Ulrike Draesner: „Sieben Sprünge vom Rand der Welt“ - „Siedem skoków z krawędzi świata“

Fragment powieści Ulrike Draesner „Sieben Sprünge vom Rand der Welt“ - „Siedem skoków z krawędzi świata“ w tłumaczeniu Ryszarda Wojnakowskiego

Copyright © 2014 Luchterhand Literatur Verlag, München, in der Verlagsgruppe Random House GmbH
Copyright © polski przekład Goethe-Institut i Ryszard Wojankowski
 

HALKA (str. 448-467)
 
Drzwi mieszkania na trzecim piętrze były otwarte, powitał mnie na nich odręcznie napisany szyld Polski Zarząd Miejski Kraków – Wrocław. Wszędzie grubo opatulone postacie. A w kącie z tyłu po prawej, oczy stopniowo przyzwyczajały się do półmroku, pod ścianą mamuśka.
         Serce jej podskoczyło i objawiło się to zaraz na twarzy, kiedy mnie rozpoznała. Tatuś zawołał:
         - Widzisz, to działa!
         Był bardzo dumny. Mama bez słowa wzięła mnie w ramiona.
         Tutaj nocowali, na ich numer powinna wkrótce przyjść kolej, chcieli nas zarejestrować. Leszek i Grażyna ze Lwowa, Lembergu, Lwiwa, którzy śpiewali i liczyli (ona) po ukraińsku, żyli po polsku (oboje), myśleli po niemiecku (on): wszystko według porządku.
         Trzy stanowiska pracy. Na jednym stole czarna maszyna do pisania marki Triumph. Czekający siedzieli w ciszy, którą przerywało od czasu do czasu pokasływanie, stukot klawiszy, a potem westchnienie, jakby wpisywanie przybyłych miało się nigdy nie skończyć.
         - Numer 461 – powiedział w końcu jeden z urzędników.
         Na stole kuchennym, przed którym stanęliśmy, leżał pożółkły sfałdowany plan. Śląsk. Granica zachodnia w grubej czerwonej obwódce, tam zaczynało się niemieckie państwo Sowietów, tam siedziała armia sowiecka. Cała prawa strona mapy wydawało się wolna, tam na Wschodzie, powiedział mężczyzna, będzie się rozciągać Polska, rozszerzy się, rozkwitnie. Tatuś nic nie odpowiedział, ja rozdziawiłam usta, zdziwiona taką zuchwałością. Nasz vis-à-vis wiedział, skąd przyjechaliśmy. Akcent z Polski centralnej, jasne bokobrody, nie patrzył na nas. Urzędnik popijał kawę z wielkiej szklanki bez uszka - czyżby to był wazon? - przed naszymi zmęczonymi oczyma przesuwał po mapie tam i z powrotem pudełka naboi. Jego kawa pachniała tak kusząco, że omal nie zemdlałam. Pudełka, powiedział, to pociągi, pociągi jak ten, z którego wczoraj wysiedliśmy.
         Polska, przyjaźń, Związek Radziecki.
         - Wypadliśmy – wyjaśnił ojciec – wypchnięto nas. Z pociągu.
         - Tak wam się śpieszyło? – spytał urzędnik, który się nami zajmował, i zaczął opowiadać o naszym nowym państwie.
         Bardzo szybko dowiedzieliśmy się, dlaczego każda rejestracja zabiera tak dużo czasu. Pociągi, wyjaśniał, odjeżdżają z Polski wschodniej w odstępach sześciogodzinnych. To dobrodziejstwo, rewolucyjnie zorganizowane przez braci radzieckich. Adama wpisano jako czwartego członka rodziny. Mężczyzna z bokobrodami zauważył, że ma przed sobą tylko trzy akty urodzenia, przeliczył jeszcze dwa razy. I wyglądał na zadowolonego. Jeden Polak więcej to zawsze jeden Polak więcej.
         Klekotanie triumpha.
         - Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka – stwierdził urzędnik.
         Mieszkanie możemy sobie wybrać, radzi nam pozostać w okolicy, bo będziemy potrzebować Polaków! Kiedy wychodziliśmy, rzucił za nami po cichu „triumf”. Po polsku, ma się rozumieć.
         Po rosyjsku też było. Jakże często słyszeliśmy ten język w ostatnich latach. Tatuś powiedział: „Co za tępaki. To przecież po łacinie!”
         Szeroką ulicą, ulicą Marszałka Stalina, przedzieraliśmy się do przodu. Poprzedzał nas wrocławski smród, a za nami zawiewało czerwonym pyłem.
Czułam w piersi łaskoczącą radość zmieszaną z niecierpliwością. Czy nie powinniśmy się puścić biegiem?
         Biegły, owszem, szczury. Równolegle do nas, tłuste lśniące szczury, równolegle do ruin. Szczury, za którymi podążały hordy popiskujących szczurzych dzieci.
         Uważałam, że gorsze są larwy, które pełzały po gruzach i wśród nich znikały. Adam szedł obojętnie obok nas, żując kawałek chleba lwowskiego. Wypalone fragmenty muru pstrzyły nieliczne ocalałe fasady na wschodniej stronie Matthiasplatz[1], które mogły uchodzić za ozdobę, resztki chodników pokrywał odpadnięty sproszkowany tynk. Przy hydrancie ustawiła się kolejka. Hydrant był tutaj jedynym zielonym elementem. Ktoś go wyczyścił. Ulica Jagiellończyka, ulica Kazimierza.
         Czy mężczyzna z bokobrodami wymienił właśnie te nazwy?
