Mur w naszych sercach
To był najsłynniejszy mur w naszej części Europy.
Beton, druty kolczaste, wieżyczki, pusty pas ziemi i psy.
Nie był wcale szczelniejszy od pozostałych. Nie spowodował więcej ofiar w ludziach niż inne. W swoim czasie upadł jak klocek domina, jeden z wielu w tym szeregu, ani pierwszy, ani ostatni. Lecz podczas gdy wszystkie zasieki, ustawione z dala od spojrzeń, służyły po prostu ograniczeniu naszego prawa wyboru, wdeptaniu nas w ziemię, na której żyliśmy, ukróceniu raz na zawsze kaprysu wolności, okiełznaniu naszych nadziei i niczemu więcej – tamten mur z ostentacją przecinał sam środek wielkiego miasta, oddzielając sponiewieranych od tych, których ludzkie prawa zostały uszanowane. Rozłączył rodziny, jeśli owej nocy, kiedy go po cichu stawiano, popełniły tę nieostrożność, że nie trzymały się razem. Podzielił pokonanych na tych, którzy naprawdę przegrali wojnę i tych, którzy ją mimo wszystko wygrali. Jedni i drudzy mieli w rodzinnych albumach podobne zdjęcia mężczyzn w mundurach armii pobitej pod Stalingradem. Kryteria zastosowane w kwestii podziału świata nie miały nic wspólnego ze sprawiedliwością, skoro wojnę wygrywało się przegrywając - i na odwrót. W niektórych krajach o łagodnym klimacie można było na sam koniec przystać do zwycięzców, by otrzymać po denarze, jak ci robotnicy z przypowieści, najęci przez dobrotliwego zarządcę winnicy tuż przed zmierzchem – oraz na odwrót, w ostatniej godzinie wojny zostać wykluczonym ze zwycięskiej koalicji i zasilić szeregi pokonanych. Była to kwestia szerokości geograficznej. Niewiele tu zależało od zmiennych sojuszy, od waleczności piechoty, lotnictwa i marynarki, od powszechności ruchu oporu i od desperackich powstań. Decydowało umiejscowienie na mapie, przede wszystkim położenie względem owej linii dzielącej mapę mniej więcej na pół. Położenie wygrywające – lewa strona mapy, przegrywające – prawa. Lewa strona mapy – zbawieni, prawa – strąceni w otchłań. W obserwatorach z niektórych krajów o łagodniejszym klimacie istnienie tej linii granicznej zawsze budziło pokusę przypisania mapie symetrii. Pociągająca była złudna prostota wyobrażenia, w którym świat złożony jest z dwóch połówek, rządzonych przez dwóch potężnych sponsorów. Istniały w nim dwie różne doktryny polityczne, dwa równorzędne obiegi przemysłowo-handlowe, dwie osobne przestrzenie swobodnego ruchu. Ale czy wy wiedzieliście, że my w zasadzie nie mogliśmy podróżować nawet po swojej połowie świata? - pytam, a moi przyjaciele z tamtej strony patrzą zdumieni i kręcą głowami. Nie, o tym nie wiedzieli. Potem rygory zelżały i można było co jakiś czas za pozwoleniem władzy wybrać się na górską wycieczkę do Czechosłowacji, po zakupy do Wschodnich Niemiec albo na plażę do Bułgarii. Ale nie do Moskwy. Do Moskwy nigdy, chyba że służbowo, na wezwanie stamtąd, w szczególnych wypadkach. Do Moskwy już łatwiej nawet było się dostać z tych krajów o łagodniejszym klimacie, leżących poza murem. Pod koniec narastał bałagan, utrzymać nas w ryzach było już zbyt trudno i wtedy nam także udawało się przy odpowiednich staraniach pojechać na wakacje na tamtą stronę, ma się rozumieć, bez pieniędzy, bo nasze pieniądze, jak się okazało, nie były prawdziwe. Ale do Moskwy – nie. Chociaż wszystkich nas nauczono rosyjskiego, to przecież nie po to, żebyśmy sobie podróżowali dokąd przyjdzie nam ochota. Nie był to przypadek, chodziło tu o najbardziej podstawową z zasad naszego świata: żadnych fanaberii.
