i wykładowców jako gadające głowy w okienkach internetowych komunikatorów. Nie pogawędzą z nimi na korytarzu, nie wymienią się spontanicznymi uwagami na temat czytanych właśnie książek, nie wpadną na siebie w kawiarni.

Problem, oczywiście, dotyczy nie tylko edukacji – choć zawsze w jakiś sposób związany jest z wiedzą i uczeniem się. Z analogicznymi wyzwaniami zmierzy się każdy, kto w tym feralnym roku rozpocznie pracę w nowym zespole działającym zdalnie lub hybrydowo. A i ci, którzy kontynuują kariery w dawnym, dobrze znanym miejscu pracy, prędko przekonają się, jak błyskawicznie usychają międzyludzkie więzi niepodlewane kawą i nienawożone przypadkowymi zderzeniami.

Bo na osobowość każdego z nas składają się też relacje z innymi ludźmi. Najmocniej kształtują nas właśnie te spontaniczne interakcje – przypadkowe zderzenia cząstek w wielkim laboratorium – w szkołach, uczelniach i miejscach pracy.

W każdej instytucji dokonuje się nieustanna transmisja wiedzy. Nie płynie ona wyłącznie z góry na dół, od nauczycieli, wykładowców czy przełożonych ku uczniom i pracownikom, lecz rozchodzi się w sposób sieciowy i wielokierunkowy. Nie realizuje się w formie uporządkowanej, skodyfikowanej w podręcznikach, zapisanej w zeszytach i oficjalnych procedurach, lecz przez spontaniczne i chaotyczne przenikanie, często zresztą niedostrzegalne dla samych instytucji i organizującej je kadry zarządzającej. Właśnie te niewidzialne formy cyrkulacji wiedzy są prawdziwym krwiobiegiem instytucji. To one kształtują ich tożsamość.

Dlatego właśnie kawa jest krwią każdej firmy, tak jak ropa jest wciąż (niestety) krwią nowoczesnej, industrialnej gospodarki. I nie chodzi tu wcale o kofeinę (choć to również fascynujące zagadnienie), lecz o same przepływy, które scalają i łączą ludzi, a nie stanowiska, tworząc przepływy wykraczające poza zapisaną na papierze strukturę hierarchii, pionów i zależności. Interakcje społeczne i wymiana wiedzy podążają za kawą, jak amerykańska armia za ropą. Dlatego chcąc zrozumieć, co tak naprawdę odbiera nam pandemiczna izolacja, musimy wydobyć z cienia figurę Kawowego Joego.
 
*
 
Spróbujmy uchwycić i nazwać funkcję, jaką Joe pełnił w świecie sprzed pandemii; dostrzec i wydobyć na światło dzienne niewidoczną pracę, na którą składają się tysiące przypadkowych na pozór zderzeń i mikroskopijnych, codziennych interakcji.
Na początek wyobraź sobie, że rozmawiasz z kimś przez telefon. Możesz nawet przeprowadzić mały eksperyment, choć ostrzegam, że jest irytujący dla rozmówcy. W pewnym momencie przestań mówić „tak”, „mhm”, „jasne” i „rozumiem”. Po prostu zamilknij. Po chwili rozmówca przerwie swój wywód i powie: „halo?”. Odpowiedz: „mów, mów” albo „słyszę cię” i milcz dalej. Nie minie nawet minuta, nim rozmówca ponownie zapyta, czy nadal jesteś z nim.

Wszystkie te „tak”, „mhm” i inne sygnały słuchania już dawno zwróciły uwagę językoznawców. W klasycznym modelu komunikacyjnym Romana Jakobsona określa się je mianem „funkcji fatycznej”. Ich celem nie jest przekazanie jakiejś konkretnej informacji, lecz ciągłe podtrzymywanie łączności i kontaktu i łączności, dzięki któremu może się w ogóle odbywać przekazywanie treści. W rozmowie telefonicznej te mikrokomunikaty są szczególnie istotne (bo nie widzimy partnera), ale warstwa fatyczna towarzyszy każdej formie komunikacji. Składają się na nią niezliczone werbalne i niewerbalne struktury potwierdzające, że oto jesteśmy razem, uzgadniamy wspólny kod i ramy komunikacji, chcemy sobie przekazać pewną informację.