         Paulińska. Brakowało narożnego domu, a wzdłuż reszty ulicy ciągnęły się po obu stronach kamienie porządnie ułożone przy samych budynkach, tylko drzewa i więźby dachowe były spalone. Zwolniliśmy kroku. Umilkliśmy już wcześniej. Jak tu coś wybrać? Na co zwracać uwagę? Ulice wymarłe. Żadnych gruzów, żadnych gryzoni. Wzbity kurz unosił się i rozpraszał, jakby szukał czegoś, po czym opadał. Dwa kosy śpiewały, była wiosna. Poczułam się dziwnie i chwyciłam mamę za rękę, zwracając uwagę na to, żeby Adam nie zobaczył tego gestu.
         Mama zaraz mnie puściła, bo była zajęta, perswadowała coś ojcu, wyjaśniała zalety domu na rogu Bolesława Chrobrego, gdzie z mieszkań można by objąć wzrokiem dwa ciągi ulic równocześnie. Poszeptali, rozejrzeli się, dwoje wątłych zagubionych dzieci w piekielnym sklepie z zabawkami. Żółta brama wejściowa sprawiała skromne wrażenie; dodatkowe światło wpadało przez okna w wydłużonej klatce schodowej, w której musiała jeździć winda. Połączone żelaznymi płytkami drewniane stopnie wydawały się godne zaufania, klatka schodowa zbudowana z różnych materiałów nie paliła się tak łatwo.  W metalowych płytach przednóżków schodów wycięto ładny wzór skomponowany z kwiatów i gwiazd, które tańczyły przed naszymi oczami żółte i zielone, kiedy wspinaliśmy się na górę. Pierwsze piętro. Drzwi musiał ktoś wyważyć kopniakiem, ale potem zabito je od środka deskami.
         Tatuś zadzwonił. Zapukał. Gałki u drzwi nie dało się obrócić. Adam uśmiechnął się. Potrzebował pięciu minut. Drut wyciągnął z kieszeni spodni.
         Z mieszkania na pierwszym piętrze można było w ostateczności wyskoczyć przez okno. Z drugiej strony nie dało się tam kogoś znaleźć tak szybko jak na parterze.
         Prawda?
         Prawda.
         Piecyk gazowy w kuchni był martwy, ale obok pieca w salonie leżały równo poukładane numery „Völkischer Beobachter”, przygotowane na rozpałkę.
         W mieszkaniu śmierdziało i panował bałagan, toaleta była zatkana.
         - Żołnierze – powiedział Leszek – naziści.
         Na ścianie w kuchni wisiał kalendarz z liczbami i sentencją, do których haftowania użyto niebieskiego kordonka. Talerze w kredensie miały ozdobne złote obramowanie z wzorem łuskowym, obsypane złotymi liśćmi. W zlewie puszka spleśniałej grochówki, butelki po czerwonym winie, ryż. Na wzorzystej kanapie w salonie wielka plama.
         Okno mojego pokoju wychodziło na ogród. Po lewej platan, po prawej pozostałości szopy i groteskowo trzymający pion trzepak. Dużo nieba, jasnoniebieskiego i ciemnoszarego, a przed nim tył potężnego zielonego budynku stojącego dwa rzędy dalej. Jego płaski kamienny dach wystawał poziomo nad ścianą domu i nadawał mu charakter greckiej świątyni. Dotąd wyobrażałam sobie Niemcy jako na wskroś germańskie. Ze srebrnych ram na ścianie pozdrawiało zdjęcie młodego człowieka w ciemnych kąpielówkach do kolan. Na białej obwódce podpisano ołówkiem starannym zamaszystym pismem: „Uli, Przylądek Arkona, sierpień 25”. Mężczyzna miał długie włosy i niegermańskie szczupłe ciało. Spod kamiennej balustrady mojego balkonu wystawiała pąki dzika róża.
         Okna salonu wyglądały natomiast w dwóch kierunkach.
         Kiedyśmy je zamknęli, ledwo tłumiły terkot broni maszynowej i echo pojedynczych wystrzałów. Między skrzydłami okiennymi umocowaliśmy biało-czerwoną polską flagę w taki sposób, żeby ją było widać z obu ulic.
         Każdy, kto nadchodził, powinien wiedzieć, że mieszkanie jest we właściwych rękach.
         Po paru dniach przekonaliśmy się, że lepiej nie rzucać się w oczy, i ściągnęliśmy flagę.
         Zachodzące słońce świeciło na podwórze po przeciwnej stronie ulicy. Krzywe drzewo, ciemnoszara wybujała trawa.
         - Jakie tu wszystko zniszczone – wyszeptał tatuś, opierając czoło o szybę. – Ale to – wskazał prawą ręką przed siebie na popękany asfalt – ta łagodność Wrocławia – powiedział – jeszcze się zachowała.
         „Łagodność”. Jakie dziwne słowo. Ja również oparłam głowę o szkło. Było przyjemnie chłodne. Nie widziałam tego, co widział ojciec. Ulica spoczywała w późnym popołudniowym świetle.
         W świetle łun pożarów.
 
Później jego koledzy, profesorowie filozofii, orientalistyki i archeologii, mówili, że byliśmy we Wrocławiu pierwszymi ludźmi, nie przybyliśmy, jak zazwyczaj imigranci, na teren już zasiedlony, nie dołączyliśmy do grupy, z którą moglibyśmy się asymilować, sami nie tworzyliśmy żadnej, stanowiliśmy przypadkową zbieraninę. Jak saperzy wpadliśmy w próżnię pełną zwłok, błota, hańby, śmieci i niebezpieczeństw, w pozostałości miast i wsi, resztki życia i kłamstw ludzi, którzy mieszkali tu przed nami, a miasto nie było zupełnie puste, tylko zasypane popiołem i okropnymi ruinami. Zamieniliśmy się w ludzi bez historii, nie mogliśmy jej mieć, a teren, na który wkroczyliśmy, również nie miał już historii lub co najwyżej miał poobijaną i zmyśloną, sięgającą tysiąc lat wstecz, na użytek propagandy.
