Na skróty:

Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Chleb, który spożywamy

Od czego to się zaczęło? Zastanawia się każdy, kto posmakował pan-europejskości. Kusi mnie, by odpowiedzieć pytaniem: a od czego zaczęło się wszystko inne? Historie pochodzenia zawsze są sporne, ta jednak może wyjątkowo – ponieważ chodzi w niej o chleb, to znaczy o gust, to znaczy o coś bardzo, bardzo osobistego.

Od czego się więc zaczęło? Ludzie są ciekawi, więc muszę odpowiedzieć – oczekują tego ode mnie, ostatecznie jestem kontynentem, choć bynajmniej nie największym, chyba żeby mierzyć w skali spowodowania największych katastrof, to będę numerem jeden. Owszem, mam swoje ciemne wieki średnie, długie cienie, niepospłacane długi. Nie wnikajmy, od czego to wszystko się zaczęło. Nie teraz. Wystarczy poruszyć ten temat, a w niektórych częściach odczuwam sztywność. Pojawia się opór. Pamięć szwankuje. Wybuchają walki. Podejmowane są próby, by to zmienić, lecz, szczerze mówiąc, jestem w dużej mierze stara, powolna i uparta. W niektórych dziedzinach przoduję, lecz w przyznawaniu się do błędów i w ich naprawie nie jestem mocna. Umiem rosnąć wszerz, zawsze miałam olbrzymi apetyt – to jednak spowodowało problemy, pojawiły się więc starania, by go okiełznać, a przynajmniej przekierować na inny tor. Niech rośnie raczej wyobraźnia, idee wspólnoty, praktyka szczodrości. W tym pomocny jest chleb.

Wyobrażam sobie czasami, że jestem ogromnym bochnem, wielozbożowym, wieloziarnistym, wielo-wszelakim dla nieprzebranych tłumów. Podobno kiedyś takie chleby istniały, gdy jeszcze święci chodzili po ziemi i działy się cuda: cztery bochenki wystarczyły, by nakarmić pięć tysięcy ludzi. To kolejna legenda o początkach, którą wielu tutaj ukochało, choć chyba żyją w przekonaniu, że dziś takie cuda już się nie zdarzają. Ale może zmieniła się nasza definicja cudowności. Czy nie jest tak, że wszystko jest możliwe, jeśli jest się na to otwartym? Tak właśnie stało się w tym przypadku. W przypadku zjawiska, które nazywa się pan pane pain pso̱mí pão brood Brot chleb kruh ekmek – wszystkich nazw nawet nie umiem wymówić. Podeszło ludzi cichcem, łechtając ich nozdrza, i pociągnęło za sobą uwodzicielskim zapachem czegoś doskonale znanego, a zarazem nowego.

Podobno pierwsza fala tego zapachu, ciepłego, świeżego, kojącego, nadeszła z maleńkiej wioski w centrum wszystkiego. Było to miejsce podobne do twojego miejsca urodzenia. Ściśle mówiąc, była to twoja wioska. Możliwe, że wychowałeś się w wielkim mieście, czy nie jest jednak tak, że gdziekolwiek człowiek się znajduje, jego świat to swoista wioska? Twoja ulica, twój park, twój targ - miejsca, które znasz najlepiej i gdzie ludzie znają ciebie. Zapach świeżego chleba z tego właśnie miejsca, najbliższego twojemu sercu, przyciągnął ludzi do drogi pan-europejskiej, krętej aromatycznej ścieżki z mąki i wody, ozdobionej szeroką gamą smaków. Codzienna strawa bowiem potrafi być nieskończenie różnorodna. Każdy może jeść to samo co pozostali, a jednocześnie delektować się czymś innym niż wszyscy. Ale mówię za szybko, zbyt łapczywie rzuciłam się na tę opowieść.

Pamiętasz tę piekarnię na rogu, w której pachniało drożdżami, a z wystawy uśmiechały się lukrowane bułeczki? Byliście z niej bardzo dumni. Wypiekała najlepsze pieczywo na świecie. Za sam zapach można było dać się pokroić! Ten zapach towarzyszył ci w drodze do szkoły, w brzuchu ci burczało, gdy odgryzałeś pierwszy kęs bułki, w nos łaskotał cię delikatny aromat przypraw, kilka ziarenek z wierzchu lądowało na koszulce.

