Biobiznes
„Żyj tak, jakby jutro miało nadejść”

Winnica i rodzina Wöhrle
Winnica i rodzina Wöhrle | Foto (fragment): © privat

Ciągle czytam, że musimy zmienić nasze podejście do przyrody i zwierząt, by przetrwać. I że najlepiej zmianę zacząć od siebie. Lajkuję, udostępniam i czuję wstyd. Bo chociażby proste zakupy. Często zamiast podjechać do lokalnego sklepu z żywnością eko, gdzie sprzedaje się produkty gospodarstw przyjaznych naturze, wybieram supermarket, do którego mam najbliżej i po drodze. A potem serce mi pęka, gdy słyszę, że kolejny mały sklep upadł, że nie ma już ryneczku, że pani od świeżych jajek kurki złotopiórki się poddała. I to właśnie o nich jest ta piosenka. Wróć! Reportaż.

Joanna Strzałko

68 godzin, 6 dni w tygodniu

Grünstadt to takie małe i – jak sama nazwa wskazuje – zielone miasteczko, leżące w Nadrenii-Palatynacie. Zieleń pojawia się tu w różnych konstelacjach: w koronach platanów otaczających główny plac, na stoiskach rolników, którzy w sobotnie przedpołudnia rozkładają w centrum miasta niepryskane sałaty, pory, brokuły i cukinie, a także w wielkich oknach wystawowych ekosklepu „herrlisch“ („wyśmienity”), który zajął narożny budynek, zaraz przy głównym deptaku miasta.

Pcha mnie do niego nie tylko ciekawość, ale i zapach ciepłego chleba.

Sklep „herrlisch“ w Grünstadt
Sklep „herrlisch“ w Grünstadt | Foto: © zbiory prywatne
Zanim Niels-Holger Albrecht otworzył ekosklep, przepracował kilka lat jako elektryk, kilka przy produkcji telewizyjno-filmowej i kilka przy organizacji seminariów biznesowych. – Ale ciekawość pchała mnie ciągle w nowe rejony – mówi Niels-Holger. – I kiedy sześć lat temu  znajomy wspomniał, że właściciel sklepu ze zdrową żywnością w Bad Durkheim szuka następcy, zgłosiliśmy się z żoną. Tak, lubię wyzwania, dają mi taki pozytywny drive. Po 4,5 roku w biobiznesie apetyt nam wzrósł i otworzyliśmy nowy, duży sklep o powierzchni 180 m2 w Grünstadt, gdzie jesteśmy do dziś.

Dobrą, zdrową żywność Niels-Holger nauczył się cenić, gdy pomieszkiwał we Francji. Tam nie żałuje się pieniędzy na dobry posiłek – podkreśla. – A u nas? – zawiesza głos. – Owszem, Niemcy wydają ogromne kwoty na najlepsze i najdroższe oleje. Ale są to oleje do silników samochodowych, które Niemcy kochają nad życie. Za to sałatę do obiadu polewają najtańszą oliwą. Trudno to zrozumieć – wzdycha Niels-Holger.

– No, ale nie ma co marudzić, bo i do nas docierają – choć powoli – ekologiczne trendy, a słowo „uczciwość” („fairness”) stało się dla wielu klientów kluczowe przy wyborze produktu – mówi Niels-Holger. I dodaje, że klienci z jego sklepu chcą wiedzieć, od kogo jest ser czy chleb i do kogo trafią ich pieniądze.

Nils-Holger Albrecht przy stoisku z serami w sklepie „herrlisch“
Nils-Holger Albrecht przy stoisku z serami w sklepie „herrlisch“ | Foto: © zbiory prywatne
– I umiesz im na te pytania odpowiedzieć? – pytam.

– Pewnie! Znam wszystkich moich dostawców – mówi Niels-Holger. – Odwiedziłem ich zaraz po otwarciu sklepu. Większość z nich ma ekologiczne gospodarstwa i biocertyfikaty. Choć są wyjątki. Na przykład pomidory kupuję od kobiety, która uprawia je na małą skalę i nie ma żadnych świadectw, gdyż są one dla niej po prostu za drogie. Ale dla mnie to nie problem, bo zarówno ich jakość, jak i sposób uprawy są znakomite.

