ANDRÉ KUBICZEK: „SKIZZE EINES SOMMERS“ - „SZKIC PEWNEGO LATA“

Fragment powieści André Kubiczka „Skizze eines Sommers“ - „Szkic pewnego lata“ w tłumaczeniu Karoliny Kuszyk

Copyright © 2016 Rowohlt Berlin Verlag GmbH, Berlin
Copyright © polski przekład Goethe-Institut
 

strony: 9 - 43
 

Złe kwiaty

Nie mam pojęcia, kto przyszedł do kogo, melancholia do mnie czy ja do melancholii. Lecz jedno było pewne: towarzyszyła mi od roku. A drugi pewniak był taki, że od tamtej pory już mnie nie odstępowała.
W każdym razie nie dobrowolnie.
Patrzyłem w lustro w łazience, gdy tak właśnie mi się pomyślało. Żeby czasem ktoś nie powiedział, że opowiadam jakieś rzeczy wyssane z palca, żeby wydać się bardziej interesujący czy bo ja wiem po co. Te myśli wpadały mi po prostu do głowy, znikąd, jak przysłowiowy piorun z jasnego nieba.
Dopiero co zastanawiałeś się, czy lepiej zaczesać dziś włosy na lewo czy może jak zwykle na prawo, żeby przynajmniej częściowo przykryć idiotycznie odstające prawe ucho. Może jeszcze myślisz sobie coś w stylu: Czy ułożyć je dzisiaj na mydło, będzie szybciej, a może użyć drogiej pomady, a może i jedno, i drugie, gdy nagle - stoisz tak z rękami pełnymi lepkiej mazi i usiłujesz zrobić coś z włosami - i proszę, już jest, napad melancholii albo inny jakiś pomysł jak z kosmosu. I w jednej chwili jest ci wszystko jedno, na którą stronę się zaczesać, bo nagle dociera do ciebie: René, stary druhu, na tym wielkim świecie jest tyle spraw, które są ważniejsze od twojej głupiej fryzury.
W każdym razie myślisz tak sobie przez jakąś chwilę czy dwie.
To z tym wpadaniem do głowy różnych myśli bardzo się nasiliło, odkąd rok temu zaczęliśmy czytać te książki, Dirk, Michael i ja. Baudelaire´a i tym podobnych. Przez te lektury nasze słownictwo też się tak jakby podpicowało. Zamiast powóz mówiliśmy teraz ekwipaż, mówiliśmy w dzisiejszych czasach, a ktoś, kto wcześniej działał nam na nerwy, teraz był dla nas impertynentem.

(…)

Tylko Mario, którego znałem od żłobka i który mieszkał w tej samej klatce, tuż nad nami, i był dla mnie kimś w rodzaju brata, nie miał najmniejszej ochoty na czytanie arcydzieł. Za każdym razem, gdy chcieliśmy wypożyczyć dla niego którąś z tych niesamowitych książek, co właśnie zaczynały stawiać na głowie całe nasze dotychczasowe, niepozorne i bardziej niż zwyczajne życie, Mario kręcił i wydziwiał.

(...)