         Trzymając w ręku dwa lakierowane blaszane wiadra w kolorze ciemnozielonym z napisem „Schlesische Giessereien Liegnitz”, wyszukałam w miarę oczyszczoną z gruzów ścieżkę do placu, którą Niemcy nazywali Matthiasplatz. Fundamenty okrągłej cembrowiny wystawały z piaszczystego podłoża, czerwony głóg wił się wokół na wpół zwalonego płotu, kolczasty, przerośnięty, bez liści. Przede mną w kolejce czekała młoda kobieta bez nóg na desce z kółkami, na szyi dyndała jej zawieszona na sznurku butelka. Woda nie płynęła z kranów w żadnym domu.
         Zmierzch zapadał powoli, jakby trzeba było traktować poranione miasto ze szczególną ostrożnością. Dzienny upał stopniowo słabł, przez chwilę dało się wyczuć, że to maj i powietrze powinno pachnieć. Na tle ognistego nieba wydawało się, że noc wydobywa się spod ziemi, wypełzała spomiędzy kostki brukowej i z krzaków, wypływała na nieliczne ocalałe fasady budynków. Oświetlenie uliczne nie funkcjonowało, kto się orientował – ja nie – nosił ze sobą latarkę. W jednym z domów naprzeciwko kolejki otworzyły się drzwi i przez oświetlony otwór wyszły jedna za drugą trzy dziewczyny. Najmłodsza miała na sobie niebieską zamaszystą spódnicę z dobrego materiału, a na nogach brązowe półbuty; łydki miała szczupłe i bardzo blade. Między obiema starszymi, ale również młodszymi ode mnie, zachodziło uderzające podobieństwo.
         Stały w milczeniu, świeżo umyte, z zaplecionymi warkoczami. Kiedy na ulicy pojawiła się grupa czerwonoarmistów, wyglądało na to, że dwie dziewczyny chcą wcisnąć się z powrotem w ścianę budynku, ale trzecia zrobiła krok do przodu.
         Żołnierze mieli już towarzystwo, niemieckie towarzystwo. Zatrzymano się przed trzema nowymi, zaczęto się śmiać, gestykulować. Dwaj Sowieci błyskawicznie przygarnęli do siebie obie większe dziewczyny. Widocznie nie chcieli najmłodszej. Ta patrzyła przez jakiś czas niezdecydowanie to na drzwi domu, to na oddalającą się grupę, bez powodu odwróciła się w stronę naszej kolejki, spojrzała na mnie, jakbym mogła jej pomóc, a po kilku sekundach uśmiechnęła się nieśmiało i pośpieszyła za tamtymi.
         Woda zaczęła wpadać z pluskiem do mojego pierwszego wiadra i stopniowo zakryła dno. Wymizerowany starzec w kolejce za mną poświecił latarką do środka, żebym nic nie rozlała, a w sztucznym świetle odbiło się niebo rozświetlone promieniami zachodzącego słońca. Wtedy zobaczyłam tamte trzy dziewczyny jeszcze raz. Z powiewającymi spódnicami, podkurczywszy gołe, prawie w całości obnażone nogi, z rękami rozrzuconymi na boki, z wyprostowanym ciałem wydawały się stać w powietrzu na tle wspaniałych ciemnopomarańczowych obłoków.
         W pół skoku.
         Twarze bez wyrazu, ani pogodne, ani napięte z wysiłku, jakby wstrzymany i przez to niekończący się upadek wymazał w nich wszelkie uczucia.
         Nie przeskoczyły przez kałużę, nie przez wodę w basenie ani w morzu, ani nawet przez matę. Unosiły się w przestrzeni, pod którą nie było ziemi.
         Na zawrotnej, zatrważającej wysokości.
         Oszołomiona ruszyłam chwiejnym krokiem przez pyłową pustynię w kierunku Paulinenstrasse. Cząsteczki sadzy w powietrzu sprawiały, że resztki zachodzącego słońca, które opływało spalone więźby dachowe nade mną, wydawały się nienaturalnie kolorowe. Zbombardowany Breslau otaczał plac niesforną koroną. Z jego ruin rozlewał się ciężki bezwład.
         Odpryski żółtych, ogniście szarych, groźnie najeżonych kolcami chmur z zaskakująco delikatnymi zwiewnymi miejscami, chmur jak z obrazu malarza, obijały się o brzegi śląskich wiader. I w tamtej właśnie chwili pojęłam, że już nigdy nie wrócimy do Lwowa.
 
Matka opróżniała komodę w obcej sypialni: prześcieradła, powłoczki, kalesony. Mieliśmy własną pościel, wybrudzoną w podróży. Nie starczyło czasu, żeby ją wyprać. Oblekliśmy więc pościel Niemców. Pachniała wanilią i dymem.
         Adam spał, położył się bez wahania, choć łóżko było wygniecione po ostatnim, nieznanym nam gościu. Wierzyłam, że jeśli tylko będziemy o niego wystarczająco dbać, znów może stać się dzieckiem. Ani przez chwilę nie przeczuwałam, że kiedy traci się ukochanych najbliższych, powstają jacyś niewidzialni wewnętrzni ludzie.
         Adam był pierwszym człowiekiem, którego chciałam wyleczyć.
         Nie pomyślałabym wtedy, że przyciągają mnie zranieni ludzie, bo sama jestem zraniona.
