Niemcy uczący się polskiego
Źdźbło w Szczebrzeszynie

Polka Dot. Szkoła języka polskiego w Berlinie. Plakaty autorstwa Ryszarda Kai
Polka Dot. Szkoła języka polskiego w Berlinie. Plakaty autorstwa Ryszarda Kai | Foto: Agnieszka Wójcińska

Chcą odnaleźć polską cząstkę swojej tożsamości albo poćwiczyć głowę. Powodów, dla których Niemcy uczą się polskiego, jest wiele i bywają zaskakujące.
 

Agnieszka Wójcińska

Philipp zgubił język polski jako chłopiec, a odnalazł w wieku 20 lat dzięki… bezdomnym Polakom z Dworca Zoo. W Bahnhof Mission, dworcowej misji pracuje już dwa lata, z początku jako wolontariusz, teraz na etat. Tak się wciągnął, że od tego roku zaczął niemiecko-polskie studia na kierunku pomoc społeczna (praktyki odbędzie w Gorzowie). - Misja to często ostatni krok przed więzieniem albo śmiercią. Mamy tu beznadziejne sytuacje i osoby, którym nie pomaga już nikt - opowiada. - Na przykład taki Paweł, tak go nazwijmy, w Berlinie mieszka prawie tak długo, jak ja żyję na świecie. Ma koło pięćdziesiątki. Pracował na budowach, zawsze na czarno, nigdy nie nauczył się języka. Miał tu żonę, ale zmarła, więc zaczął pić. Stracił pracę, mieszkanie, kontakty, do tego w Polsce też już nic nie ma. W Berlinie żyje na ulicy, z rakiem, ale bez ubezpieczenia, więc na leczenie nie ma szans. Siedzi przed misją, karmimy go, rozmawiamy. Więcej zrobić nie możemy. Są też Marcin, Damian, Piotrek, młodzi, po 20-30 lat, po domach dziecka albo wychowani w patologicznych rodzinach. Do Berlina przyjechali, by łatwiej żyć, choćby ze sprzedaży pozbieranych na ulicy butelek, piją albo biorą narkotyki, często mają psychiczne problemy, bywają agresywni. Żaden nie mówi po niemiecku. Do misji trafiają też oczywiście bezdomni Niemcy, Turcy, Ukraińcy czy Rosjanie. Ale ja chciałbym skupić się na Polakach. Moim marzeniem jest pomagać im w powrotach do kraju, gdzie mogliby otrzymać większą pomoc, bo tu na detoks czy leczenie w ramach socjalu nie mają szans.

Philipp
Philipp | Foto: Agnieszka Wójcińska
Philipp coraz bardziej chciał rozmawiać z nimi po polsku. - Czułem, że mam w głowie dużo polskich słów, ale one były gdzieś schowane. Próbowałem nawet czytać polskie gazety, trochę pisać. Szło ciężko - opowiada. Więc wstukał w Google’a „nauka polskiego” i wyskoczyła mu szkoła Polka Dot. Tak poznał Joannę.

Podstawy miał, bo jako dziecko rozmawiał w tym języku z mamą. Urodziła się w Polsce, w małej wiosce na Pomorzu Szczecińskim i tam Philipp jako chłopiec spędzał każde wakacje. Wspomnienia ma tylko dobre: wolność, gdy ganiał po okolicy, zapach koperku, którym babcia posypywała ziemniaki i smak jej schabowego. Tata, Niemiec z Turyngii, sympatię do kraju przyszłej żony żywił od kiedy w 1989 roku uciekał przez Warszawę z NRD (parę miesięcy przed upadkiem muru berlińskiego). Poznali się w Berlinie i tam przyszedł na świat ich syn. Gdy Philipp poszedł do przedszkola, a potem szkoły, kontakt z polskim zaczął tracić. Z kolegami czy nauczycielami mówił po niemiecku. Mama też szybko nauczyła się tego języka – gdy przyjechała do Berlina na początku lat 90. miała prosty plan – wtopić się w nowe otoczenie i w żadnym przypadku nie trzymać się tutejszej Polonii. Dziś ma niemieckie obywatelstwo, a polski trochę pozapominała. Teraz cieszy się, że nadrobi to z synem.