„Ale z nas szczęściarze” – cieszyli się mieszkańcy twojej wioski. „Nikt w całej Europie nie ma lepszego chleba!”. Niczym ziarenka, które osypały się z twojej bułki, to zdanie poszło w świat. Najpierw szerzyło się w twoim kraju, potem za jego granicami. Reakcją było zaintrygowanie, zazdrość, oburzenie. Domagano się dowodów i wioska ich dostarczyła. Próbki świeżego, pachnącego chleba z twojej piekarni na rogu trafiły w tysiące miejsc. Wszędzie tam chleb krojono i rozdawano, wąchano i smakowano, analizowano i omawiano. Ludzi, którzy zbierali się w tym celu, nazywano towarzyszami stołu. Gromadzili się oni przy stołach i stolikach w kuchniach i ogrodach, w kawiarniach i ogródkach. Łamali się chlebem. Jedni jedli go bez dodatków, inni smarowali miejscowymi specjałami – bundzem, gęstą śmietaną, Nutellą – twierdząc, że tak smakuje dużo lepiej. Wielu z nich twój chleb przypadł do gustu, liczniejsi jednak byli ci, których zdaniem lokalny chleb był równie smaczny, a może nawet smaczniejszy. Chcąc dowieść swej racji, przygotowywali próbki, by rozesłać je w tysiące miejsc – nie tylko do twojej wioski, lecz do wielu innych na całym kontynencie, zawsze z tym samym komunikatem: „Ale z nas szczęściarze! Mamy najlepszy chleb w Europie”. Ludzie dostawali chleby z dalekich stron i w rewanżu wysyłali te, które sami wypiekli.

Po Europie krążyły więc setki rodzajów pieczywa: chrupiące bagietki, gęste bułki mieszane ciężkie od żyta, lekkie jak piórko puchate pszenne poduchy, podpłomyki z dodatkiem ziół, bochenki wzbogacone orzechami i bakaliami, paluchy obsypane solą, chlebowe kieszonki, w które można było włożyć dowolne nadzienie. Wiatry niosły zapach świeżego pieczywa; kuszący aromat spowijał pola, góry i doliny, unosił się koło świątyń i ratuszów, przy wejściach do banków i biur. Wszędzie czuć było obietnicę: odrobinę kardamonu, rozmarynu czy kminku; nutę alkoholu, oliwy, wanilii; krztynę sera, cebuli, ziemniaków. Nie sposób było tej obietnicy ująć w słowa, niemniej chciało się ją składać i przyjmować, gdyż wskazywała, jak drogowskaz, ku nowym sposobom bycia razem, ku nadziei.

Wraz z nowymi rodzajami pieczywa w życiu Europejczyków pojawiły się nowe smaki i zapachy, dźwięki i idee. Niektórych zainspirowało to do eksperymentów: przerabiali miejscowe przepisy i metody, tworząc kolejne rodzaje chleba. Niektórych wciągnął wymiar biznesowy: zgłaszali się do piekarzy, składali zamówienia, zakładali firmy piekarskie. U innych pojawił się impuls podróży do obcych krajów, chęć skosztowania specjału w jego naturalnych warunkach. W ten sposób grono towarzyszy stołu na kontynencie europejskim się powiększało. Ci ludzie byli braćmi i siostrami w chlebie, choćby tylko na czas posiłku. Zwolenników nowego trendu nazwano prochlebowcami. Gdy spróbowali wymiany smaków, eksperymentowania i wspólnych posiłków, byli gotowi iść dużo dalej. Rzucili hasło: „Załóżmy Unię Chlebową. Dzielmy się tym, co mamy”. Początkowo pokroili chleb na sześć, potem na dziewięć, wreszcie na dwadzieścia osiem części. „Ale z nas szczęściarze! – powtarzali sobie. – Wszyscy będziemy mieli lepszy chleb!”

Znaleźli się jednak tacy, którzy wspólnego chleba nie chcieli nawet skosztować. Twierdzili, że jest niebezpieczny, może zatruty, potencjalnie szkodliwy. Szkalujących opinii było w bród, tylko dowodów brakowało. Tymczasem w domach i restauracjach, w fabrykach i piekarniach wciąż przygotowywano zaczyn, ciasto spokojnie fermentowało i rosło. Kto by pomyślał, że owoc tak prostych reakcji chemicznych może cementować przyjaźń i budzić wrogość. Pojawiły się kampanie przeciwko „niesmacznemu” mieszaniu chlebów z różnych zakątków kontynentu. Ich pomysłodawców nazwano antychlebowcami. Dręczył ich lęk przed rozpłynięciem się w nijakości – bo kim się jest, gdy je się więcej niż jeden rodzaj chleba? „Odchlebcie się od nas!” – tak brzmiało ich hasło. Gromadzili się przy granicach, stawiali punkty kontroli, zatykali sobie nosy i patrolowali teren, by nie dopuścić do napływu nowego. Niezależnie od ich wysiłków, niezależnie od tego, ile składników zatrzymali na granicy, okazało się jednak, że nowe już nie jest nowe. Wszczęli więc kolejną kampanię: „Odeślijcie chleb, skąd przyszedł!”. Urządzali naloty na sklepy, szukając niepożądanych chlebów, trudno było je jednak odróżnić od pozostałych, wszystko zdążyło się wymieszać. „Kiedy do tego doszło?” – biadali. Może zawsze wszystko było bardziej wymieszane, niż podejrzewali. Antychlebowcy nie mogli tego przeboleć. „Kiedyś rodzimy chleb nam wystarczał! – żalili się. – Teraz mamy chleb z całego świata, ale nie dość, by wykarmić naszych rodaków!”