         Ledwo zrobiło się ciemno, w klatce schodowej zapanował ożywiony ruch. Czy ci, którzy teraz schodzili hałasując, to ci sami, którzy szli na górę pięć minut temu? Schowaliśmy pistolet pod poduszką tatusia i pokój za pokojem po omacku przeszliśmy przez mieszkanie. Na końcu usiedliśmy w ciemności na szezlongu ciasno jedno przy drugim niczym ptaki na drążku. W miejscu, gdzie była plama, rozłożyliśmy ręcznik. Miałam wrażenie, że tak całkiem nie usiadłam pośladkiem na miękkim meblu. Grażyna próbowała się z tego śmiać, Leszek był myślami gdzie indziej. Jakie to dziwne, prawie groźne, po tygodniach spędzonych w wagonie być tak otoczonym: murowane ściany, regały z książkami, obrazy. Nasze dawne lwowskie życie, blade i słabe, siedziało przed nami na niskim stoliku i patrzyło na nas ze zgrozą.
Mały żółtawy upiór z dużą głową.
         Zaczął się kurczyć, jeszcze gdy się w niego wpatrywałam. W pewnym momencie mama chwyciła mnie za rękę; czuła, że drżę, ale nie zrozumiała dlaczego i powiedziała, że powinnam położyć się do łóżka.
         Mój pokój wydał mi się zbyt cichy, potem zbyt jasny, światło księżyca wpadało do środka, ale jednocześnie padało na Lwów, to było niepojęte, sama myśl o tym sprawiała ból. Otworzyłam okno, pisklęta sów przenikliwym krzykiem wzywały rodziców z ciemności nocy, zdziwiło mnie to: Czy w pobliżu był wcześniej park, czy ten park spłonął, że siedziały teraz na drzewach ogrodowych? Chcąc nie chcąc pomyślałam o tym, jak rodzice jednak je wychowują, dobrze i jako coś oczywistego, z wszelkimi rzeczami potrzebnymi sowim pisklętom, jakby karmienie potomstwa i troskliwość były dane przez naturę, tylko w moim przypadku to się już nie zgadzało, moi rodzice już podczas ucieczki, z początku niezauważalnie, przestali mnie wychowywać i w tym obcym mieszkaniu nie będą tego kontynuować, czułam to całkiem wyraźnie. Nie ja zaczęłam się od nich uwalniać, wtedy na peronie w Oels, to oni zaczęli odsuwać się ode mnie, już wiele dni wcześniej,  już podczas jazdy w wagonie towarowym. Nikt nie wspomniał o tym nawet słowem, może działo się to mimowolnie również dla nich, a oni nie rozumieli tego tak samo jak ja. Nie mieliśmy dachu nad głową, wiatr przewiewał nas na wylot, przez trzy tygodnie. Marzliśmy i kurczyliśmy się, każdy z osobna.
         Wstałam i sięgnęłam po swój biustonosz, który wisiał na oparciu krzesła, otworzyłam uszko złotego łańcuszka z krzyżykiem, odwinęłam go i potrzymałam chwilę w dłoni. A następnie go ukryłam, przyjęła go do siebie wąska biała szuflada, obok obcych nożyczek do paznokci.
         W moim wnętrzu coś się przewróciło. Zmiana dokonała się cicho i na pozór łatwo, jakbym była domkiem z kart, jedna karta została wyciągnięta i teraz cała reszta runęła. Bardziej to poczułam, niż pomyślałam, moje myśli nie nadążały za odczuwaniem, choć myślałam dużo więcej niż wcześniej, zatrważające przesadzone wyobrażenia pędziły bez przerwy przez moją głowę, myśli o związkach, o których mówił tatuś, i o rzeczach już niezwiązanych ze sobą. O nich nie mówił nikt, bo to było tylko rzeczywiste, wręcz nadrzeczywiste, tak bardzo, że nie dało się już nawet mówić o tym, i znów stanęły mi przed oczami te trzy niemiecki dziewczyny, wysadzone w powietrze, w nim uwięzione, zastygłe w bezruchu, nie dotykając ziemi.
         W kuchni zagrzałam sobie wody na kąpiel. Na wannie leżał kawałek różowego mydła, na umywalce pudełko proszku do czyszczenia zębów Vera. Przeraziło mnie to, co zobaczyłam w lustrze: młoda kobieta w nim wyglądała jak ”jaskółka na wiosnę”, po prostu kwitnąco.
         W wannie było tak ciepło, że omal nie zasnęłam. Dopiero gdy zrobiło mi się całkiem zimno, wygramoliłam się, stałam nago trzęsąc się jak galareta na dywaniku w łazience, w pełnym pary pomieszczeniu, koniec końców wymęczona, czubkami pomarszczonych palców sięgnęłam po ręcznik, usłyszałam jakiś dźwięk od strony drzwi i odwróciłam się.
         Prawą rękę zaciskał na pistolecie, którego lufa wskazywała moją szyję. Zamarłam, nie odważyłam się już nawet zakryć ręcznikiem piersi. Jego twarz sprawiała wrażenie zupełnie obojętnej, mierzył mnie tylko wzrokiem, ale nic nie mówił.
         Pęknięty kafel w posadzce w drugim rzędzie na lewo od drzwi. Beżowy. W tym samym kolorze zasłona prysznicowa z wyszywanymi czarnymi kotkami.
         Ten obraz wyrył się w mojej pamięci, bardzo ostre kontury.