„Owszem” to ulubione słowo Philippa. - Formalne, ale miłe. - mówi - Lubię też „aczkolwiek” i „natomiast”, tylko nie zawsze wiem, jak użyć ich w zdaniu. Ale to się zmieni - dodaje. Siedzi teraz przede mną w kawiarni w dzielnicy Steglitz, w której mieszka, popija cappuccino i opowiada podekscytowany, że właśnie skończył czytać pierwszą książkę po polsku – My. Super imigranci Emilii Smechowski, Polki, której rodzice wyjechali do Niemiec pod koniec lat 80. I – tak jak jego mama – koniecznie chcieli się w nowym kraju zintegrować. Philipp ma 22 lata (wygląda na więcej) i wygląd rasowego berlińskiego hipstera – gęsta czarna broda, zielony golf z miękkiej wełny, do tego turkusowa marynarka i czerwone oprawki okularów, do których dobrał buty w tym samym kolorze. W ciągu dnia pracuje w lokalnej winiarni i kawiarni (w misji ma nocną zmianę) – żeby dać odpocząć głowie. Elokwentny, dużo się uśmiecha. Zanim trafił do pracy z bezdomnymi, skończył szkołę zawodową dla sprzedawców samochodów, ale czegoś mu brakowało. Jakiegoś sensu. A może i polskiej cząstki siebie?

Hans Dieter. Polacy, pokażcie się

Hans Dieter zaczął mówić po polsku przez kłopoty z sercem i podwyższony cholesterol. Czuł się źle, więc gdy usłyszał diagnozę, a lekarz zalecił zmianę diety i ćwiczenia, od razu wziął się za siebie. Wiedział, że nie ma żartów, bo sam jest medykiem, patologiem, ale nie takim od umarłych, tylko od zmienionych rakiem tkanek. Specjalizuje się w węzłach chłonnych i chorobach krwi. To na podstawie jego diagnoz pacjenci są kierowani na odpowiednie terapie. Dla zdrowia poszedł ćwiczyć na siłowni i trafił na Macieja – trenera, byłego zawodowego piłkarza z Polski. Hans Dieter pomyślał, że chciałby rozumieć, co mówi po swojemu. Zawsze był ciekawy, lubił się uczyć nowych rzeczy i języków. 

Najpierw znalazł szkołę, potem tandem. Każdej soboty o 10 rano Hans Dieter odpala Skype’a i łączy się z Tomaszem, informatykiem z Warszawy. Przez godzinę rozmawiają po polsku, a potem po niemiecku o życiu, rodzinie, sytuacji w obu krajach. Pokazuje mi na telefonie aplikację TandemPartner. Pomaga ona ludziom różnych narodowości łączyć się w pary, które nawzajem uczą się języka. Hans Dieter miał już dwa tandemy z Polakami – z opiekunką starszych osób, która pracowała w Zachodnich Niemczech i młodym chłopakiem z Zabrza, który jeździł na tirach, ale urwał im się kontakt. Z Tomaszem są sobie wierni od dwóch lat.
Hans Dieter
Hans Dieter | Foto: Agnieszka Wójcińska

Hans Dieter uważa, że mówienie i słuchanie ze zrozumieniem to podstawa nauki. Co tydzień ma na Skypie konwersacje z Joanną, która uczy polskiego w szkole Polka Dot. Puszcza też sobie podcasty z strony realpolish.pl i wykłady ze szkoły psychologii SWPS na YouTube. - O bliskości i samotności, o erotycznych fantazjach Polaków i problemach psychicznych nastolatków - opowiada - Interesuję się psychologią, więc mam motywację. Są bardzo ciekawe, ale trudne. Na szczęście niektóre mają napisy. Jego metoda najwyraźniej skutkuje. Uczy się 2,5 roku, a mówi świetnie, czasem tylko chwilę zastanawia się na jakimś liczebnikiem czy właściwym przypadkiem.