Prochlebowców opanował niepokój, w sercach poczuli głuchą pustkę, jak echo stuknięcia w spód upieczonego chleba. Piekli i spożywali chleby w dwójnasób, lecz nawet u najgorliwszych towarzyszy stołu kojący zapach świeżego pieczywa nie zagłuszył wątpliwości, że może istotnie nie starcza go dla wszystkich. Bochenki, niegdyś w wielkiej obfitości, zaczęto teraz dzielić oszczędniej. Krojono cieńsze kromki; wybuchały kłótnie o to, kto dostał więcej, niż mu się należało. Pojawiły się oskarżenia o wygranych i przegranych. Było coraz mniej chętnych do odstąpienia choćby kawałeczka swojej porcji. Niektórzy, przekonani, że to jedyne rozwiązanie, krzyczeli: „Chleb tylko dla członków Unii!”. Im więcej mówiono o tym, jak mało jest chleba, tym bardziej wszystkim się wydawało, że jest go coraz mniej, mimo iż wciąż było go pod dostatkiem. Szczodrość jest dla jedności tym, czym drożdże dla chleba. Znaleźli się tacy, którzy potajemnie gromadzili zapasy, a głośno skarżyli się, że nic nie mają. Znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że należy im się więcej, niż potrzebują, nawet kosztem odebrania innym przypadającej im części. A także tacy, których zdaniem każdy, szczególnie jeśli jest kobietą, powinien pokornie przyjąć otrzymany przydział. Te grupki powoli rosły w liczbę, jak w przepisie na katastrofę, szerzyły lęk i judziły do kłótni. Wreszcie kilku antychlebowców postanowiło pokazać, że można żyć samym chlebem, najlepiej białym pieczywem tostowym, lekko opieczonym, grubo posmarowanym masłem. „Wychodzimy z Unii – ogłosili. – Zostanie więcej naszego chleba dla naszych!” Opuścili Unię ze śmiechem na ustach tłustych od masła, chełpiąc się planami na przyszłość. „Jeszcze się okaże, kto ma z nas wszystkich najlepszy chleb!” Nie bacząc na swąd spalenizny, na kurczące się zapasy mąki i rosnące zanieczyszczenie wód, oblizywali się chciwie na myśl o bochenku, który będą mieli w całości dla siebie.

Prochlebowcy obserwowali to z przerażeniem, kręcili głowami, płakali, aż wreszcie pośpiesznie wrócili do wyrabiania ciasta, pieczenia chleba, wymieniania i łamania się nim. To przecież kiedyś zbliżyło ich do siebie, połączyło ich, otworzyło nawet małe miejscowości na cały świat. „Kto zawsze je sam, nie zaspokaja głodu” – myśleli jedni. „Musimy zacząć od nowa, zrobić wszystko lepiej” – mówili inni. Towarzysze stołu na całym kontynencie zaczęli kultywować pan-europejskość. Raz do roku wkładali kawałek chleba do butów na cześć idei jedności. „Oby się utrzymała! Oby trwała jak najdłużej. Oby objęła jeszcze więcej ludzi.” Wycinali gwiazdy na bochenkach i postanowili, że będą się spotykać w nowych konfiguracjach, że zaakceptują zmiany. Ogłosili datę dorocznego święta chleba i w jego wigilię pościli, by świąteczny dzień uczcić publiczną ucztą, na którą wszyscy byli zaproszeni. Co roku na wiosnę rzucali chleb do rzeki, wierząc, że jeśli nie pomyślimy o przyrodzie, ona zażąda zapłaty w ludziach. Na całym kontynencie posiłki – a potem także debaty publiczne, obrady parlamentarne, posiedzenia sądów, wszelkie spotkania odbywające się przy stole lub koło stołu – zaczynały się od łamania chleba i wzajemnego ujrzenia w sobie towarzyszy stołu, towarzyszy na drodze życia, której kierunek zależy od tego, z kim się nią podąża; na drodze, która zawsze się rozpoczyna, nawet gdy wydaje się, że się kończy. Z czasem ludzie zrozumieli znaczenie biblijnej frazy „nie samym chlebem żyje człowiek”. Zrozumieli, że chleb jest chlebem tylko wtedy, gdy się nim ze sobą dzielimy.

tłum. Agnieszka Pokojska