         A może tak: jak próbowałam ustalić wyłącznie za pomocą myśli, czy pistolet jest naładowany, jak zupełnie nie miało sensu takie myślenie, jak bez sensu pomyślałam „co zrobiłam źle”, jak chłopak, bez słowa, dał znak, że mam iść przed nim w kierunku jego pokoju, jak to zrobiłam, w każdej chwili czując, że w następnej sekundzie dostanę kulę w plecy, w nogę, w głowę, jak wstydziłam się swojego wzroku w lustrze (kwitnący wygląd), jak moje myśli biegały tu i tam niczym stado spłoszonych myszy, jak nie odważyłam się krzyknąć, ale niezauważalnie zwolniłam, jak Adam, nadal bez słowa, ku mojemu zdziwieniu i niedowierzaniu mnie wyprzedził, podszedł do swojego łóżka, opuścił rękę, w której trzymał pistolet, jak wyjęłam broń z jego miękkiej dłoni, jakby to był patyk bez żadnego znaczenia, jak pomogłam mu ułożyć się na materacu, jak zrozumiałam, że śpi, choć z szeroko otwartymi, niemal martwymi oczami, jak przestraszyłam się po raz drugi i położyłam się obok niego na brzegu łóżka, żeby zamknął oczy, jak miałam nadzieję, że się uspokoi, kiedy z bijącym sercem czułam, że jego chude, chłodne chłopięce ciało obok mnie się odpręża, jak słyszałam, że równomiernie oddycha, i wykradłam się z łóżka, nie omieszkawszy częścią mojego ciała zażyć też jego bliskości, jak nieskończenie spokojnie wyglądał Adam, gdy się wymknęłam i milimetr po milimetrze obróciłam w zamku od zewnątrz klucz do jego pokoju, jak w kuchni płacząc ukryłam twarz w dłoniach, jak przedtem jego włosy kręciły się na czole i karku, jak byłam już pewna, że ma najwyżej dziesięć lat, a może dopiero tylko dziewięć – czegoś takiego się nie zapomina.
         Potem wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie, zmieniało się z godziny na godzinę. Podpowiada pamięć.
         Toczyło się bardzo wolno, ślamazarnie, podpowiada pamięć.
         Dni były do siebie podobne, zlewały się ze sobą, siedziało się, sprzątało trochę, podpowiada mi pamięć.
         Nowa osoba, która wślizgnęła się podczas jazdy pociągiem, rosła i rosła. Podpowiada kto?
         Cicho i wytrwale? Zrywami?
         Ciągle, podpowiadam pamięci.
         Leszek ciągle na uniwersytecie, prawie już nie przychodził do domu; wyglądało na to, że czuje się dobrze, w każdym razie lepiej niż w poprzednich latach. Grażyna natomiast opuszczała mieszkanie coraz rzadziej, a gotowała i piekła coraz więcej. Co trzy dni serwowała własnoręcznie robione pierogi, biały ser można było kupić w jednym z pierwszych sklepików za rogiem, grzyby, których prawie nie było albo tylko suszone, zastępowała cebulą i kapustą. W miarę jak przedłużał się nasz pobyt, kuchnia stawała się coraz bardziej kresowa, rano wkładało się do miski jedno ciasto drożdżowe, a wieczorem następne. Matka formowała z niego kulebiaki różnej wielkości, potem zanosiła parę Sobolewskim z trzeciego piętra tylko po to, żeby posiedzieć godzinę przy polskim piecu, który wymurowano pośrodku salonu. W najgorętsze lato w historii. Drożdżowe paszteciki nadziewała resztkami: mięso, ryby, ryż, warzywa, ugotowane na twardo jaja, mamuś wykazywała się prawdziwą pomysłowością i na wierzchu tworzyła z ciasta kraty, na których przy odrobinie trudu dało się rozpoznać wieżę lwowskiej katedry albo kontur gmachu opery, a później stała w kuchni i zjadała te dzieła sztuki sama, ponieważ ojciec i ja przystąpiliśmy do strajku kulebiakowego, Grażyna zaś robiła się od nich tylko grubsza i bardziej nieruchawa.
         Dodatki pochodziły z placu Grunwaldzkiego, „cudownej Kaiserstrasse”, jaką nazywał ją Leszek, czyli kilometrowego odcinka gruzów, o które zadbali sami hitlerowcy. Wiatr rozwiewał czerwony, wapienny, szary i czarny od sadzy pył, siedząca na ziemi kobieta z piersiami obciągniętymi z głodu jak długie nitki karmiła codziennie niemowlę. To tutaj, na szaberplacu, Adam i ja zdobywaliśmy, co trzeba, żeby utrzymać rodzinę.
         Zaczęliśmy od rzeczy z Paulinenstrasse. Najpierw opchnęliśmy orientalną z wyglądu popielniczkę z klepanego srebra, trzy filiżanki, talerze i spodki z białego serwisu KPM[2], żeby wypróbować, czy pójdzie droga niebiesko-złota porcelana serwantki w salonie. Kryształowy wazon i pościel, którą mieliśmy w nadmiarze. Wyszukałam sobie bezpieczne miejsce, a dziecko, które z powrotem miało być dzieckiem, chodziło plądrować mieszkania. Regularnie przyjeżdżały nowe transporty, wypędzeni z kresów, szukający pracy z centralnej Polski.
         Działaliśmy szybko i zwinnie. Skóra na naszych gardłach napinała się jak u głodnych ptaków.
         Moi rodzice o niczym nie wiedzieli, szaberplac nie był miejscem dla nich. Nie interesowało ich też, dlaczego Adam śpi w spiżarni, gdzie było tylko małe okienko, lufcik, który nie pozwalał księżycowi zaglądać do środka.
         W niektóre dni podwyższałam ceny co parę godzin, w inne chodziłam szabrować z Adamem. Czekała na nas nasza tajemnica, nasza cudowna jaskinia. Wyszczerbione resztki szyby frontowej, która miała kształt oka, sterczały w niebo. Przy wejściu i wyjściu rozbite gabloty ozdobione rzeźbionymi kwiatami w stylu secesyjnym, przecisnęliśmy się między potrzaskanymi belkami. Zgniecione regały, żywność i odzież pod stiukiem, który pospadał na ziemię. Szybko nauczyliśmy się poruszać w popękanych pomieszczeniach metrowej wysokości, wykorzystywać odrobinę światła wpadającego tu przez szczelinę w murze, tam przez dziurę w dachu. Kurz unosił się w każdym snopie światła. Trupy omijaliśmy, od dawna były puste.