– A nie boisz się konkurencji ze strony supermarketów, które mają coraz więcej ekologicznych produktów na półkach? – dopytuję.

– Niestety konkurencja staje się coraz ostrzejsza – wzdycha Niels-Holger. – I nie tylko nam, właścicielom małych sklepów, jest trudno. Rosnące zapotrzebowanie na bioprodukty przypiera do ściany niewielkie ekogospodarstwa. No bo ile mogą one wyprodukować? Wszystko ma przecież swoje granice. A duże supermarkety cisną dostawców, szczególnie jeśli chodzi o ceny. Ja tego nie robię. Zawsze pytam rolników, od których kupuję towar, ile jest wart i za jaką cenę chcieliby go sprzedawać. Nie negocjuję. Płacę tyle, ile chcą. Dodaję tylko marżę ok. 20-30 procent, bo przecież muszę z czegoś żyć. Na pewno byłoby dużo łatwiej, a dla klientów zdrowiej, gdyby konwencjonalni rolnicy przestawili się na ekologiczne uprawy czy hodowle. Ale na to potrzeba czasu. Na szczęście uaktywnili się młodzi ludzie i to oni pokazują nam, którędy droga.

Przyglądam się Nielsowi-Holgerowi krążącemu wokół klientów. Widać, że lubią z nim rozmawiać, przystają i słuchają, bez poganiania, bez pośpiechu. Tu opowie o serze i winie, tam o chlebie i oliwie, tu wręczy ulotkę o gospodarstwie, gdzie kupuje jajka, tam informację o środkach czystości, które wkrótce będzie sprzedawał prosto z kanistrów, by uniknąć plastikowych opakowań.

– Nie żałujesz, że wszedłeś w biobiznes? – pytam.

– Wiesz, dlaczego lubię moją pracę? – odpowiada mi pytaniem na pytanie Niels-Holger. – Widzę w niej sens! Sprzedaję żywność, która jest zdrowa i smaczna, współpracuję z rolnikami z okolicy i wspieram ich małe gospodarstwa. Zatrudniam uczniów, niepełnosprawnych, uchodźców, a także pomagam lokalnej społeczności i wspieram projekty lokalnego przedszkola z dodatkowych pieniędzy, które dostaję za kilkudniowy, niesprzedany chleb. Chodzi o to, że nie potrafię wyrzucić nawet okruszka chleba. Dlatego zainicjowałem akcję „Przedszkolny chleb”. Polega ona na tym, że jeśli pełnoziarnisty chleb nie sprzeda się pierwszego i drugiego dnia, to trzeciego oferujemy go za pół ceny, a czwartego za darmo. Ale wtedy wystawiam skarbonkę, do której klienci mogą wrzucić parę groszy dla dzieciaków – mówi Niels-Holger.

– Nie, nie narzekam, choć mam mnóstwo roboty i mało z tego kasy – zdradza pod koniec naszego spotkania Niels-Holger. – Pracujemy z żoną 68 godzin przez 6 dni w tygodniu. Na tygodniowych wakacjach byliśmy półtora roku temu. Ale wierzę, że nasz sklep zacznie w końcu przynosić dochody.

Sklep „herrlisch“ w Grünstadt
Sklep „herrlisch“ w Grünstadt | Foto: © zbiory prywatne
Wychodząc z „herrlisch”, zderzam się w drzwiach z parą dwudziestoparolatków. – A Was co tutaj przyciągnęło? – zagaduję.

Tłumaczą mi, że są wegetarianami i u Nielsa-Holgera kupują znakomite jogurty, twarogi, które w dodatku są sprzedawane w szklanych słoikach na wymianę. – Nabiał w „herrlisch” jest od szczęśliwych krów, z gospodarstwa, gdzie mieszkają i pracują niepełnosprawni – mówi dziewczyna. – Chociaż tak możemy ich wesprzeć.

