Na skróty:

Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Realizm magiczny po niemiecku
„Sen o okapi” – współczesna baśń Mariany Leky

Foto: Pexels

Natura ma w sobie coś magicznego i zakorzenione są w niej ludzkie przesądy, z których biorą swój początek m.in. baśniowe postaci i narracja. Mariana Leky, autorka powieści „Sen o okapi”, ukazuje inspiracje realizem magicznym i wprowadza czytelnika w tajemniczy klimat tej współczesnej baśni.

Natalia Prüfer

Jak się zdaje, okapi jako zwierzę właśnie dzięki Pani zyskało rozgłos. Przede wszystkim w krajach, w których wydano Pani książkę „Sen o okapi”. Przetłumaczono ją już na ponad 20 języków, w tym również na język polski. Okapi stało się symbolem. Jednej z bohaterek powieści śni się to zwierzę, a potem staje się jasne – ktoś wkrótce umrze. Nie zamierzam jednak pytać tylko o okapi, ale ogólnie o naturę. Natura nie jest tłem Pani powieści, lecz jednym z jej bohaterów. Oprócz okapi jest tu wielki, długowieczny pies Alaska czy po prostu las, z którym związane są ściśle wszystkie postaci Pani książki – te, które w nim polują, i te, które po nim spacerują. Czym jest dla Pani natura?

W 2017 r. Mariana Leky opublikowała powieść „Sen o okapi”, która znalazła się na liście bestsellerów tygodnika „Spiegel” i została przetłumaczona na ponad 20 języków. W 2017 r. Mariana Leky opublikowała powieść „Sen o okapi”, która znalazła się na liście bestsellerów tygodnika „Spiegel” i została przetłumaczona na ponad 20 języków. | © Franziska Hauser Dzieciństwo to pierwszy okres mojego życia, w którym natura stała się dla mnie bardzo ważna. Dorastałam w Kolonii, ale moi rodzice mieli domek letni w Westerwaldzie, gdzie spędzaliśmy wakacje i gdzie biegałam po lesie razem z dziećmi ze wsi. Myślę, że byłabym kimś innym, gdyby nie tamte doświadczenia. Później oddaliłam się od natury. Dorosłam, poszłam na studia. Ale im jestem starsza, tym natura znaczy dla mnie znowu coraz więcej. Zarówno w prawdziwym życiu jak i w literaturze, bo mam wrażenie, że w naturze czas płynie inaczej. Człowiek stąpa pewniej po ziemi, nawiązuje z sobą lepszy kontakt, jeśli rozgląda się wokół siebie, a przestaje koncentrować się na sobie.
Co fascynuje mnie w zwierzętach, przede wszystkim w psach – i literacko, i w prawdziwym życiu, bo sama też mam psa – to przyjemność wynikająca z faktu, że dla kogoś takiego jak ja, kto nieustannie ma do czynienia z językiem, ten język w komunikacji ze zwierzętami kompletnie się nie sprawdza. Zwierzętom jest zupełnie obojętne, co do nich mówimy. Komunikacja z nimi uruchamia inne zmysły i uważam, że to jest wspaniałe.

W innej Pani powieści pt. „Erste Hilfe” także był pies – i też olbrzymi.

Tak, to prawda. To pewnie moja słabość do dużych psów. Psy według mnie mogą służyć jako dobra metafora. W „Erste Hilfe” pies był metaforą przytłaczającego strachu, który często towarzyszy człowiekowi.

A pies Alaska ze „Snu o okapi”? Pies miał się nazywać Ból.

Tak, to prawda. Alaska jest dla mnie również metaforą ponadczasowości. Łatwiej opowiadać o kimś, kto nie umiera, jeśli tym kimś jest zwierzę, a nie człowiek.

Westerwald, miejsce akcji Pani powieści, to pasmo górskie w środkowych Niemczech, biegnące przez trzy landy: Hesję, Nadrenię Północną-Westfalię i Nadrenię Palatynat. To nie tylko góry, ale także piękne lasy, znane między innymi dzięki braciom Grimm. To oni zbierali legendy i wierzenia z tamtych regionów i je spisali. Do dziś nazywamy je baśniami. Pani też napisała baśń; „Sen o okapi” to baśń XXI wieku. Jednak Pani powieść jest o wiele łagodniejsza, bardziej przyjazna, pozbawiona przemocy. Czy inspirowała się Pani w jakimś stopniu niemieckimi baśniami?