         Budynek wydawał się kruchy i bliski zawalenia, każdy otwór, przez który wślizgiwaliśmy się do środka, niebezpieczny i wąski. Ale w ten sposób dom towarowy braci Barraschów należał do nas: z pogłosem, niesamowity, rozległy, zrujnowany. Spodziewaliśmy się wszystkiego, wrogów, bandytów, nawet zwłok, które wzdychając próbowałyby nas dosięgnąć. Nigdy byśmy się do tego przed sobą nie przyznali, ale trzymaliśmy się za ręce. W rurach bulgotało i stukało, wiatr gwizdał przez szczeliny w murze, jakby wokół niegdysiejszego królestwa luksusu tańczyła horda młodych diabłów z piekła rodem. Kiedy między zapierającymi nam oddech chmurami kurzu, niezdefiniowanymi zapachami i wydobywającymi się z ogromnych głębin bulgoczącymi odgłosami dostaliśmy się już do przyprawiających o halucynacje swą pustką i wielkością hal sklepowych, nasze oczy zaczynały szukać towarów, które można by ukraść; tylko nasze mięśnie sercowe i nogi nie zapominały o strachu i dygotały przy każdym odgłosie, jakby mieszkały w zajęczych ciałach.
         Punkt kulminacyjny naszego dnia, próba odwagi, słodka tajemnica. Na parterze pod zasypanymi cegłami i tynkiem stołami znaleźliśmy kolekcję damskich skórzanych rękawiczek w najlepszym gatunku. Porysowane sprzedawaliśmy taniej; takie, których nie dało się już uratować, cięliśmy na kawałki, a skórzane łatki rozdawaliśmy, żeby przyciągnąć klientów. Kolory były bajeczne, marzenie w świecie gruzów. A co dopiero mówić o miłej w dotyku trwałości zwierzęcej skóry. Także nas bolały ręce i oczy, kiedy odkryliśmy ten skarb, te wyroby kiedyś tak wspaniałego, cywilizowanego świata. Dla siebie zostawiłam parę rękawiczek w kolorze szafranowym, które obejmując z delikatną siłą pozwalały mi zapomnieć o szramach i bruzdach moich złodziejskich dłoni. Adam przycisnął wargi do mojej obleczonej w rękawiczkę prawicy i, choć byliśmy zakurzeni i zgrzani, wykonaliśmy kilka niezręcznych kroków tanecznych przez jęczący pod własnym ciężarem system jaskiń Barraschów, ich łuszczące się gniazdo os z drewna i betonu, opuszczone plastrowe królestwo roju szerszeni, które wyleciały na nowe wojny.
         Ostrożnie wypełzliśmy ze swoim łupem przez dziurę po wyrwanych cegłach na tylnej ścianie. Niemieckie kobiety i mężczyźni odgruzowywali tam ulicę. Białe plamy poruszały się przed naszymi oczami, musieliśmy je zmrużyć, ale ucieszyliśmy się: prawo, które zobowiązywało Niemców do noszenia jako wyróżnik białej opaski na ramieniu, działało cuda. Wyglądało to tak, jakby hitlerowcy wciąż na nowo chcieli się poddawać. Nad nimi błyskały na niebie łuny ognia, łeb mi pęka, lubił mawiać tatuś, głowę miał rozpaloną od przypisów, ja od ludzi, łupów i kurzu.
         W krótkim czasie pojawiła się plotka, że pod zniszczonym miastem leży drugi Wrocław składający się z tuneli i bunkrów wyposażonych w amunicję bojową, zapasy żywności i telefony. Kiedy Adam i ja usłyszeliśmy o tym na szaberplacu, uwierzyliśmy od razu: właśnie to tłukło się i bekało w rurach w Barraschu. W tunelach i kanałach Niemcy mieszkali jak szczury, wychodzili codziennie na górę tysiącami. I później widywało się niemal wyłącznie ludzi z białymi opaskami, przytłaczała nas sama ich przerażająca masa. Po tygodniu władze zniosły nakaz noszenia białych opasek i także ja odetchnęłam.
         Teraz wiedzieliśmy wyraźniej niż wcześniej, gdzie jesteśmy. Miasto szyderczo ukazywało swoją twarz: tabliczki z nazwami ulic po niemiecku; plakietki z nazwami firm na murach i bramach po niemiecku; tablice reklamowe po niemiecku; hasła reklamowe, nazwy zakładów, „Keller”, „Fluchtweg”, „Rauchen verboten”[3] po niemiecku; wagony kolejowe, autobusy, pokrywy studzienek kanalizacyjnych po niemiecku; plakietki Schlesische Feuerversicherung[4], gazowni i wodociągów, tablice pamiątkowe, napisy wyryte na pomnikach i kamieniach granicznych po niemiecku. Tak samo kasy i wagi, maszyny do pisania, segregatory na dokumenty, nagłówki listów i książki: po niemiecku. Nabraliśmy ich, ile wlezie, w mieszkaniu przy Paulinenstrasse zostawiliśmy tylko książki telefoniczne, dwa nieuszkodzone egzemplarze, wydrukowane niespełna pół roku temu, z orłem Rzeszy i ze swastyką: bezużyteczne już, bo po niemiecku.