Funkcja fatyczna jest fundamentem, na którym zbudowane jest nasze współbycie. Składają się na nią wszystkie small talki, rozmowy o pogodzie, patrzenie sobie w oczy, ale też pewna doza redundancji, czyli mówienia tego, co i tak wszyscy wiedzą; po to, by potwierdzić przynależność do pewnej wspólnoty. Dzięki komunikatom fatycznym możemy się przekonać, że mówimy takim samym językiem, wyznajemy podobne wartości, że podstawą wszelkich naszych konfliktów jest solidny fundament zgody co do pewnych elementarnych spraw. Tu mała dygresja: współczesny język spolaryzowanej polityki jest tak dziwny i złowrogi właśnie dlatego, że został całkowicie ogołocony z funkcji fatycznej. Politycy i media eksponują wyłącznie to, co nas dzieli, nie pozostawiając miejsca na samo współbycie i potwierdzenie szerokiej przestrzeni norm podzielanych przez wszystkie strony konfliktu.

Bronisław Malinowski pisał wręcz o „komunii fatycznej”. Nasz znakomity rodak i twórca nowoczesnej antropologii osadzonej w badaniach terenowych, poznając wyspiarskie społeczności Pacyfiku, wiele uwagi poświęcił drobnym interakcjom związanym z plotkami, wymianą uprzejmości czy small talkiem dotyczącym połowów, ogrodów i innych tematów kluczowych dla codzienności mieszkańców Wysp Trobrianda. Pokazał wyraźnie, że funkcja fatyczna nie jest zagadnieniem wyłącznie językowym, lecz społecznym i kulturowym; realizuje się wszędzie tam, gdzie trwają interakcje pozbawione wyraźnego, widocznego na pierwszy rzut oka celu. Mozolna praca spajająca wspólnotę zapisuje się nie tylko w słowie, lecz także w trasach codziennych wędrówek, punktach zatrzymań i spotkań, w sieciach międzyludzkich powiązań. Patrząc na mapy wyznaczone przez te proste, bezcelowe na pozór interakcje, można zauważyć, że funkcja fatyczna tworzy infrastrukturę społeczeństwa, dzięki której możliwe staje się wykonywanie innych, bardziej „konkretnych” zadań. Fatyczne interakcje tworzą jak gdyby sieć dróg czy kabli, którymi rozchodzą się potem informacje.
 
*
 
Julia Elyachar to jedna z najciekawszych współczesnych badaczek antropologii ekonomicznej. Absolwentka Harvardu, wykładająca na Princeton, specjalizuje się w patrzeniu z bliska na zjawiska i miejsca, które ekonomiści zwykle oglądają z oddalenia. Elyachar bada rzeczywisty wpływ organizacji pozarządowych, programów dotacyjnych i tzw. akcji wzmacniających (empowerment) na życie konkretnych ludzi, głównie kobiet. W co tak naprawdę zamieniają się dolary tak ładnie wyglądające w tabelkach? Jak przekształcają codzienność mieszkanek obszarów „rozwijanych” czy „rozwijających się”? Na przykład gigantycznej metropolii Kairu, która przez wiele lat stanowiła przedmiot badań antropolożki. „Łączę pomysł Malinowskiego z Karolem Marksem, wprowadzając pojęcie »pracy fatycznej« – pisze Elyachar w artykule „Phatic labor, infrastructure, and the question of empowerment in Cairo” opublikowanym kilka lat temu w prestiżowym czasopiśmie „American Ethnologist”. – Praca ta wytwarza kanały komunikacyjne, które mogą przenosić nie tylko język, lecz także wszelkie rodzaje określonego semiotycznie znaczenia oraz wartości ekonomiczne”.