Poza tym naturalnie rozmawia w czasie treningów z Maciejem. - Czyli mam w jednym sport i naukę języków, to bardzo dobrze dla głowy, zachowania formy, szczególnie w moim wieku - uśmiecha się pięćdziesięcioośmiolatek. - Rozumiem już prawie wszystko, ale on specjalnie mówi wolno. Bo polski ma bardzo trudne słowa, mnóstwo słów. No i odmianę rzeczowników, tryb dokonany i niedokonany. Ale to nie szkodzi, bo jest piękny. A ja mam czas - dodaje i popija piwo Beck’s z małej butelki.

Siedzimy przy stoliku na zewnątrz knajpki na Kreuzbergu. Hans wybrał to miejsce, bo blisko stąd do mieszkania, w którym mieszka z mężem Bruno, emerytowanym urzędnikiem. Szczupły, ubrany w seledynową sportową kurtkę, w drucianych okularach. W kącikach oczu cały czas czai się uśmiech.

- Zdradzę ci moje marzenie - mówi - Chcę przeczytać waszą noblistkę Olgę Tokarczuk w oryginale. Wiem, że to nie lada wyzwanie. Na razie zgłębiam po polsku historię waszych malarzy, którą dała mi Joanna, bo historia sztuki też bardzo mnie interesuje. Czytam też onet.pl, bo w naszych gazetach niewiele jest o waszym kraju. Poznaję go coraz lepiej dzień po dniu. Urodziłem się w Stuttgarcie, do Berlina trafiłem kilka miesięcy przed upadkiem muru. Polska była dla mnie w innej części świata, za żelazną kurtyną, blisko Rosji. Nie miałem o niej pojęcia.

I dodaje: - Smutne, że wciąż tak mało jest kontaktów pomiędzy Polakami a Niemcami. A przecież warto się spotkać, poznać. W Niemczech jest mnóstwo przesądów o Polakach. Wy też takie o nas macie? - Zamyśla się na chwilę - Powiem ci jeszcze jedno. Od kiedy uczę się polskiego odkryłem, że wokół mnie byli Polacy, tylko się z tym kryli. Miałem na uniwersytecie kolegę - nie wiedziałem, że jest z waszego kraju, nie mówił o tym, potem pracowałem z pewną hematolożką - też się nie przyznawała, że jest z Polski. Teraz to się zmienia, nabieracie pewności siebie. Byłoby dobrze, gdyby Polacy w Niemczech byli bardziej widoczni.

Kołobrzeg i Szczebrzeszyn

- Hans Dieter należy do tych starszych studentów, którzy uczą się języków obcych, by ćwiczyć głowę. To dla nich rodzaj hobby - mówi Joanna Kulas, założycielka Polka Dot. Sprachschule für Polnisch in Berlin (berlińskiej szkoły języka polskiego). - Gdy tutaj zamieszkałam, byłam zdziwiona, jak bardzo uporządkowane jest życie Niemców. Poszczególne obszary są wydzielone, bardzo ważny jest etos pracy, rodzina, ale każdy Niemiec ma też hobby, na które przeznacza określoną liczbę godzin w tygodniu i oddaje mu się konsekwentnie przez lata. Najczęściej to sport, ogrodnictwo, kultura, na przykład teatr albo nauka języka obcego właśnie.
Szkoła Polka Dot. Zajęcia grupy na poziomie C1
Szkoła Polka Dot. Zajęcia grupy na poziomie C1 | Foto: Agnieszka Wójcińska