Niektóre z naszych książek były naprawdę rzadkie.
Nie można było ich tak po prostu kupić.
Mogłeś sobie mieć kasy jak lodu, ale jak czegoś nie było, to po prostu tego nie było i tyle.
Basta.
Nie pomogły żadne pieniądze świata, to znaczy: żadna marka enerdowska, wiadomo. I nie mówię o keczupie, glazurze, samochodach i innych bajerach, które były nie do dostania. Mówię tylko o książkach, ale o tak zwanych dobrych książkach.
Baudelaire i spółka.
Ale nawet gdyby te książki były do dostania, to i tak pewnie już dawno rozeszłyby się spod lady.
Dobrze znaliśmy temat, bo tak właśnie było z Karolem Mayem, którego przez długi czas zabraniali, dlatego że był rewanżystą czy kimś podobnym. I jak parę lat temu przyszły zmiany i tak jakby przestał być tym rewanżystą, albo może bycie rewanżystą zaczęto nagle mierzyć inną miarą, raptem do księgarni zaczęli przychodzić ci wszyscy glazurnicy, hydraulicy i ślusarze samochodowi, i zaczęli wykupywać książki Karola Maya, nam, biednym dzieciakom sprzed nosa. Bo musieli nadrobić zaległości, w sensie, z własnego dzieciństwa. I jasna sprawa, książki dostały im się w pierwszej kolejności, bo przecież panie z księgarni też miały łazienki, w których, jak w większości łazienek w naszym kraju, ściana nad wanną oklejona była tylko tapetą, która namakała, gdy brało się prysznic i z czasem zaczynała się odklejać. Jasna sprawa. Bo i panie z księgarni posiadały, dajmy na to,  używanego moskwicza, który przestawał zaskakiwać, gdy w zimie temperatura zaczynała spadać poniżej plus dwóch stopni. No i również u nich zatykała się czasem toaleta, i to jak na złość zazwyczaj w samą niedzielę.
To wszystko było po prostu aż nadto ludzkie, arcyludzkie.
Chociaż wcale nie twierdzę, że wszyscy ci fachowcy rzuciliby się na Baudelaire´a, gdyby nagle pojawił się w księgarni. W biografii takiego, dajmy na to, kominiarza, nie istniała przypuszczalnie ani jedna luka, którą dałoby się wypełnić Kwiatami zła. Glazurnicy i hydraulicy raczej i za sto lat nie wykupiliby na pniu Baudelaire´a, tak jak wykupili dzieciakom sprzed nosa grube powieści Karola Maya. Co oznacza, że ci biedni malcy, podobnie jak i my, gdy byliśmy w tym godnym politowania wieku, musieli męczyć się nad historiami o Sokolim Oku i jego kumplach zamiast zaczytywać się opowieściami o braterstwie krwi, wyprodukowanymi przez byłego rewanżystę.

(…)

Baudelaire był praktycznie nie do dostania. W siedemdziesiątym trzecim było jedno wydanie. Wydawnictwo Insel, Lipsk.

(...)

Nie można go było znaleźć w żadnym antykwariacie. A kogoś takiego jak Rimbaud nie dało się załatwić nawet spod lady, nie mówiąc już o Mallarmém. Byli praktycznie zakazani, chociaż nikt tego jasno nie mówił, tyle że nie ze względu rewanżyzm, lecz dekadencję.
Tak mi się w każdym razie wydaje.
Ale może po prostu nie było papieru, żeby to wszystko wydrukować, bo ja wiem. Bez przerwy panował u nas nadmiar jakiegoś deficytu, i może zwyczajnie lepiej brzmiało, jak powiedzieli, słuchajcie, nie wydrukujemy Popołudnia fauna, bo to dla nas zbyt dekadenckie, psuje nam młodzież i odrywa ją od walki klasowej, odsuwając dzień ostatecznego triumfu komunizmu o parę dziesięcioleci na Święty Nigdy (...), niż jak by mieli przyznać z opuszczonymi ramionami i miną zbitego psa: Przykro nam, przyjaciele literatury ideologicznie podejrzanej, bardzo byśmy chcieli, lecz niestety skończył nam się papier.

(...)

To taka moja prywatna teoria, ma się rozumieć, wcale nie musi się zgadzać.
Chociaż - kto wie.
Z drugiej strony (...) sam posiadałem gruby tom poezji, wydawnictwo Insel rok siedemdziesiąty siódmy, Paula Verlaine´a, tego gościa, co się przyjaźnił z Rimbaudem, że tak powiem, naprawdę mocno przyjaźnił, bardziej niż tylko przyjaźnił, jakby to powiedzieć - po pedalsku. I który go potem postrzelił, prawdopodobnie z miłości czy jakiegoś innego równie głupawego powodu.
To wszystko była literatura dekadencka, człowiek mógł to sam sprawdzić w leksykonie literatury, gdy mu się chciało i gdy miał taki w domu. Sama się nawet tak nazywała.