– Robimy tu zakupy, gdyż chcemy mieć pewność, że nasze jedzenie nie zostało zanieczyszczone pestycydami czy innymi świństwami – dodaje chłopak. – Przeczytałem ostatnio wywiad z Felixem Klare, aktorem znanym z serialu kryminalnego „Tatort” („Miejsce zbrodni”). Postawił tam świetne pytanie: „Dlaczego zdrową żywność producenci muszą oznaczać etykietami „bio” albo „eko”? Przecież powinno być odwrotnie! To na jedzeniu, które zostało nafaszerowane chemią, należałoby umieszczać ostrzeżenia: „Uwaga! Szkodliwe dla zdrowia”.

Ściśle strzeżone tajemnice

W supermarkecie Edeka, który jest najbliżej mojego domu, kiedyś była mała półeczka, gdzie stały produkty dla wegan, wegetarian i dla tych, co dziwaczyli i sprawdzali, czy wśród składników nie ma tych z literą „E” na początku. Można tam było znaleźć opakowania z soczewicą, tofu, fasolą czy zieloną herbatą.

Dziś produkty „bio” rozmnożyły się, logo Biolandu i Demeter rozsiane jest po całym sklepie – na półkach z płatkami, cukrem, mąką, nabiałem, sosami, makaronem, przetworami, kawą i herbatą. A nawet wśród owoców i warzyw znalazło się miejsce dla tych pokrzywionych, nierównych, z matową, ale zdrową skórką, która nie wie, co to chemia. Brakuje mi tu tylko kogoś, kto jak Niels-Holger opowiedziałby coś więcej o ludziach, którzy stoją za produktem, o ich gospodarstwie, o tym, do kogo trafią nasze (kupujących) pieniądze. Choć akurat co do korporacji nie mam złudzeń.

Götz Rehn, założyciel Alnatury, jednego z największych sieciowych marketów ze zdrową żywnością w Niemczech, na zdjęciu firmowym wygląda na zadowolonego. Zeszłoroczne obroty jego 135 sklepów w 62 miastach wzrosły o 9,5 punktów procentowych i wyniosły 901 milionów euro netto. Jak donosi strona internetowa, w ofercie Alnatury jest ponad sześć tysięcy ekologicznych produktów.

Odwiedzam ich najstarszy sklep w Mannheim otwarty w 1987 roku. Tętni życiem i faktycznie jest tu w czym wybierać. Przyglądam się stercie kilkudziesięciu kawałkom żółtego sera zawiniętych w folię. Zastanawiam się, czy Alnatura wybiera dostawców spośród lokalnych gospodarstw, ale na produktach nie widzę takiej informacji. Próbuję znaleźć sprzedawcę, by zadać kilka pytań, lecz bez skutku. Do kasy jest kolejka. Nie chcę blokować ruchu, poza tym widzę po minie kasjerki, że i tak ma dość.

Spisuję więc moje pytania podobne do tych, jakie zadałam Nielsowi-Holgerowi, i wysyłam do działu odpowiedzialnego za komunikację w Alnaturze: Jak sieć dobiera gospodarstwa, od których kupuje towar? Czy negocjuje z nimi ceny? Jaką dolicza marżę?

W odpowiedzi dostaję po nosie. Przecież to oczywiste, że strategia firmy jest ściśle strzeżonym sekretem. Mam płacić, a nie drążyć.

Na zdrowie!

Wina, wina mi dajcie!

Ale jak tu nie drążyć, gdy nie mogę znaleźć mojego ulubionego wina (Gewürztraminer z winnicy Wöhrle)? Przejechałam kilkanaście kilometrów do marketu Globus, gdzie zawsze stało w trzecim rzędzie, po prawej stronie, a teraz chodzę, szukam i nie ma!

Pytam sprzedawcę, ale nie potrafi mi pomóc.

Dzwonię więc do winnicy i Andreas Wöhrle potwierdza. Było, ale supermarket skreślił go z listy. Czemu? Nie wie.

Jadę więc do Andreasa, by porozmawiać o zawiłościach biznesu.