Polka Dot mieści się w kamienicy na Kreuzbergu, niedaleko Oranienplatz. Siedzibę ma w tak zwanym Erdgeschossladen, co można przetłumaczyć jako „sklep na parterze”. W witrynach wiszą znane plakaty polskich miast, autorstwa Ryszarda Kai, podobnie w środku: Gdynia, Słupsk, Warszawa, Sopot i te, których nazwy najtrudniej wymówić studentom – Szczebrzeszyn czy Kołobrzeg. Gdy pchnąć przeszklone drzwi w niebieskich ramach, które lekko skrzypią przy otwieraniu, wewnątrz znajdziemy dwa pokoje, w których odbywają się lekcje, niewielką kuchnię ze zlewem i elektrycznym czajnikiem, gdzie uczniowie mogą zrobić sobie herbatę, oraz łazienkę. Za chwilę zacznie się tu kurs C1. Czyli zaawansowani. Zjawiają się po kolei, a wchodząc mówią: „cześć”.

Gdy zasiądą przy stole, Joanna zapyta ich, jak spędzili weekend. Niklas był na weselu i świętował urodziny z bratem bliźniakiem, Maria, z pochodzenia Rosjanka, właśnie wróciła z wakacji w Turcji, Steffen z przyjaciółmi spędził weekend w Moskwie, Ola spała i czytała, a Martin z przyjacielem Polakiem wspinali się w skałkach w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Później Joanna poprowadzi dyskusję o gazociągu Nord Stream 2. Studenci wynotują, co znaczy: „utknąć w martwym punkcie” i „pokrzyżować plany”. Potem będą ćwiczenia gramatyczne. Naturalnie wszystko po polsku. Ci z C1 mówią bardzo dobrze. Zresztą zasadą szkoły są zajęcia w całości prowadzone po polsku, nawet dla początkujących. Zaś prowadzący wchodzą w bardzo osobisty kontakt z każdym uczniem, bo grupy liczą nie więcej niż pięć-sześć osób. 

Ze szkołą to był trochę przypadek. Joanna, która pochodzi z Gdyni, studiowała w Warszawie polonistykę i kulturoznawstwo. Po trzech latach wyjechała na stypendium do Berlina. Magisterkę napisała już tam. Był 2012 rok, niedługo wcześniej polsko-niemiecka para, Nina i Marcin, otworzyła na Neukölln dwujęzyczną księgarnię Buch Bund. Pierwszą w tym mieście, która sprzedawała polskie książki i organizowała spotkania o nich. Księgarnia stała się punktem kontaktowym dla osób zainteresowanych polską literaturą i tematyką, także Niemców. Pytanie, o to, gdzie można uczyć się polskiego, wracało jak bumerang. Marcin zaproponował, by lekcje poprowadziła Joanna. Pierwsze odbywały się w jego księgarni. Przy jednym stole siadały osoby zupełnie początkujące i te bardziej zaawansowane (bo na przykład miały polskie korzenie). Chętnych było coraz więcej i więcej. W końcu Joanna postanowiła wynająć na szkołę specjalny lokal. Dziś adresy ma już dwa, pojedyncze kursy prowadzone są też wciąż w księgarni.
Joanna, założycielka szkoły Polka Dot
Joanna, założycielka szkoły Polka Dot | Foto: Agnieszka Wójcińska

- Zupełnie mnie nie zaskoczyło, że Niemcy, a także inni cudzoziemcy, którzy do nas trafiają, chcą się uczyć polskiego - mówi Joanna. Dla niej nauka języków obcych jest naturalna od dziecka. Najpierw był angielski, potem szwedzki, rosyjski, hiszpański i włoski. Urlopy od dawna spędza w różnych miastach Europy, gdzie idzie na intensywny kurs lokalnego języka. - Znaczenie dziwniejsze wydawało mi się, że jest tak mało kursów polskiego, choć to tylko 80 kilometrów od granicy. Zresztą do dziś nie mamy szczególnej konkurencji - dodaje właścicielka Polka Dot. Polskiego można uczyć się na uniwersytecie, ale tylko do mało zaawansowanego poziomu A2 oraz na Uniwersytetach Ludowych, tutejszym odpowiedniku polskich Uniwersytetów Trzeciego Wieku, lecz tam nigdy nie wiadomo, czy trafi się na dobrego nauczyciela. Albo zostają prywatne lekcje. - Szkoła, która koncentruje się tylko na polskim jest chyba tylko jeszcze jedna, prowadzi ją we Frankfurcie nad Menem inna Polka - mówi Joanna. - Nazywa się Sprachschule für Polnisch. W większych miastach są też Polnischer Stammtisch dla osób, które chciałyby uczyć się polskiego – regularne spotkania. I tyle.