(…)

Ale ostatnimi czasy zastanawiałem się całkiem często nad tym, co takiego ludzie w dzisiejszych czasach mają na myśli, gdy mówią, że to czy tamto jest dekadenckie.
Co znaczy ludzie?
Mówię o tych tam różnych samozwańczych autorytetach, na przykład ojcach. Dekadencki, to już nie był przymiotnik jak każdy inny, to słowo zrobiło prawdziwą karierę jako inwektywa.
Gdy w połowie dziesiątej klasy zaczęliśmy przychodzić do szkoły w garniturach, z włosami zaczesanymi do tyłu i z broszkami z fałszywych diamentów w klapach, od razu usłyszeliśmy, że jesteśmy elementami dekadenckimi. Niech sobie gadają, uznaliśmy, wychowawczyni, dyrektor, palant z FDJ z tą swoją nieświeżą i od dawna niemodną fryzurą na piłkarza, którego oficjalnie tytułowano sekretarzem GOL, cokolwiek ten skrót miałby oznaczać.
Po jakimś miesiącu zabrakło im w końcu pary. Nie mogli nam właściwie nic zrobić, bo dobrze się uczyliśmy. Fakt, nie wykonywaliśmy prac społecznych i tak dalej (...), ale za to nasze oceny były prawie bez zarzutu. Niestety za wyjątkiem Maria, który też nosił buty swojego dziadka ze spiczastymi czubkami i czarny garnitur, i tak jak my chodził obwieszony po zęby błyskotkami z butiku przy Klement Gottwald Strasse. Ale przez swoje kiepskie oceny zawsze był na nauczycielskiej liście uczniów do odstrzału. I to na samej górze.
No i dobrze, powiedzieliśmy, niech im będzie, że jesteśmy dekadenccy, wielkie rzeczy. Sztuka abstrakcyjna też miała opinię dekadenckiej. Malewicz i tak dalej. Tylko dlatego że na tych obrazach nie było widać robotników ani rolników, którzy robią coś użytecznego. Albo odpoczywają po jakiejś użytecznej czynności, żeby nabrać siły przed kolejną użyteczną czynnością. (...) Na przykład żeby dokończyć program budowy mieszkań lub zbieranie kapusty z pola.
Ale tak naprawdę uważam, że te wszystkie samozwańcze autorytety, które bredziły o dekadencji, po prostu nie miały bladego pojęcia o sprawach, do których bez przerwy przyklejały to słowo. Chociażby o zespołach Nowej Fali czy, jak już powiedziałem, o sztuce abstrakcyjnej czy właśnie o tych książkach, w których chodziło właśnie o to, żeby być możliwie nieużytecznym.
Huysmans na przykład, Na wspak.
Jego przynajmniej można było kiedyś dostać. Wydawnictwo Gustav Kiepenheuer. Lipsk, osiemdziesiąty pierwszy.
Ten bohater na przykład, ten des Esseintes, który w pełni lata zakłada futro i jedzie sobie na spacer saniami. I nawet się przy tym nie spoci.
No i te kwiaty, których zamawia sobie do domu całe setki, nie dlatego, że są takie piękne i cieszą oko, ale dlatego że wyglądają, jakby były z blachy albo z porcelany, a przecież są żywe.
Najbardziej pojechane orchidee.
Bo w sumie chodziło o to, że wszystko, co sztuczne, wydawało mu się zawsze piękniejsze niż to, co naturalne.

(…)

