O co chodzi z... nowym rządem Niemiec?
Wielka koalicja 3, Merkel 4 – i co dalej?

Angela Merkel w obliczu konieczności stworzenia koalicji
Angela Merkel w obliczu konieczności stworzenia koalicji | Źródło: pixabay © wir_sind_klein, Creative Commons CC0

Po długich negocjacjach Niemcy mają nowy rząd. O tym, dlaczego Angela Merkel w swojej kolejnej kadencji może nie dokonać już żadnego wielkiego osiągnięcia i o tym, kto mógłby w przyszłości zastąpić ją na stanowisku kanclerza pisze dyrektor Instytutu Christoph Bartmann.
 

Na wypadek, gdyby ktoś jeszcze nie zauważył: od zeszłego tygodnia Niemcy znów mają rząd (po pięciu miesiącach żmudnych negocjacji). Znowu w postaci wielkiej koalicji, chociaż tak naprawdę nikt się do wielkiej koalcji specjalnie nie palił – najmniej SPD, która po latach ciągłego współrządzenia i nieustannego przegrywania na rzecz Merkel niemal zupełnie straciła wiarę w siebie. W pierwszej chwili widok nowego rządu wywołuje w obserwatorze intensywne doznanie déjà vu. Z drugiej strony, jest w nim przecież paru młodszych, ciekawych ministrów, więcej kobiet (ale, z jakichś powodów, mniej osób z Niemiec wschodnich). Jakoś to będzie z tym rządzeniem, pod warunkiem, że nie będziemy za bardzo śrubować oczekiwań. Rozwiązanie wszystkich zagadek i problemów świata, o które już zdążyli się upomnieć niektórzy komentatorzy, nie będzie dane również gabinetowi Merkel numer 4. Lecz cóż,  przynajmniej znowu mamy w Niemczech rząd – na którego uformowanie z niecierpliwością czekała już cała Europa, na czele z Francją. Alternatywy wobec wielkiej koalicji były zresztą dość przewidywalne. „Jamajka“, koalicja czarno-żółto-zielona, złożona z chrześcijańskich demokratów, liberałów i zielonych rozleciała się już na etapie negocjacji. Na koalicję czarno-zielonych, na którą liczyła spora część społeczeństwa, nie pozwalała zwykła matematyka. Jeszcze mniejsze szanse miał rząd lewicowy (wcześniej była mowa o „froncie ludowym“) złożony z SPD, Zielonych i Lewicy (Die Linke). Pozostałe opcje były jeszcze mniej prawdopodobne, ponieważ dla prawicowej Alternatywy dla Niemiec (Alternative für Deutschland, w skrócie AfD) i Lewicy tworzenie wspólnego rządu w ogóle nie wchodziło w grę.

Do 2021 r. wszystko zostanie pewnie w tym kształcie, jaki znamy z dotychczasowych, już prawie trzynastu lat piastowania przez Angelę Merkel urzędu kanclerza. To, czy uznamy tę wiadomość za dobrą czy złą (opozycja ostrzega przed „stagnacją“), zależy od zapatrywań. Merkel zawsze chwalono za jej pewność i wiarygodność, jeszcze nim rządy nad światem objęli przywódcy autorytarni. Teraz mnożą się głosy, które napominają, że pewność i wiarygodność to waluta niewystarczająca w coraz bardziej niepewnym świecie. Czy świat w ogóle jeszcze słyszy, gdy Angela Merkel przywołuje go do porządku? Ostatnia (jak można przypuszczać) kadencja kanclerz Merkel prawdopodobnie nie przysporzy jej dodatkowej sławy jako spokojnej, wyważonej siły w polityce światowej. W pojedynkę i tak nie uda się jej dokonać już niczego wielkiego, musi działać raczej w porozumieniu z Emmanuelem Macronem, tworząc nową niemiecko-francuską koalicję. Jeszcze nie wiadomo, jak taka koalicja miałaby wyglądać, i czy Niemcy dążą do realizacji tych samych interesów co Francja. Jedno jest jednak pewne: bez Merkel wszystko będzie jeszcze trudniejsze niż jest.

Mimo to już od dawna partie i politycy ścigają się o miejsce, które zwolni Merkel. Era post-Merkel będzie różniła się od obecnej tym, że zabraknie kanclerza znanego wszystkim i przez wielu cenionego, takiego, któremu w dniu wyborów przyda się bonus powszechnego zaufania. Ten, kto chce zostać nowym kanclerzem, nadal będzie potrzebował 30 procent plus X dla swojej partii. To może się udać, w zależności od sytuacji, tylko partii CDU, lecz o jakiej CDU mowa? O partii ludowej, która, jak chciałoby wielu, wróci na swoje dawne pozycje, by zdobyć dla siebie elektorat AfD? Czy o takiej CDU, która, wzorem Merkel, będzie zbierać głosy również w obozie lewicowo-liberalnym, przyczyniając się do ruiny partii socjaldemokratycznej? I co zrobi SPD, by jeszcze kiedyś wygrać wybory? Kurs na lewo już obrali inni, przede wszystkim sama Lewica. I czyż SPD nie święciła sukcesów zawsze wtedy, gdy zdobywała elektorat centrowy, tak jak swojego czasu Gerhard Schröder? Mobilizacja panuje również w szeregach innych partii – Zielonych, FDP i AfD – gdy zabraknie Merkel, przekonujący kandydaci mogą liczyć na jakieś 20 procent poparcia, co prawda nie wszyscy, tylko jeden, kosztem innych. Dziś można sądzić, że następne wybory wygra ten, kto w wiarygodny sposób będzie uosabiał program centrum. Do zwrotu na lewo brakuje silnych motywów: do 2021 roku nie pokonamy kapitalizmu, poza tym z punktu widzenia gospodarczego większości wiedzie się akurat całkiem dobrze. Trudno się również spodziewać ostrego zwrotu na prawo, „rewolucji konserwatywnej“ (jakiej domagał się już jeden z członków CSU), chyba że 87 procent społeczeństwa, które nie wybrało AfD, nagle zapragnie czegoś zupełnie innego. Wyborców gnębi zapewne wiele trosk politycznych, czy to strach przed racjonalizacją zatrudnienia przez sztuczną inteligencję, która pozbawi ich pracy, czy to zmiany klimatyczne, bezpieczeństwo wewnętrzne, Trump, Putin, Erdogan i tak dalej; nie wierzą jednak, że trosk tych ubędzie za sprawą gwałtownej zmiany niemieckiego kursu politycznego. Prawdopodobnie wiele partii ogłosi wkrótce taki czy inny „przełom“. W rzeczywistości jednak nastrój jest daleki od przełomowego, zarówno w Niemczech, jak i gdzie indziej. Co najwyżej możemy zaobserwować przełomy negatywne – na przykład, gdy podczas serii wizyt w Europie Steve Bannon nawołuje do zniszczenia demokracji liberalnej. W takim układzie wyjdzie nam chyba na dobre, jeśli nie pojawi się żaden głosiciel przełomu, który pod tym pojęciem rozumie zwykłą „dysrupcję“ świata w znanej nam postaci. Na rok 2021 i lata późniejsze trzeba sobie pewnie życzyć, by przyszły kanclerz Niemiec nie różnił się zbytnio od Angeli Merkel, nawet jeśli będzie pochodził z innej partii i dążył do zrealizowania odmiennych celów politycznych. W świecie mniej lub bardziej błędnie ukierunkowanych ekstremizmów „centrowość“ jest siłą, z jakiej obecnie raczej nie chcielibyśmy zrezygnować.