Nie tylko dla dziewczyny

- Niemcy to idealni uczestnicy kursów językowych - opowiada Joanna - Mają silną motywację, są systematyczni, a nauczycieli darzą ogromnym szacunkiem. Moi studenci, choć przychodzą do szkoły po całym dniu pracy, bo kursy odbywają się po południu i wieczorem, są pełni dobrej energii i bardzo otwarci.

Może dlatego uwielbia prowadzić zajęcia, a dla pracy w Polka Dot zrezygnowała z powrotu do Warszawy, choć zostawiła tam przyjaciół i życie, które zbudowała podczas studiów.

- Bardzo interesuje ich gramatyka - dodaje Hubert, Polak ożeniony z Niemką, jeden z nauczycieli. - Są tropicielami nieregularności, zapamiętują te wszystkie „ą” przechodzące w „ę” przy odmianie i udźwięcznienia.

- Trudno oswoić ucho studenta ze współczesnym polskim - ciągnie Joanna. - My Polacy mówimy szybko, z monotonnym akcentem, bez przerw artykulacyjnych między wyrazami, więc Niemcom rozumienie ze słuchu nie przychodzi łatwo. Specjalnie dla studentów musiałam nauczyć się akcentować wymową, gdzie jedno słowo się kończy, a drugie zaczyna. Nawet potrafię to już dostosować do poszczególnych poziomów kursów.
Polka Dot. Szkoła języka polskiego w Berlinie
Polka Dot. Szkoła języka polskiego w Berlinie | Foto: Agnieszka Wójcińska
Dlaczego wybrali polski? Nie tylko z powodu partnera czy partnerki z tego kraju, choć to oczywiście znaczące grono wśród studentów. Na przykład Hubert ma w jednej z grup czterech mężczyzn koło trzydziestki: dwóch z nich uczy się dla dziewczyn Polek, jeden dla polskiej żony, a jeden zaczął, bo jego była narzeczona pochodziła z Polski i tak się wciągnął, że robi to nadal. - A motywacja jeszcze wzrasta, jeśli para ma albo planuje dzieci i chce, żeby były dwujęzyczne. Wówczas nie ma sensu, żeby jeden rodzic był wyłączony z części rozmów. - tłumaczy Hubert.

- Całkiem sporo mam też studentów, którzy mają polskie korzenie, jak Philipp, którego poznałaś. Niektórzy urodzili się tutaj, inni przyjechali jako dzieci, jak Ola z C1, łączy ich to, że to niemiecki jest dla nich głównym językiem - dodaje Joanna.

Ale powodów, dla którego Niemcy chcą się uczyć polskiego jest znacznie więcej. W kursach, które Joanna prowadzi w firmach i organizacjach, uczestniczą pracownicy polsko-niemieckich NGOsów, ludzie mający w Polsce biznes albo tacy, u których w pracy przeważają osoby polskojęzyczne. Na przykład Dieter, właściciel firmy, która robi schody i zatrudnia praktycznie samych Polaków, bo u nas są świetni stolarze. Czy Hans, manager w firmie logistycznej, gdzie wszyscy kierowcy są z Polski.