Tak czy owak, jeśli chodzi o Kwiaty zła, to dostępny był jeden jedyny egzemplarz. Pochodził z tysiąc osiemset któregoś i należał do Ogólnej Biblioteki Naukowej przy Heinrich Rau Allee. Ale my mieliśmy na niego taką jakby prenumeratę, Michael, Dirk i ja. Zawsze, gdy któryś z nas książkę oddawał, to następny już ustawiał się za nim w kolejce i od razu wypożyczał. Tym sposobem chroniliśmy nasze miasto przed baudelaireowską dekadencją.
I rzecz jasna również przed melancholią, która pojawiała się zaraz po dekadencji, to było pewne jak amen w pacierzu, i jeśli wierzyć autorytetom, siała ogólnie wielkie spustoszenie.
A może było odwrotnie?
Najpierw melancholia, potem dekadencja.
Á propos melancholii, zastanawiałem się, przyglądając się w lustrze swojemu (...) uchu i na próbę przyciskając je do głowy: Kto przyszedł do kogo? Ale już nie miałem czasu odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo rozległo się głośne i, jak mi się zdawało, dość niecierpliwe stukanie do drzwi łazienki.
- René, zlituj się, wyłaź już wreszcie - zrzędził w przedpokoju ojciec. - Samochód będzie lada chwila.
- Już kończę! - Nawet w przybliżeniu nie byłem gotowy z włosami. Szybko zaczesałem je całkiem na lewo, a potem całkiem na prawo. A jednocześnie, na drugim, takim jakby nieświadomym poziomie, zastanawiałem się, czy nie będzie lepiej po prostu raz a dobrze odsłonić to odstające ucho, zamiast je bez przerwy zasłaniać. Jeśli ktoś coś powie albo spróbuje stroić sobie żarty, zawsze mogę przecież wygłosić hymn pochwalny na cześć totalnej asymetrii. A jeśli mimo to dalej mi będzie dokuczał, załatwię go paroma refleksjami z mojego zeszyciku, który miałem zawsze przy sobie jak zapasową pamięć. Zapisywałem w nim nie tylko ulubione cytaty z książek, lecz także wszystkie swoje pojechane myśli.
Michael i Dirk też sprawili sobie małe notatniki, i wszyscy ciągle coś w nich skrobaliśmy, na boisku szkolnym, na przystanku tramwajowym, w Café Heider, czasem nawet wieczorami w Orionie. Wszyscy trzej pisaliśmy ołówkami, i od jakiegoś czasu panowała wśród nas taka dziwna konkurencja, czyj ołówek jest najkrótszy. Bo ten z najkrótszym ołówkiem to był ten, co miał najwięcej ciekawych myśli, jasna sprawa. Był, że tak powiem, mędrcem. Ale że w tej kwestii ani trochę nie dowierzałem ani Michaelowi ani Dirkowi, w którymś momencie zacząłem specjalnie stemperowywać swoje ołówki, chociaż wcale nie było takiej potrzeby, tylko po to, żeby były jak najkrótsze (...). Nie mogłem oczywiście przesadzić, jeśli chciałem zachować wiarygodność, ale jeden nowy ołówek na tydzień, a to była teraz taka moja norma, mieścił się w granicach przyzwoitości.
Postanowiłem, że zaczeszę włosy na lewo. Wyjątkowo. (...)
- Co ty tam robisz? Siedzisz już od piętnastu minut - rozległ się za zamkniętymi drzwiami łazienki głos ojca.
- Nic takiego - odkrzyknąłem, starając się, by mój głos brzmiał możliwie normalnie. Usiadłem na klapie od toalety, wyjąłem z kieszeni notatnik i ogryzek ołówka, i zacząłem pisać: Kto właściwie przyszedł do kogo...
- Boże przenajświętszy, gorzej niż dziewczyna!
- Możesz już schodzić. Zaraz przyjdę.
- Ale pospieszże się, jeśli łaska! - burknął ojciec, a po chwili usłyszałem odgłos zatrzaskiwanych drzwi.
O rany!
Ani grama galanterii.
I to w dodatku ostatniego dnia.
Gdy wstałem, z ulicy dobiegł mnie dźwięk klaksonu. Rozległ się nie raz, nie dwa, lecz staccato, i brzmiał tak samo namolnie jak przed chwilą pukanie do drzwi łazienki.