To interesujące pytanie, tu znowu powracamy do natury. Natura ma w sobie coś magicznego, ludzie w związku z nią stworzyli wiele przesądów. Zawsze mnie to interesowało. Zwłaszcza jeśli przesądy dotyczyły lasu i wyrażały grozę. Oczywiście, jest to związane z baśniowością, zwłaszcza gdy tkwi w tym coś niesamowitego. Co zabawne, wpadłam na to dopiero teraz, kiedy Pani o tym wspomniała. Nie wzorowałam się świadomie na braciach Grimm, nie było to moim zamierzeniem. Ale ma Pani rację: las, magia, zabobony – rozumiem, co ma Pani na myśli.

Jeden z niemieckich dziennikarzy porównał „Sen o okapi” do „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren i stało się to znakiem rozpoznawczym Pani powieści. Zgadza się Pani z tym porównaniem?

Rozumiem, skąd ono się bierze, ale nie przypominam sobie na przykład, żeby w „Dzieciach z Bullerbyn” umarło jakieś dziecko. To skojarzenie z Bullerbyn wynika prawdopodobnie z tego, że perspektywa cechująca narrację Luizy jest bardzo przyjazna i życzliwa. Ale Bullerbyn to dla mnie wspaniały świat, czego właściwie nie dostrzegam w mojej powieści. Tu świat rozpada się po śmierci Martina.

Pani książkę porównałabym nie tyle do „Dzieci z Bullerbyn”, ile raczej umieściłabym ją w nurcie realizmu magicznego. Wprawdzie kojarzy się on może bardziej z literaturą latynoamerykańską, ale takie elementy jak osadzenie cudowności w życiu codziennym, dawne przesądy, fantastyczny świat natury, symbolika i tak dalej – to dla mnie wyraźne motywy tego nurtu obecne także w Pani książce. Czy realizm magiczny stanowił Pani inspirację?

Tak, jak najbardziej – strzał w dziesiątkę (śmiech). Bardzo lubię – jako czytelniczka i autorka – gdy elementy magii przedostają się do powieści realistycznej i funkcjonują tam tak, jakby były czymś normalnym. Chciałam to koniecznie osiągnąć w mojej książce.

I to się Pani udało. Skoro już rozmawiamy o literaturze dla dzieci i młodzieży, jak „Dzieci z Bullerbyn”, to chciałabym zapytać, czy „Sen o okapi” powstał z myślą o młodych czytelnikach? A może o starszych? Pani książka bardzo udatnie łączy te dwie odmienne grupy odbiorców dzięki takim bohaterom jak Luiza, Martin, Selma czy Optyk.

Okładka powieści „Sen o okapi” Okładka powieści „Sen o okapi” | @ Wydawnictwo Otwarte Miło, że to Pani mówi. Cieszę się. Nie chciałam jednak pisać książki dla młodzieży, ale cieszę się bardzo, jeśli zainteresuje ona nastolatki. Nie miałam przed oczyma żadnej konkretnej grupy czytelników. Piszę zawsze dla ludzi, którzy mają już może szkołę za sobą, ale dolna granica wieku moich czytelników nie istnieje.

Bohaterowie Pani książki są sobie bardzo bliscy. Mieszkają w jednej wsi, bardzo dobrze się znają, bez przerwy się odwiedzają, pomagają sobie. Czy taki styl życia jest w ogóle możliwy w mieście?

Myślę, że byłby możliwy, ale bardziej przekonujący jest na wsi. Łatwiej opowiedzieć historię społeczności wiejskiej, ale mogę sobie wyobrazić, że do pewnego stopnia to jest również możliwe w mieście. Zauważam to u siebie, w dzielnicy Prenzlauer Berg, gdzie mieszkam a ponieważ Berlin jest olbrzymi, ta dzielnica jest jak mała wieś. Różnica jest jednak taka, że tutaj nikt się ze sobą tak długo nie zna.