Gospodarstwo Wöhrle, cztery potężne murowane budynki z wysoką na kilka metrów drewnianą bramą wjazdową i obszernym dziedzińcem, leży przy bocznej ulicy niewielkiego miasteczka Bockenheim, gdzie zaczyna się „Deutsche Weinstraße”, czyli niemiecki winny szlak. Andreas przejął winnicę od rodziców, którzy 40 lat temu byli pionierami w uprawie ekologicznego wina.

– Dość wcześnie zorientowali się, że konwencjonalne rolnictwo przynosi szkody naturze – wyjaśnia mi Andreas. – A oni nie wyobrażali sobie stosowania pestycydów czy sztucznych nawozów, które zanieczyszczają wody gruntowe. Poza tym wiedzieli, że konwencjonalna uprawa oznacza uzależnienie się od przemysłu chemicznego. Nie chcieli iść tą drogą.

– A ty? – pytam.

– Gdy przejąłem winnicę od rodziców, było dla mnie oczywiste, że pójdę ich śladem – mówi Andreas. – Oczywiście jest mi dużo łatwiej. Mam maszyny, technologię, której oni nie mieli. Nie muszę wielu prac wykonywać ręcznie, a oferta środków, które doskonale zastępują pestycydy, jest tak bogata, że nawet konwencjonalni rolnicy rozważają odejście od chemii.

– No dobrze, to wróćmy do sprawy Globusu, czemu nie ma tam już Twoich win? – pytam.

– Nie wiem, nie poinformowali mnie. Możliwe, że chodziło o cenę – wzdycha Andreas.

– Chcesz powiedzieć, że cisną? – dopytuję.

– Pewnie, że tak! – odpowiada Andreas. – Choć wiesz, z drugiej strony, jeśli zaproponują mi 7 euro za butelkę i wezmą dużo, to to mi się i tak opłaca (średnia cena wina w winnicy Wöhrle wynosi ok. 8-9 euro – przyp. red.).

– No, to jak Ci idzie ten biobiznes? – chcę wiedzieć.

– Nie narzekam – uśmiecha się Andreas. – Spokojnie utrzymuję rodzinę. Poza tym dobrze mi się układa współpraca z dwoma innymi sieciami – Edeką i Rewe. Wino sprzedaję przy pomocy przedstawicieli handlowych i hurtowni, przez Internet albo bezpośrednio w mojej winiarni, która otwarta jest dla klientów w soboty.

– Czy to oznacza, że ludzie przekonali się już do ekologicznych win? – pytam.

– Kiedyś znawcy win twierdzili, że „zdrowe” wina są niesmaczne – mówi Andreas. – Ale zmienili zdanie.

Piwnica z winem Wöhrle
Piwnica z winem Wöhrle | Foto: © zbiory prywatne
I tłumaczy mi, że gospodarstwa, które przestawiły się na biobiznes, potrzebowały czasu, by nauczyć się nowego podejścia do uprawy i produkcji. – Dziś mają już potrzebną wiedzę i doświadczenie – opowiada Andreas. – A ekowino w smaku niczym się nie różni od konwencjonalnego. Tajemnica leży w ekologicznej uprawie i lepszej jakości zbiorach.

– To czemu wszyscy rolnicy nie przechodzą na „bio”? – dziwię się.

– To nie jest takie proste – wyjaśnia mi Andreas. – Sygnał powinien popłynąć od klientów, którzy w takim wypadku również musieliby w 100 procentach zdecydować się na zakup bioproduktów. To z kolei prowadzi nas do innego problemu – uczciwych cen za nasz towar.

– A nie uważasz, że biojedzenie jest za drogie? – pytam.

– Nie, bio nie jest luksusem – odpowiada Andreas. – Możemy sobie na nie spokojnie pozwolić, jeśli tylko będziemy jeść mniej mięsa, które w biosklepach jest droższe. A wynika to z tego, że zwierzęta w ekologicznych gospodarstwach nie są karmione najtańszą soją sprowadzaną z zagranicy. Przecież nie musimy się napychać mięsem każdego dnia. To nawet nie jest zdrowe! Ale jeśli „przeciętny Niemiec” wydaje rocznie poniżej dwustu euro na ekologiczne jedzenie, to jest to bardzo mało.