Wśród studentów indywidualnych są starsze osoby, których przodkowie mieszkali na ziemiach obecnie polskich – Śląsku czy Mazurach. Uczą się, żeby nawiązać kontakt z krewnymi, którzy wciąż tam żyją. Pewnego razu właścicielka Polka Dot miała parę uczniów, którzy chcieli móc porozmawiać z polską rodziną, która zamieszkała w ich domu. A niedawno jeden pan przed sześćdziesiątką, po czterech latach nauki, otworzył się i powiedział Joannie, że jego ojciec był nazistą. Przyszedł do szkoły, żeby lepiej poznać Polskę i Polaków, odkupić przeszłość. Studenci, którzy czują, że mają wobec naszego kraju swego rodzaju dług, to wcale nie rzadkość.

Christian. Pastor i ksiądz

Jeden siedzi właśnie przede mną w restauracji „Vapiano” na Alexanderplatz i powtarza z lubością swoje ulubione polskie słowo: „przyjemność”. Długo ćwiczył, żeby wypowiedzieć je jak należy – by „ś” i „ć” wybrzmiały. Lubi też „oczywiście”, „jednocześnie” i „źdźbło” – w niemieckim nie ma tak pięknie szeleszczących słów. Bardzo mu się ta miękkość języka podoba. Drobny, lekko szpakowaty, ubrany w granatową bluzę i proste beżowe spodnie Christian jest pastorem w pięćdziesięciotysięcznym Wriezen, 20 kilometrów od polskiej granicy. Ma 57 lat. I nie, żaden z jego przodków nie był nazistą, a wśród jego parafian nie ma osób z Polski. Ale czuje, że jest nam coś winien – z powodu historii, tego co Niemcy zrobili Polakom. No, bliskość geograficzna też pewnie nie była bez znaczenia. Niejeden raz ładowali z żoną i synem rowery na bagażnik i ruszali pojeździć po polskich ścieżkach. A na targ do Wriezen po słynną niemiecką chemię i inne produkty zjeżdża sporo Polaków. Fajnie byłoby rozumieć, co mówią, zamienić z nimi słowo. Bliżej poznał tylko jednego, nawet się zaprzyjaźnili – katolickiego księdza, który prowadził parafię w jego miasteczku. Ale porozumiewali się po niemiecku.

Rozmawia nam się trochę trudno, bo Christian zaczął uczyć się rok temu, więc daleko mu do poziomu C1. Zdecydował, że będziemy mówić po polsku, ale czasami, gdy trudno mu coś wyrazić, wtrąca parę słów po angielsku (bo ja nie mówię po niemiecku). Naukę zaczął, gdy rok temu parafia wysłała go na trzymiesięczny pobyt dokształcający do Berlina. Wtedy uczestniczył w pierwszym kursie, bardzo intensywnie. Teraz raz w tygodniu dojeżdża pociągiem, półtorej godziny w jedną stronę. - Nie ma problemu - z zadowoleniem wypowiada kolejną z ulubionych fraz. W domu powtarza słówka z pomocą programu komputerowego, a w markecie zagląda do polskich gazet i książek kucharskich (bo bardzo lubi gotować). I tylko żona uśmiecha się, że to trochę szalony pomysł z tą nauką. Ona woli włoski. Ale pastor wie swoje - do Włoch jest daleko, to droga podróż, a Polska jest tuż, tuż. Byli już na Śląsku i na Śnieżce. W zeszłym roku zwiedzili kamperem Mazury, Pomorze Gdańskie i Szczecińskie. Na kolejne wakacje planują Kraków. Kraj jest piękny, ludzie mili. Bardzo go tam ciągnie.  

Julia. Szum stacji radiowych

Podobnie jak Julię. Śniła nawet kiedyś po polsku. Nie pamięta o czym, jedynie, że był to sen wyrazisty i intensywny. To było pod koniec wolontariatu w szkole w Gdyni, gdzie w świetlicy opiekowała się dziećmi i pomagała im odrabiać lekcje. Taki roczny pobyt w innym kraju po szkole średniej, a przed studiami jest popularny wśród młodych Niemców. Ona wybrała Polskę, bo szkolna drużyna siatkarska, do której należała miała wymiany z zespołem stamtąd. Julia jeździła na obozy sportowe na Mazury, a raz ją i koleżankę zaprosili do Warszawy rodzice chłopaka z polskiej drużyny. Pamięta, że byli bardzo serdeczni i gościnni. Miły kraj - pomyślała.