Mieszka Pani w Berlinie, ale często bywa też w Kolonii, czasem również jeździ Pani do Westerwaldu. Czy po napisaniu książki, której akcja toczy się w Westerwaldzie, zmienił się Pani stosunek do tego miejsca?

Tak, teraz jest inaczej. Moja książka wcale nie jest autobiograficzna. Nie ma w niej nikogo, kto istnieje naprawdę. Nie wzorowałam się na nikim, kogo znam. To zdumiewające, ale mimo to, gdy jestem teraz w Westerwaldzie, postrzegam to miejsce inaczej. Mam wrażenie, że na potrzeby książki wymyśliłam je na nowo. Inaczej je umiejscowiłam. Czuję się, jak w warsztacie, w którym stworzyłam coś własnego.

Wszystkich bohaterów opisuje Pani bardzo miło i ciepło. Trudno ich nie lubić, nawet jeśli mają trudny charakter, jak smutna Marlies, czy problemy z alkoholem, jak Palm. Wspomniała już Pani, że postaci te nie mają swoich pierwowzorów, ale która z nich jest Pani najbliższa? Kogo Pani najbardziej lubi?

Oboje starszych, czyli Selmę i Optyka, może nawet bardziej Optyka.

Dlaczego?

Nie wiem. Wcześniej napisałam książkę „Die Herrenausstatterin”. Pojawia się w niej starszy mężczyzna. Odgrywa w niej drugą w hierarchii główną rolę i nazywa się Blank. Gdy pisałam „Sen o okapi”, pomyślałam, że trochę w nim tym razem pozmieniam i tak powstał Optyk. Według mnie Optyk emanuje dobrem i to mi się w nim podoba. Lubię, gdy ludzie mają w sobie coś, co dodaje otuchy, a Optyk to ma. Ciekawi mnie w nim również, że choć tak bardzo brakuje mu odwagi, to przy całej swojej nieśmiałości jest jednak śmiały. Ta konstelacja cech w jego charakterze wzbudziła moje zainteresowanie.

W książce jest piękna scena, kiedy Optyk pociesza Luizę po śmierci Martina. Wprawdzie nie umie jej wytłumaczyć, dlaczego Martin umarł, ale mówi, jak Luiza jest dla niego ważna. To bardzo wzruszające. Optyk byłby świetnym dziadkiem.

Nigdy nie poznałam moich dziadków, obaj zmarli jeszcze przed moimi narodzinami. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że drzemie we mnie wciąż nieuświadomiona, dziecięca tęsknota za dziadkiem. Może w ten sposób wymyśliłam sobie dziadka.

Skoro rozmawiamy już o dawnych czasach i o dziadkach… Moim zdaniem współczesną literaturę niemiecką kojarzy się przede wszystkim z mocnym, smutnym kontekstem historycznym: z pierwszą i drugą wojną światową, potem z podziałem Niemiec. Fabuła Pani książki toczy się tu i teraz, jest bardzo uniwersalna. Czytelnik dostaje tylko dyskretne podpowiedzi: w powieści płaci się markami, nie ma jeszcze telefonów komórkowych. Czy czas akcji nie był dla Pani istotny? Czy historia i polityka w literaturze nie są dla Pani ważne?

Zajmuję się polityką i historią, ale właśnie przy pracy nad tą książką było dla mnie ważne, żeby to, co w niej się dzieje, nie było umiejscowione w konkretnym czasie. Do tego, co chciałam opowiedzieć, potrzebowałam bardzo wyobrażalnej przestrzeni, stąd też wieś. Chciałam ją opisać tak, aby niekoniecznie kojarzyła się z Westerwaldem, wszystko mogło dziać się również gdzie indziej. W gruncie rzeczy czas jest tu obojętny. Akcję powieści umiejscowiłam w latach 80-tych, ponieważ nie chciałam w niej telefonów komórkowych ani maili.

Dlaczego?