– Dostajesz pomoc od państwa? – dopytuję.

– Tak, jak wszyscy rolnicy, dostaję subwencję – 300 euro na hektar. Dodatkowo, dzięki temu, że moja winnica jest „bio”, dostaję 600 euro na hektar. Mam wszystkiego 14 hektarów. Jednak – moim zdaniem – podział subwencji nie jest sprawiedliwy. No bo z jednej strony mamy wielkie gospodarstwa przemysłowe liczące 1500 ha i, jak łatwo sobie przeliczyć, tacy potentaci zgarniają rocznie prawie pół miliona euro. A niewielkie rodzinne gospodarstwo, które naprawdę potrzebuje pomocy, by przetrwać, przy 40 hektarach dostaje 12000 euro. Poza tym uważam, że dotacje powinny uwzględniać i promować ekologiczne podejście do rolnictwa, a nie liczbę hektarów.

– A widziałeś zielone krzyże, które postawili konwencjonalni rolnicy na swoich polach? – pytam.

– Oni też są pod wielką presją i boją się zmian – wzdycha Andreas. – Stawiając krzyże, protestują przeciwko wprowadzonym niedawno limitom stosowania nawozów. No bo z jednej strony – jeśli nadal będą tak nawozić, jak do tej pory – złamią prawo. A z drugiej – jeśli zredukują nawożenie, zbiorą mniej plonów, co grozi im zapaścią finansową.

– To co dla Ciebie oznacza być „bio”? – pytam na koniec Andreasa.

– To kwestia odpowiedzialności – wyjaśnia Andreas. – Moja winnica należy do największego stowarzyszenia winnic ekologicznych Ecovin, z którym wspólnie osiągnęliśmy najważniejszy cel – nie stosujemy ani pestycydów, ani sztucznych nawozów. Kolejnym naszym zadaniem jest zadbanie o insekty i dzikie rośliny kwitnące, bo przecież winnice to monokultury. Musimy pomóc ekosystemowi, by stał się bardziej różnorodny, inaczej nie przetrwa. Wierzę, że się uda!

Kwestia priorytetów

Maluczkim tego świata nie jest łatwo, szczególnie wtedy, gdy mają przeciwko sobie potężne korporacje. Dlatego gdy Niels-Holger Albrecht z biosklepu „herrlisch” wspomina, że jednym z jego dostawców jest spółka, którą zawiązali ekologiczni rolnicy z regionu Saar-Pfalz-Hunsrück, postanawiam dowiedzieć się o nich czegoś więcej.
 
  • Rodzina Bensel Foto: © zbiory prywatne

    Rodzina Bensel

  • Öko Marktgemeinschaft, crowdfunding, spotkanie informacyjne Foto: © zbiory prywatne

    Öko Marktgemeinschaft, crowdfunding, spotkanie informacyjne


Krótka historia. W 1987 roku Kornelius Burgdörfer-Bensel i jego żona Annette zakładają ekologiczne gospodarstwo Hof am Weiher w Albessen. W 2001 roku przekształcają je w spółkę akcyjną. Akcjonariusze zgadzają się, by cały zysk przeznaczyć na rozwój gospodarstwa Korneliusa i Annette. W 2015 roku rodzina Bensel idzie o krok dalej i wspólnie z kilkunastoma ekologicznymi gospodarstwami zakłada spółkę Öko Marktgemeinschaft Saar-Pfalz-Hunsrück GmbH (ÖMG). Chcą pracować razem, by ożywić i usprawnić sprzedaż zdrowych produktów w regionie.

Eva Bensel z produktami dla klienta indiwidualnego
Eva Bensel z produktami dla klienta indiwidualnego | Foto: © zbiory prywatne
Na rozmowę umawiam się z Evą Bensel, córką gospodarzy, zaangażowaną w biobiznes.

– Jak działa wasza spółka? – pytam.