Definicja brzmi nieco technicznie, lecz przedmiotem badań Elyachar są sprawy bardzo zwyczajne – świat codziennych spotkań na ulicy, sąsiedzkiej wymiany, a także, jakżeby inaczej, wspólnego picia kawy. Tutaj Kawowy Joe może przybrać imię Muhammeda, właściciela niewielkiej kawiarni, albo jego obrotnej, pomysłowej żony. Bo niewidzialną pracę fatyczną wykonują w stolicy Egiptu głównie kobiety. Bohaterkami Elyachar są nie tylko zwyczajne gospodynie domowe, w mistrzowski sposób zarządzające skromnym rodzinnym majątkiem, ale też postaci tak niezwykłe, jak owiana legendą w kairskim półświatku opiekunka prostytutek, półoficjalnie inwestująca zarobione pieniądze w warsztaty, w których następnie zatrudnia mężczyzn.

Do zrozumienia i opisania ich działań antropolożka często wykorzystuje kluczową dla samych kairczyków kategorię wasta. Słowo to oznacza sieć przyjaźni, znajomości i rodzinnych powiązań. Wasta to ludzie, na których możemy liczyć. Bo praca fatyczna (oraz litry kawy) budują sieci międzyludzkich powiązań, które umożliwiają codzienne funkcjonowanie, a w sytuacji kryzysu stają się jedyną siatką bezpieczeństwa ratującą bohaterki przed bolesnym upadkiem w skrajną nędzę.

Elyachar przekonuje, że zasadniczy problem współczesnej ekonomii dotyczy ograniczenia tego, co uznajemy za pracę. Pod powierzchnią oficjalnych statystyk, programów pomocowych i przestarzałych teorii zarządzania rozciąga się olbrzymi obszar, którego w ogóle nie postrzegamy jako pracy. Ekonomistom wciąż zbyt często umykają tysiące drobnych obowiązków rozpraszających się w codziennej krzątaninie.
 
*
 
Niby nowoczesna teoria zarządzania uświadomiła sobie już kluczowe znaczenie pracy fatycznej, czego dowodem są choćby case studies o Kawowym Joem występujące we wszystkich najważniejszych podręcznikach z tej dziedziny. Zarazem jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że epidemia nie tyle – jak do znudzenia powtarzają gadające głowy w telewizji – „wywróciła nasze życie do góry nogami”, ile raczej pogłębiła i ujawniła pewne procesy, które odbywały się od dawna.

Dążenie do kwantyfikacji i usprawnienia pracy, kult wydajności, nastawienie na rywalizację („zdrowa konkurencja”), a przede wszystkim „prekaryzacja” czy wręcz „uberyzacja” pracy, a więc zamiana stabilnych warunków zatrudnienia na „bardziej elastyczne”, dopasowujące się do „zmieniającego się rynku”. Trudno nie zauważyć, że ważnym elementem wszystkich tych procesów jest właśnie eliminacja typów Kawowego Joego – usuwanie pracy fatycznej uznanej za bezproduktywną.

Zmiany te dobrze widać także w przestrzeni, w której pracujemy. Wprawdzie już od wielu lat biurowce obrastają w kawiarenki, ogródki, huśtawki i hamaki, a oficjalna doktryna w tym zakresie od początku wieku jest taka, że „O ile kiedyś biuro było miejscem, w którym wykonywało się pracę, o tyle dzisiaj, w erze informacji, jest to miejsce, w którym wymienia się pomysły i rozwiązuje problemy. Dlatego przestrzeń biurowa powinna być zaprojektowana w sposób zachęcający pracowników do ciągłych kontaktów i wymiany poglądów”. A jednak opisane wyżej procesy, w połączeniu z błyskawicznym przyrostem pracowników pracujących zdalnie, prowadzą organizacje w przeciwnym kierunku.

Niby praca z domu to przyjemna rzecz. Niby nie potrzebujemy dziś stałych biurek, nie wspominając już o własnych pokoikach do pracy. Ale jak, tworząc globalny zespół stale przemieszczających się pracowników, zapewnić im właściwy obieg wiedzy? Jak zagwarantować im poczucie wspólnoty? Jak zapobiec izolacji i doświadczeniu osamotnienia?