Jakoś tak ordynarnie.
Schowałem zeszyt i po raz ostatni spojrzałem w lustro: z tym odsłoniętym uchem wyglądałem inaczej niż zwykle. Ale lepiej już tak niż żebym miał wychodzić całkiem nieuczesany. Nigdy nie wiadomo, kto akurat będzie przechodził ulicą, jak będziesz stał z ojcem przed blokiem, nawet jeśli to tylko dziesięć minut. Mogli przechodzić Dirk albo Michael, a może nawet dziewczyna, której imienia nie znałem, albo jej najlepsza przyjaciółka, która na pewno od razu by jej powiedziała, że widziała mnie na ulicy, z przyklapniętymi włosami, a może jeszcze na dokładkę w kapciach i dresie.
Niedoczekanie!
Klakson zatrąbił jeszcze raz. Teraz musiałem się naprawdę pospieszyć. Włożyłem do kieszeni klucz do mieszkania i przeskakując po dwa stopnie naraz pognałem do wyjścia.
Przed blokiem czekała z włączonym silnikiem szara wołga. Kierowca wystawił rękę przez otwarte okno i palił papierosa. Miał na sobie jasną wełnianą polówkę z krótkim rękawem, niewiarygodnie bujne baczki, i zwilżone wodą włosy zaczesane na bok. Tylne drzwi z lewej strony samochodu były otwarte, a obok nich czekał mój ojciec z miną przypominającą jednego z bohaterów  tych mrożących krew w żyłach opowiadań Theophile Gautiera. Przez ramię miał przewieszony polski trencz, który kupił sobie w zeszłym tygodniu w domu towarowym. Ojciec był bardzo dumny, że załatwił to wszystko sam, bez proszenia o pomoc swojej sekretarki, do której przychodził zazwyczaj z każdą pierdołą (…). Ale dopiero teraz, w jaskrawym świetle lipcowego przedpołudnia, dostrzegłem, że z trenczem jest coś nie tak. Nie musiałem się długo zastanawiać: problemem był jego kolor. Chętnie bym powiedział o tym ojcu, ale nie bardzo wiedziałem jak, a to z tej prostej przyczyny, że nie miałem pojęcia, jak mam się do niego zwracać. No bo chyba nie: Ej, ty, coś jest chyba nie tak z tym płaszczem?
Przestałem mówić na niego tato, gdy przestał się mną zajmować, odkąd skończyłem jedenaście czy dwanaście lat. Ojcze też za bardzo nie mogłem powiedzieć, to brzmiało jakoś zbyt oficjalnie (...). Wolałem więc w ogóle nic nie mówić, gapiłem się tylko na jego trencz, którego kolor, zamiast tego dyskretnego beżu, jakie mają prawdziwe trencze, wpadał raczej jakby w żółtawy.
Gorzej, płaszcz ojca był żółty.
Jeszcze gorzej: był kanarkowy.
Pomyślałem, że okropnie się skompromituje przed tymi wszystkim ludźmi z całego świata, lecz gdy już miałem go ostrzec, od biedy radząc sobie jakoś bez tato i ojcze, ojciec powiedział: - Boże mój, René, wyglądasz jak grabarz. - Miał pewnie na myśli moje czarne ciuchy.
- Twój stary płaszcz wyglądał jakoś lepiej - powiedziałem. - Ten granatowy.
- A co ci się nie podoba w tym? - chciał wiedzieć ojciec i lekko uniósł ramię z przewieszonym płaszczem. Nie odpowiedziałem, a po dwóch sekundach ojciec powiedział: - No, to trzymaj się.
- Tak, ty też.
- I żebyś się zachowywał, pamiętaj.
- Jasne, spokojna głowa.
- O reszcie już rozmawialiśmy, prawda?
- No.
- No to - powiedział ojciec, podał mi rękę i wsiadł do służbowego auta.
Stałem na ulicy aż do chwili, gdy po trzystu metrach wołga skręciła w prawo w Thälmannstrasse, w prowadzącą na lotnisko Schönefeld. Potem usiadłem na schodach przed klatką i zapaliłem papierosa, czego normalnie nigdy nie robiłem w pobliżu naszego bloku. Ale że nie przechodziła ani dziewczyna bez imienia, ani żadna z jej koleżanek, po chwili zdeptałem peta i szybko wróciłem do domu.