– Funkcjonujemy na zasadzie hurtowni czy przedstawicielstwa handlowego – wyjaśnia Eva. – Na początku każdego roku spotykamy się i wspólnie podejmujemy decyzję o tym, ile i jakie produkty powinny znaleźć się w ofercie ÖMG. Chodzi przecież o finansowe zabezpieczenie – musimy zaplanować, co będziemy sprzedawać i jaki nam to zapewni dochód. Tym bardziej, że w spółce jest w tej chwili 40 producentów biożywności. Potem w ciągu roku skupujemy towar, przechowujemy, a następnie rozwozimy vanami do klientów.

– Kto od was kupuje? – dopytuję.

– Przede wszystkim sklepy ze zdrową żywnością, wiejskie sklepiki, przedszkola, restauracje i prywatne osoby, choć one najczęściej korzystają z naszego sklepu online – odpowiada Eva. – Zbieramy zamówienia na warzywa, ziemniaki, owoce, sery, jajka, mięso, kiełbasy, produkty mleczne i zbożowe, makarony, wina, przetwory, miody, oliwy, przyprawy, musztardy, planujemy trasę, pakujemy ciężarówki i… w drogę!

– A zaopatrujecie też supermarkety? – drążę.

Öko Marktgemeinschaft, van do przewożenia produktów
Öko Marktgemeinschaft, van do przewożenia produktów | Foto: © zbiory prywatne
– Nie, nie bylibyśmy w stanie zapewnić im takiej liczby produktów, jakiej potrzebują – mówi Eva. – Poza tym wolimy mniejsze struktury.

– I dobrze wam idzie ten biznes? – pytam.

– Dobre pytanie! – mówi Eva. – Wiesz, kapitalizm nie jest zbyt przyjazny dla małych gospodarstw. Ale powstaje coraz więcej biosklepów, ludzie są coraz bardziej świadomi tego, co powinni jeść, by zachować zdrowie. Zaczynają też odzyskiwać kontakt ze swoim regionalnym otoczeniem i kupować lokalne produkty. Dla nas to szansa.

– Czyli dajecie sobie radę? – dopytuję.

– Wiesz, pomaga nam to, że jesteśmy idealistami – śmieje się Eva. – Ale bez pomocy z zewnątrz nie bylibyśmy w stanie przetrwać. Przez pierwsze pięć lat działalności nasza spółka dostawała wsparcie od państwa. Początkowo było to 5 procent ze sprzedaży 17 założycielskich gospodarstw. W tym roku otrzymamy pomoc ostatni raz. Dlatego szukamy nowych źródeł i staramy się przekonać ludzi do crowdfundingu. Wyliczyliśmy sobie, że – jeśli znajdziemy tysiąc osób, które miesięcznie będą nas wspierały kwotą 5 euro – damy radę. Na razie mamy 126 osób, które regularnie wpłacają nam po 10 czy 20 euro. No i 211 stałych klientów, więc nie jest jeszcze tak źle.

– A nie uważasz, że zdrowa żywność jest za droga? – pytam.

Eva Bensel w pracy
Eva Bensel w pracy | Foto: © zbiory prywatne
– Oczywiście, w społeczeństwie wciąż są ludzie tak ubodzy, że muszą oszczędzać na jedzeniu – odpowiada Eva. – Ale ta cała reszta, która ma smartfony, samochody, lata na drugi koniec świata na wakacje – przecież dla nich to tylko kwestia priorytetów. Powinni zrozumieć, że warto kupować zdrowe, regionalne produkty, a nie kierować się jedynie ceną.

– Będzie dobrze? – pytam Evę na pożegnanie.

– Mam mieszane uczucia – wzdycha Eva. – Czasem mam tego wszystkiego dość. Zarządzanie spółką kosztuje mnie dużo czasu i energii. Są dni, gdy czuję się ogromnie przytłoczona problemami, z jakimi musi się mierzyć nasz biobiznes. Ale z drugiej strony… najłatwiej byłoby się poddać. I wtedy myślę o moich rodzicach, którzy zaczynali od zera. Tak, to po nich mam coś z wojownika i pewnie dlatego wciąż nie tracę nadziei (śmiech).