Teraz upadek tego muru wyznacza granice epok. Stał bowiem od frontu. Za nim my wszyscy, sto milionów ludzi. Jeśli po tamtej stronie ulica pachniała kawą i perfumami, to po tej unosiła się ciężko w powietrzu mieszanina stęchlizny i tanich środków czystości. Jeśli tam wolno było mieć osobiste pragnienia, marzenia, porywy namiętności i tajemnice, tu trzeba się było ze wszystkiego wytłumaczyć przed kolektywem. Im bardziej wymownie okazywały tamtym szacunek rządy, zabiegające o ich drogocenne głosy, tym jaśniej pokazywano nam na każdym kroku, w szkole, w wojsku i na porodówce, że dla naszych władz jesteśmy nikim i nic nie znaczymy. Jeśli tam sklepy kusiły przechodniów pięknymi witrynami, nas karmiono tanio, ubierano oszczędnie, jak w sierocińcu. Ale mniejsza o sklepy i witryny, w gruncie rzeczy najbardziej bolesne było poniżenie. Dlatego zabroniony i śmiertelnie niebezpieczny ruch przez mury i zasieki odbywał się tylko w jednym kierunku: stąd tam. Mur prezentował się inaczej z tej i z tamtej strony. Od zewnątrz był dziwnym elementem krajobrazu, pokrytym jaskrawymi kolorami graffiti. Od wewnątrz był pułapką i więzieniem.
Od czasu do czasu po naszej stronie świata na ulicach pojawiały się czołgi, to tu, to tam. Było to nieuniknione ze względu na fanaberie: leżą w naturze ludzkiej i nawet ten, kto zdobył władzę absolutną, nie jest w stanie wyplenić ich raz na zawsze. W takich momentach po lepszej stronie wiadomej linii wszyscy zastygali w przerażeniu na parę chwil – czy tym razem krucha równowaga sił się nie załamie, czy różnica potencjałów po obu stronach nie zechce się wyrównać w gwałtowny i okrutny sposób. Czołgi chrzęściły gąsienicami sunąc po asfalcie, ich wieżyczki obracały się powoli i kierowały lufy w tłum. To my byliśmy tym tłumem. Cieszyliśmy się sympatią telewizyjnej widowni po tamtej stronie. Budziliśmy zniecierpliwienie tamtejszych polityków, odczuwających ciężar odpowiedzialności za utrzymanie pokoju. Znowu czegoś chcieliśmy. Przeciągaliśmy strunę. Czyż pokój nie był wart podzielenia świata na dwie połowy zaraz po wielkiej wojnie? Pytanie należy uważać za czysto retoryczne. Jeśli był tego wart, to do nas należało w imię pokoju położyć uszy po sobie i nie stawiać żądań, od których wszystko może się zawalić. Pokój wart jest każdej ceny, powtarzano po tamtej stronie, gdzie nikt nie musiał sięgać do własnej kieszeni, żeby za niego zapłacić. A my tego nie rozumieliśmy. Nam się chwilami wydawało, że nic nie jest warte opresji, która niszczyła nasze życie. A czy wy wiedzieliście, że to my zapłaciliśmy za pięćdziesiąt lat waszego pokojowego raju? - pytam moich przyjaciół z tamtej strony. Nie odpowiadają, z lekka dotknięci. Zadają mi zamiast tego inne pytanie: czyżbym myślała, że ich zamiarem było wpędzić nas w niewolę i poniżające ubóstwo? Po tamtej wojnie nikt już nie miał siły dalej walczyć, mówią z udręką w oku. Trzeba było w którymś momencie ustąpić, trzeba się było na coś zgodzić, żeby wreszcie zacząć normalnie żyć, żeby uprzątnąć gruz i zająć się odbudową. Trzeba było coś oddać. I tym czymś, co należało oddać, byliśmy my, zagubione plemiona, rzucone w surowy klimat kontroli i dyscypliny. Moi przyjaciele mają słuszność, nie można obwiniać ich o to, co się z nami stało. To nasz sponsor wznosił mury. Ich sponsor – przeciwnie – w razie potrzeby gotów był nie licząc kosztów przerzucać mosty powietrzne ponad blokadami. Ale poczucie solidarności waszego sponsora sięgało jednak tylko do wiadomej linii, wtrącam. Uśmiechają się kącikiem ust - oni także nie byli z niego całkiem zadowoleni, chociaż z zupełnie innych powodów.