Cała ta forsa

Jeszcze nigdy nie widziałem aż tylu na jednej kupce. Tam zaraz kupce. Leżały przede mną w porządnym, równo ułożonym stosiku.
1000 marek.
Słownie: tysiąc.
Dziesięć niebieskich, nowiuteńkich banknotów stumarkowych. Żadnych zagięć, żadnych plam. Z jednej strony Karol Marks, z drugiej Pałac Republiki. Banknoty były w kopercie, na której ojciec napisał swoim zamaszystym pismem René. Obok koperty na ławie leżała paczka wielkości pudła z butami. Paczka była owinięta pogniecionym ozdobnym papierem z zeszłorocznej Gwiazdki, a w środku był mój prezent urodzinowy.
Wziąłem do ręki stosik i powąchałem go. Miał taki zapach jaki ma tylko jedna rzecz na świecie - świeżo wydrukowane pieniądze. W przeciwieństwie do niektórych książek z biblioteki pieniądze wcale nie śmierdziały. Czyli dokładnie tak, jak o nich mówiono.
Mówiono o nich i inne rzeczy.
Że psują charakter.
Albo że rządzą światem.
Zwinąłem je ostrożnie w rulonik. Przesunąłem czubkiem kciuka po ich krótszych brzegach. Potem wyjąłem ze zwitka jeden banknot i włożyłem do kieszeni, a resztę schowałem z powrotem do koperty.
Tysiąc marek to była naprawdę kupa forsy. Prawie tyle co miesięczne zarobki ojca. Uznałem, że tą furą pieniędzy ojciec chciał choć w części zagłuszyć wyrzuty sumienia. Bądź co bądź, zostawiał mnie samego na całe siedem miesięcy. Nie wiedziałem, czy nie ma przypadkiem jakiejś ustawy, która zabrania podobnych rzeczy. Zaniedbywanie dzieci czy coś w tym rodzaju. Bo pro forma dzieckiem miałem być jeszcze przez dwa lata i jeden dzień. Tylko tak dla ścisłości.
Jasne, próbował mnie wcisnąć dziadkom, w Góry Harcu. Ale przepraszam bardzo, nie miałem dwunastu lat, żeby perspektywa wakacji u dziadków mogła jeszcze budzić moj entuzjazm.