- Gdy po raz pierwszy słyszałam wasz język, brzmiał dla mnie jak szum podczas zmiany stacji radiowych - opowiada. -Uczyłam się wcześniej angielskiego i francuskiego, ale polski był zupełnie inny. Gdy przyjechała do Gdyni umiała powiedzieć „dzień dobry” i „dziękuję”, ale przez ten rok sporo się nauczyła. Nie miała innego wyjścia, musiała mówić. Studiować (prawo) zdecydowała się więc we Frankfurcie nad Odrą, by dalej mieć kontakt z językiem. Kiedy wróciła do Berlina najpierw brała prywatne lekcje. Potem znalazła Polkę Dot. - Kiedyś w jakimś wywiadzie z mądrą osobą przeczytałam, że Europejczycy powinni znać swoich sąsiadów - mówi. - Francję znałam ze szkoły. Ale o Polsce nie mówił nam nikt. Nic, biała plama, niezapisana kartka.

Julia
Julia | Foto: Agnieszka Wójcińska
Teraz czeka na mnie w lokalnej stołówce na Weddingu, niedaleko sądu, gdzie pracuje. Wyskoczyła na lunch. Szczupła trzydziestotrzylatka, krótkie blond włosy, ubrana w rudą kurtkę i dżinsy, nie wygląda na poważną panią sędzię. Ale sprawy prowadzi poważne – wcześniej w sądzie rodzinnym rozstrzygała o opiece nad dziećmi po rozwodach, teraz w cywilnym zajmuje się osobami z chorobami psychicznymi. W obu przypadkach trafiali jej się klienci Polacy.

- Więc polski mi się przydaje, ale uczę się go głównie dla przyjemności - mówi. - Chcę mieć coś tylko dla siebie, gdzie nie ma ocen i egzaminów, a Joanna tak nas traktuje. Nie wytyka błędów, chwali, że chcemy mówić. Traktuję to jako hobby, podobnie jak jogę, na którą też chodzę raz w tygodniu i tak samo się na to cieszę. Bardzo mnie wspiera w nauce mój mąż Martin, adwokat. Też studiował we Frankfurcie nad Odrą, ale powiedzieć umie tylko „Witam państwa w pociągu relacji Berlin-Warszawa”, komunikat z ekspresu, którym wracaliśmy na weekendy i święta do domu - śmieje się. - Szkoda. Rzadko mam okazję rozmawiać w waszym języku.

Wśród znajomych nie ma niestety Polaków. Dlatego czasem mówi do siebie. A rano, kiedy jeździ rowerem do pracy (kilkanaście kilometrów ze Spandau) słucha podcastów ze strony polskidaily.eu.
- Moje ulubione słowo? - zastanawia się - „Kombinować” - tajemnicze i pasuje do różnych sytuacji. W w polskim lubię, że jest logiczny, cały czas trzeba myśleć nad formą, ale to ma sens.
 
Grupowy kurs polskiego w Polka Dot kosztuje 190 Euro za semestr. To mniej więcej trzy miesiące nauki, 12 zajęć. W roku semestry są trzy – od września z przerwą jesienną do grudnia, potem od połowy stycznia i ostatni – od połowy kwietnia. Później jest długa przerwa wakacyjna.
Od początków Polka Dot przez szkołę przewinęło się około 800 uczniów. Niektórzy są tam od samego początku, jak Martin czy Niklas z C1, wielu uczy się przez lata. 
 

Społeczeństwo i trendy

Czytaj więcej o polityce i życiu prywatnym, o klimacie, technologiach i nowych zjawiskach w cyklach felietonów i reportaży o najciekawszych trendach w niemieckim społeczeństwie.