Jak to: niezadowoleni? W głowach im się poprzewracało, powiedziałby każdy z nas, nie zastanawiając się ani chwili. Oburzony do głębi. Nie dlatego, że kochamy ich sponsora. Nie, nie myślcie, że go kochamy. To on zgodził się zrobić ze stu milionów ludzi miły prezent naszemu sponsorowi, który, gdy tylko znaleźliśmy się w jego mocy, dobrał nam się do skóry i ukarał wszystkich, jednych za niewłaściwe sojusze, innych za te właściwe, sam bowiem zmieniał je w przeszłości jak rękawiczki, więc jedni i drudzy najpierw albo potem zdążyli mu się narazić, a trzeba przyznać, że niczego nie zapominał, jednym nie darował tego, innym tamtego. Staliśmy więc wszyscy razem, sto milionów ludzi oddanych w niewolę w imię pokoju dla świata, patrząc, jak zamykają się granice. Zasieki rwały tę część świata na strzępy, by słówko „my” nie mogło objąć stu milionów ludzi. I staliśmy osobno, sto milionów ludzi podzielonych zasiekami, zmęczonych własnym cierpieniem, niechętnych sąsiadom i całemu światu, który postanowił obejść się bez nich. Zamkniętym między zimnym morzem i trzema pasmami zasieków, nasz sponsor nie wybaczył nam emigracyjnego rządu, ścigał nas za krajowy ruch oporu i za desperackie powstanie. Zamiast orderów – prycza za kratkami albo kulka w potylicy. I nie było nam wolno nawet pisnąć, że jesteśmy z czegoś niezadowoleni. A skoro z konieczności zamilkliśmy, zdecydowani odtąd ukrywać prywatne niezadowolenie, żeby przetrwać, bo każdy przecież chce przetrwać, nawet zwierzęta rzeźne, nawet dżdżownice, zdecydowani pod przymusem śpiewać wymagane pieśni i wznosić narzucone okrzyki - przedmiotem dociekliwych śledztw stały się nasze niedomówienia, uśmiechy, krzywe spojrzenia i żarty.
Po drugiej stronie sądzono, że w końcu nie dzieje się nam aż taka wielka krzywda. Nasz los nie był wcale tragiczny, zakładano, że u nas także da się jakoś żyć. Słusznie, dawało się. Mieliśmy chleb, mieliśmy wódkę i mieliśmy nawet tańce. Dla wytrwałych i posłusznych otwarta była droga dwuznacznej kariery. Nie byliśmy w końcu tacy niewinni, o tym wiedziano i po drugiej stronie. Uwodziliśmy, zdradzaliśmy i porzucaliśmy, jak wszyscy, jak wszędzie. Niektórzy mieli na sumieniu drobne oszustwa albo zgoła – takie czasy – krew na rękach. A później pojawiły się lodówki i małe samochodziki na talony. Talony dawali za dobre sprawowanie, chociaż trzeba było też mieć odrobinę szczęścia. I to szczęście się teraz pamięta, szczęście pomieszane z poniżeniem, tak z nim splątane, że trudno już odróżnić jedno od drugiego.
Niezbyt ładne rozwiązanie, ale tysiąc razy lepsze od wojny, mówiono po tamtej stronie, gdy mur podzielił miasto. Kiedy upadał, w piwiarniach rozlewano darmowe piwo, trąbiły klaksony w całym mieście, zupełnie obcy ludzie padali sobie w objęcia. W euforii tamtej nocy, wśród wiwatów, wydawało się mieszkańcom obu światów, że wszyscy ludzie są braćmi a przeszłość nie ma już żadnego znaczenia.
U nas przyglądano się telewizyjnym migawkom wstrzymując oddech. Bloki betonu chwiały się i upadały pod naporem buldożera. Wzdychaliśmy, oglądając na gazetowych zdjęciach wyciągnięte ręce, łączące się w braterskim uścisku. To jesienne święto odbywało się bez nas. My świętowaliśmy wcześniej, pod koniec wiosny, wrzucając kartki do urn wyborczych, po raz pierwszy w naszym życiu - prawdziwych. I widząc upadający blok betonu, martwiliśmy się, czy nie przewróciliśmy naszej kostki domina przedwcześnie. Kiedy już wszystkie runą, to czy na koniec nas nie przygniecie? Nie przygniotło nas. Pomału zaczynaliśmy na nowo wierzyć w przyszłość. Przyzwyczajaliśmy się do myśli, że przyszłość nie musi koniecznie być przedłużeniem katastrofy. Na początek rozdano nam paszporty. Mogliśmy odtąd trzymać je w szufladach.
Przedsiębiorstwa budowlane przystąpiły do planowej rozbiórki pokazowego muru stojącego w samym środku Europy. Użytych zostało 175 ciężarówek, 65 dźwigów, 55 koparek i 13 buldożerów. Mur pocięto i rozprzedano w pamiątkowych kawałkach, które rozproszyły się po świecie. Kilkanaście tysięcy agentów Stasi znalazło zatrudnienie w różnych instytucjach zjednoczonego państwa – również w telefonii i w bankowości. Podobno wnieśli własne standardy i gwarantowaną skuteczność działania. Co się stało z psami – nie wiadomo. Postmodernistyczne pałace rozrosły się w pustych rewirach, w których kiedyś gwizdał wiatr. Trudno dziś znaleźć ślady muru. A w każdym razie trudno znaleźć je tam, gdzie stał. Teraz mur stoi gdzie indziej. Stoi w naszych sercach. Niewidoczny mur dzieli dwie strony pamięci. Różnica potencjałów utrzymuje w pionie przezroczyste bloki betonu. Zniknie dopiero wtedy, kiedy odejdziemy my wszyscy – pokolenia pamiętające podzielony świat. Zakotwiczone w przeszłości, ci po jednej stronie poczuciem nienaprawialnych krzywd, ci po drugiej wspomnieniem raju, który nie wróci.