         Niemieckiego uczyłam się na ulicy i w domu. Tatuś powiedział: Pójdziesz do pana Daidanka, bo w bibliotece uniwersyteckiej jest pełno niemieckich książek. Mamuśka: bo Niemcy wrócą. Poszłam więc do niego na górę, zaniosłam panu Daidankowi kulebiaki i herbatę, żeby mu zapłacić. Mieszkał za pomysłowo zamaskowanymi drzwiami na strychu i czasami milkł w środku wymyślonego właśnie niemieckiego zdania. Jego oczy rozpływały się, a skrzydełka nosa dygotały; kiedy potem dochodził z powrotem do siebie, bywał surowy. Chodziłam do niego, chodziłam chętnie, a powód tego był tak bardzo tajny, że pozostawał w ukryciu właściwie nawet przede mną.
         Ten powód był wysokim blondynem, o parę lat starszym ode mnie, poruszał się na dwóch mocnych nogach i uczył się u Daidanka polskiego. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam go na schodach – ja schodziłam, on wchodził, ze słońcem na twarzy, w ciemnobrązowych oczach – uśmiechnęłam się do niego. Zanim powzięłam jakąś myśl, moje usta i oczy wybiegły trochę przede mnie. I pobiegły do jasnowłosego ucznia Daidanka.
         Nasze mieszkanie zostało podzielone. Matka pozostała za drzwiami, ja zajęłam pozycję w klatce schodowej. Pod jakim pretekstem? Chciałam zdobyć kurę! Pobiegłam nawet na piętro do Sobolewskich z Kolumnyi, szczęśliwych posiadaczy kozy na balkonie. Powiedzieli, że kura potrzebuje kurnika i nożyc. Gospodyni, okrągła twarz, oczy duże jak guziki, roześmiała się, widząc moje zdziwienie. Bo inaczej odfrunie!
         Kaflowy piec prawie sięgał sufitu. Bez pieca nie było w domu środka. Tutaj się spało, tutaj człowiek się budził.
         Koza mieszkała na balkonie. W nocy słyszałam, jak beczy, teraz ją głaskaliśmy. Pani Sobolewska szepnęła do mnie, żebym spróbowała załatwić dwie kury. Jedna by zdechła. Bo tutaj straszy.
         - W domu?
         - I poza domem! Nawet za dnia. Niebieskie duchy.
         Przejechał pierwszy tramwaj. A razem z nim na drucie jechały duchy.
         Sąsiadka pokiwała głową. Koza pomoże. Będzie się wydzierać, gdyby hitlerowcy wracali!
         Roześmiałyśmy się. O tym, że koza będzie beczeć, byłam przekonana.
         Czy koza wydzierała się też, kiedy przychodził do Daidanka uczeń na lekcje polskiego?
         - No pewnie – odpowiedziała pani Sobolewska i dała mi sześć kawałków sernika dla Grażyny.
         Następnego dnia Adam załatwił dwie kury i stare, wyprostowane gwoździe. Powiedział, że w suchym basenie fontanny przy Matthiasplatz stoi rosyjski czołg, udekorowany goździkami na cześć zwycięstwa.
         Zajadając jabłko, siedziałam między pierwszym i drugim piętrem. Południowe słońce wpadało przez gwiazdy i kwiaty między schodami, jego promienie łaskotały mnie po gołych łydkach, igrały na mojej niebieskiej spódnicy drukowanej w zielone punkciki. Spódnicy z mieszkania Schönfliesserów. Nie wiedziałam, że mogę pragnąć czegoś tak mocno, w sposób tak niecierpiący zwłoki, że robiło się od tego gorąco w piersi i nie pozostawało już miejsca na nic innego.
         Koza beczała, jakby cała horda niebieskich duchów pląsała po jej elektryzującej się sierści, która lśniła w słońcu białym blaskiem.
         Była mądrzejsza, niż się wydawało.
         To on schodził po schodach.
         - Chciałbym powiedzieć coś więcej – przemówił po polsku – ale nie wiem, jak ile co.
         - Ja tak nie rozumiem – odpowiedziałam po niemiecku.
         Przetłumaczył to na polski. W jego twarzy było coś miękkiego, a także coś twardego. Światła i klatka schodowa przekrzywiły się.
         „Nazywam się”, tego zawsze uczą najpierw. A potem „pochodzę z…”
         - Rozumiesz mnie? – zapytał.
         Nasza rozmowa trwała chwilę, która wydała mi się zbyt krótka. Niemiec odszedł. Jego granatowe spodnie były mocno znoszone, przetarte na kolanach. Miał na sobie koszulę, która kiedyś była biała, długie rękawy podwinął. Wzdłuż obu łokci ciągnęły się głębokie blizny.
 
 
Mamuśka, niespełna czterdziestoletnia i wciąż jeszcze piękna, coraz bardziej przypominała smutnego osła. We Lwowie często brano nas za siostry, we Wrocławiu nikomu już nie przychodziło to do głowy. Z szybko siwiejącymi włosami zaczesanymi gładko i niedbale po bokach siedziała w naszym poniemieckim fotelu z wysokim oparciem, mówiła do mnie „Halinko” i głaskała mnie po policzku, trzymając w drugiej ręce różaniec. Ja próbowałam zainteresować ją nowym miastem – ona prosiła mnie, żebym z nią zostawała, i opowiadała mi, że meble Schönfliesserów wprawdzie stoją co noc nieruchomo na deskach podłogi i na parkietach, ale jęczą. Ona to słyszy wyraźnie, modli się i słyszy, nie śpi i się boi, że uchodzimy tutaj za zbędnych i obcych, to nie może też być sprawiedliwe, „namiastka”, w której żyjemy, nie jest niewinna, siedzą tu u nas Niemcy, jakbyśmy ich adoptowali, ona modli się także za nich, przykro jej z jakiegoś powodu, którego nie potrafi pojąć ani wyjaśnić, ksiądz zresztą też nie rozumie, co to takiego.