Pandemia nie wrzuciła nas nagle w całkiem obcy świat. Przymusowe zamknięcie w domach przyspieszyło zaledwie to, co i tak nadchodziło wielkimi krokami. Dlatego niezależnie od tego, czy szczepionka na COVID-19 pojawi się wcześniej czy później, i tak musimy stawić czoło kluczowemu pytaniu: kim będzie Kawowy Joe nadchodzącej nowej ery?
 
*
 
Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do szkoły, a przynajmniej na uniwersytet. To studenci zaczynający dziś swoją edukacyjną przygodę będą pionierami nowej ery. Idący właśnie do pierwszej klasy Adaś i jego pokolenie staną się już jej tubylcami. Fatyczna praca odbywa się nieustannie w szatniach i na korytarzach, w świetlicy i w stołówce, a także – czasem ku zgrozie nauczycieli, czasem przy ich aprobacie – w klasach. Obok programu jawnego, przekazywanego przez podręczniki i zapisywanego w zeszytach, szkoła ma jeszcze program ukryty, którego znaczna część realizuje się właśnie poprzez pracę fatyczną. W „nieistotnych” interakcjach uczniowie i studenci uczą się języka jeszcze głębszego niż polski czy angielski; języka codziennych interakcji, ustanawiania grupowych hierarchii, sieci współpracy i zaufania, wymiany wiedzy, jej współdzielenia, przechowywania i rozbudowy. Nie wszystko, czego się uczą, jest fajne. To na tym etapie uczniowie internalizują klasowe, płciowe czy rasowe stereotypy; uczą się dominacji albo uległości.

Gdybym miał przemodelować szkołę, znacznie większą uwagę zwróciłbym właśnie na tę niewidzialną pracę fatyczną. Co robić, by nasze dzieci wykonywały ją z większą uwagą, czujnością i świadomością? By umiały nawiązywać i pielęgnować relacje międzyludzkie, uczyć się od siebie nawzajem, tworzyć trwałe społeczne sieci? By doceniały szkolnych Kawowych Jasiów i Joasie, nawet jeżeli jeszcze nie piją kawy? By były świadome pułapek związanych z dyskryminacją, podziałami?

Wielu specjalistów podkreśla znaczenie bezpośrednich interakcji, których nic nie zastąpi: wspólnych psot, meczów piłkarskich, placów zabaw. Jednak czy wobec stopniowego przetwarzania lokalności, zwiększania mobilności i tworzenia nowych, globalnych powiązań już na etapie szkolnym nie powinniśmy równolegle myśleć o wykorzystaniu przestrzeni wirtualnej do mądrego prowadzenia pracy fatycznej?

Wiem, że to trochę nieoczekiwana puenta tekstu opowiadającego o wspólnym piciu kawy, trobriandzkich wyspiarzach i zaradnych mieszkankach Kairu, ale mam głębokie przekonanie, że obsesyjna ucieczka przed wirtualnym w realne tylko pogarsza sytuację, czyniąc nas ślepymi na nowe możliwości, jakie mogłaby nam dawać wirtualna kawa.

Może to jedna z lekcji, które możemy wyciągnąć z pandemii? Przymusowa izolacja to nie tylko szansa na uświadomienie sobie, jak ważne było realne, lecz także okazja, by nauczyć się doceniać i lepiej wykorzystywać cyfrowe bycie razem; by w naszych wirtualnych środowiskach pracy i nauki także wygospodarować jak najwięcej miejsca na to, co wymyka się oczywistym reżimom produktywności. Jeżeli można pić kawę bezkofeinową, to można i cyfrową. Organizacje przyszłości muszą otworzyć się również na wirtualne typy Kawowego Joego!
 
*
 
I jeszcze coś. Jeżeli podobał wam się ten tekst, zróbcie mi małą przysługę. Pozdrówcie ode mnie Kawowego Joego. Na pewno wiecie, o kogo chodzi. Jeżeli już wróciliście do normalnego trybu pracy lub edukacji – poczęstujcie go jutro cantucci albo napoleonką. Jeżeli działacie zdalnie – napiszcie do niego albo zadzwońcie. Pamiętajcie, że jest mu naprawdę ciężko. W końcu kawa była całym jego życiem. A największy sekret kawy polega na tym, że nigdy nie smakuje naprawdę dobrze pita w samotności.