(...)

Było na ten temat parę dyskusji, ale że ojciec nie bardzo lubił dyskutować i ja ze swojej strony też nie, w każdym razie nie z nim, szybko się dogadaliśmy, że przez połowę czasu będę sam w Poczdamie, a drugą połowę spędzę u dziadków.
Włączyłem telewizor, ale zaraz go wyłączyłem, bo nic jeszcze nie leciało. Potem podniosłem paczkę z prezentem urodzinowym. Była podejrzanie lekka, jakby nie zawierała zupełnie nic. Gdy nią potrząsnąłem, w środku coś cicho zaszeleściło. A raczej prawie niesłyszalnie zachrobotało. Chronometr w salonie wskazywał pół do jedenastej. Za trzynaście i pół godziny zaczynały się moje urodziny. Ale prezent zapakowany był tak niedbale, że wolałem mieć to już za sobą. Jednym ruchem zdarłem z paczki świąteczny papier z machającymi bałwankami. Pod spodem rzeczywiście był karton po butach. Marki Salamander, z Exquisit, zawsze to coś. Były w nim wcześniej sraczkowate pepegi, które ojciec kupił sobie z pomocą sekretarki. Gdy ubierał je do swojego nowego trencza, przypominał trochę budyń waniliowy z sosem czekoladowym.
Potrząsnąłem pudłem jeszcze raz. Ale szelest, który się rozległ, brzmiał i bez papieru niezbyt obiecująco. Podniosłem wieczko i zajrzałem do środka. Nie miałem zbyt wysokich oczekiwań, ale nie było aż tak najgorzej. W kartonie leżała koperta, na której ojciec jeszcze raz napisał swoim zamaszystym pismem: René. To była taka sama koperta, którą otworzyłem wcześniej, tylko cieńsza. Takie jakby bliźniaki. A w środku, trzymajcie się mocno, kolejne dwa banknoty stumarkowe, z których normalnie ucieszyłbym się jak wariat. Ale tak to już jest - gdy się już ma niewiarygodnie dużo forsy, to dwadzieścia procent więcej też nie robi specjalnej rożnicy.
Nie żebym narzekał.
Oprócz pieniędzy w kopercie była też kartka wielkanocna. Takie rozkwitłe, mięsiste bazie na wierzbowych gałązkach z odpowiednimi ozdobami: jajka, kurczaki, zające. Na odwrocie kartki przeczytałem:
„DROGI RENÉ,  WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI TWOICH 16. URODZIN, ZDROWIA I ZAPAŁU TWÓRCZEGO ŻYCZY CI OJCIEC.”
Zapału twórczego, oho.
Tego ostatniego faktycznie potrzebowałem jak kania dżdżu.
No, dzięki!
Włożyłem dwieście marek do kieszeni, w której miałem już setkę. Papier z ostatnich świąt zgniotłem tak mocno, żeby już na pewno nie dało się go użyć po raz trzeci. Potem włożyłem go razem z kartką wielkanocną do kartonu po butach i nałożyłem wieko.
Spojrzałem na zegarek.
Ojciec musiał być jeszcze w kraju. Jego samolot odlatywał dopiero o pół do pierwszej. Jeszcze był możliwy odwrotny scenariusz. Co, jeśli zapomniał paszportu? Gdyby się tak stało, za trzy godziny byłby z powrotem. Czy musiałbym wówczas oddać mu te tysiąc marek? Dopiero, gdy zadzwoni ze Szwajcarii, tak jak się umawialiśmy, będę mógł odetchnąć z ulgą i urządzić się w mieszkaniu po swojemu. Na razie wziąłem kopertę z pieniędzmi, poszedłem do swojego pokoju i włożyłem ją do górnej szuflady biurka.
Nie każdy od razu musiał wiedzieć, ile mam teraz kasy. Michael albo Dirk albo Mario wpadali czasami bez zapowiedzi, wolałem, żeby na razie nie widzieli tej grubej koperty.
Lepiej nie wywołuj wilka z lasu, powiedziałem sobie.
Gdy już byłem w swoim pokoju, postanowiłem, że posłucham muzyki. A że był pierwszy dzień wakacji, a pani Wegener z dołu już poszła do pracy, tak samo pani Hermann, mama Maria, z piętra wyżej, nastawiłem muzykę trochę głośniej niż zwykle. Wyjątkowo.
Jakieś dwa lata temu babcia dała mi w prezencie dwukasetowy magnetofon z Intershopu. Pierwsza klasa. Od tamtej pory zawsze ktoś siedział u mnie w chacie, żeby coś sobie przegrać. Siouxsie and the Banshees i całą resztę. Jak się miało taki bajerancki sprzęt, to trudno było narzekać na brak przyjaciół.
Odtwarzacz dostałem w samym środku roku szkolnego, ot tak, bez okazji. Ani nie zbliżały się moje urodziny, tak jak dzisiaj, ani Święta, nic a nic. No dobrze, to może nie do końca prawda. Właściwie wcale nie chciałem o tym mówić, bo nie chcę, żeby się ktoś nade mną litował.
Współczucie jest mi akurat potrzebne jak wrzód na dupie.
Ale obawiam się, że zrobiłem to już wcześniej, coś mi się wymknęło, przez nieuwagę. No dobra, a niech tam. Trzy tygodnie zanim dostałem magnetofon zmarła moja mama.
Ta informacja musi wystarczyć. Niech mnie przypadkiem nikt nie pyta, jak, na co i dlaczego. Nienawidzę takich pytań i już.
Miałem wtedy dopiero czternaście lat, ale nie byłem głupi. Było dla mnie jasne jak słońce, że ten cały odtwarzacz miał mnie jakoś odciągnąć od tego, że mama umarła. Może babcia myślała sobie, że dwukasetowy magnetofon od razu podwójnie odciąga uwagę. Nawet dobrze kombinowała. Przez całe dwa tygodnie tak byłem zajęty czytaniem instrukcji i rozkminianiem wszystkich funkcji, że zazwyczaj totalnie zapominałem o beczeniu. To nie była taka instrukcja jak w przypadku naszych krajowych produktów, to była prawdziwa książka.
Można było na przykład przegrywać z jednej kasety na drugą z podwójną szybkością. Albo po każdym kawałku ustawić krótką pauzę, żeby się wygodniej przewijało. Przycisk play przy tym szybkim przewijaniu pozostawał wciśnięty i gdy przychodził czas na te trzy sekundy ciszy, automatycznie włączało się przewijanie w tył i można było posłuchać kawałka jeszcze raz. To samo dało się też ustawiać do przodu. Tylko że odwrotnie.
Można było nawet robić własne miksy. To było naprawdę git, ale trochę trwało, zanim się człowiek połapał, co i jak.
Do czego zmierzam: To był ten cenny czas, którego mi zabrakło, żeby myśleć o śmierci.

(…)

Gdy piosenka się skończyła, kaseta leciała dalej, a ja poszedłem do kuchni, żeby rzucić okiem na mój prowiant. Czułem się trochę jak Robinson Cruzoe, bo ja wiem czemu.
Pewnie przez to puste mieszkanie czy coś w tym rodzaju.
Gdy liczyłem torebki z mlekiem, butelki z sokiem jabłkowym i colą, które ojciec gromadził w szafce z zapasami już od tygodni, do tego konserwy rybne, puszki z soljanką i trójkąty serków topionych, pomyślałem sobie, że oto właściwie cała moja historia:
Ojciec w Szwajcarii,
matka nie żyje,
dwukasetowy magnetofon z Intershopu.