Chciałam, żeby Luizie i Frederikowi było naprawdę trudno się ze sobą komunikować, żeby pisali do siebie listy i długo musieli czekać na odpowiedź; żeby łączność telefoniczna szwankowała albo po drodze zgubił się któryś list. Z jednej strony świat miał wejść do tej książki, ale z drugiej to, co dotyczy wydarzeń dnia powszedniego, miało pozostawać jednak na zewnątrz. Niemiecki tytuł książki brzmi „To, co stąd można zobaczyć” i w historii miłosnej Luizy i Frederika chciałam przede wszystkim zbadać, na ile można zobaczyć kogoś, kogo się nie widzi, czyli poprzez listy, kiedy druga osoba nie jest obecna. Chciałam to zgłębić.

Pani ojciec był psychologiem, pracował w więzieniu, więc historie więźniów były ważnym tematem w Pani domu.

Moja mama była także psycholożką. Historie więźniów były w domu obecne, ale przede wszystkim były to historie pacjentów. Rodzice nie opowiadali nam szczegółów, nie padały żadne imiona. To było raczej tak, że rozmawiali wieczorami o „bezimiennych” pacjentach. Nie wolno nam było tego nawet słuchać, ale czasem stałam po kryjomu za drzwiami i podsłuchiwałam.

Prowadzi pani warsztaty pisarskie dla więźniów. Jaki wpływ ma to na Pani pracę? Czego można nauczyć się od więźniów?

Bardzo dobre pytanie. Na ogół jestem pytana o to, czego więźniowie mogą nauczyć się od pisarki, a nie na odwrót. Można się od nich na przykład nauczyć, że czasem wystarczy po prostu wziąć długopis do ręki. Proszę to sobie wyobrazić: w warsztatach uczestniczą niekiedy osoby, które nie napisały w swoim życiu ani linijki. Zawsze mi się wydawało, że w związku z tym będą mieli opory. Zaskakuje mnie to, że oni angażują się z niesamowitą otwartością i bez żadnych uprzedzeń. Po prostu siadają i zaczynają pisać, bez nieustannych głosów z tyłu głowy, jak u mnie, czy to, co napiszę, będzie ciekawe, dobre, trzymające w napięciu. To wszystko można jeszcze potem zobaczyć i tego można się właśnie od uczestników warsztatów nauczyć.

W czasie pandemii takie warsztaty były zapewne niemożliwe, ale jak w ogóle spędziła Pani ostatni rok? Może powstała jakaś nowa książka?

Byłoby pięknie, gdyby tak się stało. Muszę jednak najpierw powiedzieć, że byłam niesamowitą szczęściarą. Podróż promocyjną z książką „Sen o okapi” miałam już za sobą. Inni, którzy na przykład dopiero co wydali swoją książkę, nie mieli takiego szczęścia jak ja. Praca w domu w samotności nie jest dla mnie niczym nowym, zawsze tak pracuję, więc pandemia nie wymagała ode mnie jakiegoś przestawienia się, ale w domu był zawsze mój syn i ja stałam się dla niego kimś w rodzaju pomocy nauczycielskiej. Koronawirus prześladował nas też ciągle przez ostatni rok. Nie było spokoju niezbędnego do pisania. Mogłam oczywiście myśleć, tworzyć jakieś ramy książki, ale tak naprawdę nie zaczęłam pisać. Robię to tak czy owak zawsze bardzo późno.

Ale ma już Pani pomysł na nową książkę?

Byłoby przesadą tak to nazwać. Lepiej powiedzieć, że mam mały, skromny pomysł.

Taki pomyślik?

(śmieje się) Tak, pomyślik.

Czy to prawda, że „Sen o okapi” zostanie sfilmowany?

Tak, bardzo się cieszę, bo dosłownie dwa tygodnie temu przyszła wiadomość, że jest już budżet na film a to znaczy, że naprawdę można zacząć kręcić. Reżyser napisał również scenariusz. Nie mam z tym nic wspólnego, takie było moje życzenie. Bardzo cenię tego reżysera. To świetny, młody filmowiec. Nazywa się Aron Lehmann. Myślę, że jesienią zaczną się zdjęcia do filmu.

Trzymam zatem kciuki i serdecznie dziękuję za rozmowę.