         - Karl, Mariella i Annegret. – Wyszeptała, natężyła głos, zawołała: - Karl, Mariella i Annegret! – i ku mojemu przerażeniu zaczęła płakać.
         Annegret Schönfliesser, ochrzczona w maju 1942 roku, oglądaliśmy jej zdjęcia, Annegret na kolanach u matki, Annegret w wieku dwóch lat, z dużą białą kokardą we włosach. Ojciec w mundurze, ojciec po cywilnemu. W futrynie drzwi kuchennych tkwiły haki od dziecięcej huśtawki. Nazwisko „Schönfliesser” matka wymawiała już całkiem płynnie. Jacy szczupli byli małżonkowie na zdjęciu z lata 1944 roku, kiedy przytulali się do siebie w kącie podwórza, tam gdzie stały teraz pojemniki na śmieci. A jacy młodzi i krągłolicy uśmiechali się dziesięć lat wcześniej, na fotografii ślubnej. Wszystko było widoczne, wszystko jak u nas. Nasze albumy z wyjątkiem jednego zostały we Lwowie. Przeglądali je inni ludzie. Czy je wyrzucili? Czy śmiali się z nas? Nam śmiech uwiązł w gardle.
         Jedliśmy z naczyń Schönfliesserów z wzorami w kształcie łusek i pnączy, leżeliśmy na białych prześcieradłach Schönfliesserów z niebieskim monogramem, opleceni marzeniami Schönfliesserów o szczęśliwym schönfliesserskim życiu w postaci, w jakiej oni wymyślili sobie owo życie.
         Świece Schönfliesserów paliły się dla nas.
         Chusteczki Schönfliesserów równo ułożone leżały w naszej komodzie, która była dawniej komodą Schönfliesserów. Matka wysmarkała nos w jedną z nich.
         - Karl, Mariella i Annegret.
         Schönfliesserowie byli wrogiem.
         Wróg wyglądał dziwnie. Jak człowiek.
         Matka wyglądała obco. Jakby nawiedził ją wielki cudzoziemski smutek.
         Także ja czułam coś z tego. Miasto Lwów wraz z naszym wyjazdem umarło – dla nas. Teraz, zaledwie kilka tygodni później, zaczęło się jego drugie umieranie. Nie chcieliśmy już tego zewnętrznego, wewnętrzne odbywało się w nas samych, całkowicie bez udziału osób trzecich, niepowstrzymanie i wbrew naszej woli.
         Ulice i domy Lwowa bladły. Było tak jak z czyjąś ukochaną twarzą: rozpoznałoby się ją wśród tysięcy innych, nigdy się jej nie zapominało. Ale czy dało się ją opisać? Jakie drzwi wejściowe miał sąsiedni dom, jaki kolor trzeci przy ulicy po lewej stronie? Ten na rogu był zielony, matka mówiła, że żółty.
         Natomiast twarze Schönfliesserów spoglądały na nas ostrym, kłującym wzrokiem. Niemieckie ściany otaczały nas surowo i zimno i emanowały, matka miała rację, pewną wrogością.
         Co rano po przebudzeniu robiłam obchód mieszkania, jakbym musiała stwierdzić stan ducha jego nowych lokatorów. Byłam wściekła, wściekła na wszystkich, którzy nam to zrobili, a teraz w dodatku ukradli mi matkę, choć ta siedziała żywa obok mnie. Kiedy mamuśka znów oglądała zdjęcia Schönfliesserów, wyrwałam jej album z rąk, po czym przedarłam otwartą kartę, padło na niewinną Annegret, która nie była niewinna, tutaj nikt nie był niewinny, „niewinny” było zbombardowaną kategorią, i potrząsnęłam Grażyną, wściekła również na nią, ale ona rozpłakała się tylko jak małe dziecko, którym nie powinno się potrząsać.
         Zrobiła się z niej miękka, rozlazła kobieta.
         Wiedziałam o innych, które były do niej podobne. Siedzieliśmy w jednym garnku, który nazywał się Bresław, biegaliśmy w nim jak myszy, ponad brzegiem naczynia ze wszystkich stron zaglądali do środka Rosjanie. Zaczęłam się wstydzić stanu, w jakim znajdowała się matka, kiedy ją spotykałam, a kiedy nie chciałam się jej wstydzić, brzydziłam się nią. Bałam się, że sama stanę się taka, może dlatego tak wiele wysiadywałam na schodach, tak mnie od niej odrzucało.
         Lustro w łazience pokazało mi, że moja twarz wygląda bardziej stanowczo niż przed kilkoma tygodniami. Co czuła ta, do której należała, nie wiedział nikt. Nawet ona sama, jak inni, musiała się domyślać na podstawie tego, co robi.
         Ojciec zapuścił brodę w stylu Heinricha Schliemanna. On żył w Troi, matka we Lwowie. Ona mówiła o trzeciej wojnie światowej, że odeślą nas do domu, grzać kości przy piecu, już wkrótce. Leszek miał tę przewagę, że jego miasto było jeszcze bardziej umarłe niż miasto Grażyny.
         Mieliśmy koniec czerwca. Czekałam w klatce schodowej na kogoś, o kim nie wiedziałam, kim jest. W ciągu niewielu tygodni straciłam oboje rodziców.
 
 

[1] obecnie Plac Świętego Macieja
[2] Königliche Porzellan-Manufaktur – Królewska Manufaktura Porcelany (w Berlinie).
[3] Kolejno: „piwnica”, „droga ewakuacyjna”, „palenie wzbronione” (przyp. tłum.)
[4] Śląskie Towarzystwo Ubezpieczeń od Ognia (przyp. tłum.)