Krzyż na drogę

Chciałam jeszcze porozmawiać z hodowcami biokur, których grodzone „mobilne osiedla”  na łąkach i polach są coraz bardziej widoczne z lokalnych dróg. Zatrzymałam się przy jednym z nich, ale poza zwierzętami nie znalazłam tam nikogo, z kim mogłabym zamienić parę słów. Przyjrzałam się kurom, które grzebały z zamiłowaniem w ziemi, wałęsały się wśród krzaków czy przekrzykiwały się w drzwiach swojej przestronnej, drewnianej przyczepy. Szkoda, że nie rozumiem ich mowy. Spytałabym, czy faktycznie są szczęśliwe. Kupiłam za to ich jajka w automacie stojącym przy ogrodzeniu i, nucąc, ruszyłam w drogę, zostawiając za sobą patrzący na mnie z wyrzutem zielony krzyż.
 
Niemcy wydali w 2018 roku około 11 mld euro na produkty ekologiczne, co daje wzrost o 5,5 punktów procentowych do roku poprzedniego. Największą popularnością cieszyły się ekologiczne jajka, warzywa i owoce oraz produkty mleczne i mięso. I choć Niemcy nadal kupują 90% produktów w supermarketach, to coraz więcej osób wybiera biosklepy ze względu na: chęć poprawy losu zwierząt (95%), chęć wsparcia lokalnych gospodarstw (93%) i dbałość o środowisko naturalne (89%). Może właśnie dlatego liczba gospodarstw „bio” wzrosła w Niemczech w ostatnim roku o 6 punktów procentowych i wynosi obecnie 31 122, zaś powierzchnia gruntów upraw ekologicznych o 8 punktów procentowych i jej wielkość szacuje się na 1 483 020 ha, z czego 940 000 hektarów jest uprawianych według szczególnie wysokich standardów „bio”.**

Liczba biosklepów w Niemczech (dane z 2017 roku):***

641 sklepów do 100 m2 , spadek o 34 punkty procentowe (w porównaniu do roku 2010)
497 sklepów od 100 do 200 m2, spadek o 5 punktów procentowych (w porównaniu do roku 2010)
389 sklepów od 200 do 400 m2, wzrost o 45 punktów procentowych  (w porównaniu do roku 2010)
678 supermarketów, wzrost o 130 punktów procentowych (w porównaniu do roku 2010)
332 sklepików wiejskich, wzrost o 10 punktów procentowych (w porównaniu do roku 2010)

Razem 2516 sklepów, wzrost o 7 punktów procentowych (w porównaniu do roku 2010)

Do zakupów w sklepach „bio” ma zachęcić klientów zainicjowana przez Bundesverband Naturkost Naturvaren (BNN) akcja z hasłami: „Eko zamiast Ego”, „Eko – nie kosztuje, nie eko – już tak”, „Żyj, jakby jutro miało nadejść”.

W reportażu wystąpili:

„herrlisch” – sklep ze zdrową żywnością rodziny Albrecht w Grünstadt

Weingut Wöhrle – ekowinnica rodziny Wöhrle w Bockenheim, która w tym roku obchodzi 40-lecie swojej działalności

Öko Marktgemeinschaft – spółka biogospodarstw, do której należy 40 producentów zdrowej żywności posiadających certyfikaty Biolandu lub Demeter

Alnatura – sieć marketów ze zdrową żywnością
Tytuł artykułu, „Żyj tak, jakby jutro miało nadejść”, to nazwa najnowszej kampanii Bundesverband Naturkost Naturvaren (BNN)

**źródło:
https://www.boelw.de/fileadmin/user_upload/Dokumente/Zahlen_und_Fakten/Brosch%C3%BCre_2019/BOELW_Zahlen_Daten_Fakten_2019_web.pdf , https://www.boelw.de/themen/eu-oeko-verordnung/  oraz https://www.bmel.de/SharedDocs/Downloads/Ernaehrung/Oekobarometer2018.pdf?__blob=publicationFile

***źródło: bio-markt.info
 

Społeczeństwo i trendy

Czytaj więcej o polityce i życiu prywatnym, o klimacie, technologiach i nowych zjawiskach w cyklach felietonów i reportaży o najciekawszych trendach w niemieckim społeczeństwie.