Beton, druty kolczaste, wieżyczki, pusty pas ziemi i psy.
Nie był wcale szczelniejszy od pozostałych. Nie spowodował więcej ofiar w ludziach niż inne. W swoim czasie upadł jak klocek domina, jeden z wielu w tym szeregu, ani pierwszy, ani ostatni. Lecz podczas gdy wszystkie zasieki, ustawione z dala od spojrzeń, służyły po prostu ograniczeniu naszego prawa wyboru, wdeptaniu nas w ziemię, na której żyliśmy, ukróceniu raz na zawsze kaprysu wolności, okiełznaniu naszych nadziei i niczemu więcej – tamten mur z ostentacją przecinał sam środek wielkiego miasta, oddzielając sponiewieranych od tych, których ludzkie prawa zostały uszanowane. Rozłączył rodziny, jeśli owej nocy, kiedy go po cichu stawiano, popełniły tę nieostrożność, że nie trzymały się razem. Podzielił pokonanych na tych, którzy naprawdę przegrali wojnę i tych, którzy ją mimo wszystko wygrali. Jedni i drudzy mieli w rodzinnych albumach podobne zdjęcia mężczyzn w mundurach armii pobitej pod Stalingradem. Kryteria zastosowane w kwestii podziału świata nie miały nic wspólnego ze sprawiedliwością, skoro wojnę wygrywało się przegrywając - i na odwrót. W niektórych krajach o łagodnym klimacie można było na sam koniec przystać do zwycięzców, by otrzymać po denarze, jak ci robotnicy z przypowieści, najęci przez dobrotliwego zarządcę winnicy tuż przed zmierzchem – oraz na odwrót, w ostatniej godzinie wojny zostać wykluczonym ze zwycięskiej koalicji i zasilić szeregi pokonanych. Była to kwestia szerokości geograficznej. Niewiele tu zależało od zmiennych sojuszy, od waleczności piechoty, lotnictwa i marynarki, od powszechności ruchu oporu i od desperackich powstań. Decydowało umiejscowienie na mapie, przede wszystkim położenie względem owej linii dzielącej mapę mniej więcej na pół. Położenie wygrywające – lewa strona mapy, przegrywające – prawa. Lewa strona mapy – zbawieni, prawa – strąceni w otchłań. W obserwatorach z niektórych krajów o łagodniejszym klimacie istnienie tej linii granicznej zawsze budziło pokusę przypisania mapie symetrii. Pociągająca była złudna prostota wyobrażenia, w którym świat złożony jest z dwóch połówek, rządzonych przez dwóch potężnych sponsorów. Istniały w nim dwie różne doktryny polityczne, dwa równorzędne obiegi przemysłowo-handlowe, dwie osobne przestrzenie swobodnego ruchu. Ale czy wy wiedzieliście, że my w zasadzie nie mogliśmy podróżować nawet po swojej połowie świata? - pytam, a moi przyjaciele z tamtej strony patrzą zdumieni i kręcą głowami. Nie, o tym nie wiedzieli. Potem rygory zelżały i można było co jakiś czas za pozwoleniem władzy wybrać się na górską wycieczkę do Czechosłowacji, po zakupy do Wschodnich Niemiec albo na plażę do Bułgarii. Ale nie do Moskwy. Do Moskwy nigdy, chyba że służbowo, na wezwanie stamtąd, w szczególnych wypadkach. Do Moskwy już łatwiej nawet było się dostać z tych krajów o łagodniejszym klimacie, leżących poza murem. Pod koniec narastał bałagan, utrzymać nas w ryzach było już zbyt trudno i wtedy nam także udawało się przy odpowiednich staraniach pojechać na wakacje na tamtą stronę, ma się rozumieć, bez pieniędzy, bo nasze pieniądze, jak się okazało, nie były prawdziwe. Ale do Moskwy – nie. Chociaż wszystkich nas nauczono rosyjskiego, to przecież nie po to, żebyśmy sobie podróżowali dokąd przyjdzie nam ochota. Nie był to przypadek, chodziło tu o najbardziej podstawową z zasad naszego świata: żadnych fanaberii.
Teraz upadek tego muru wyznacza granice epok. Stał bowiem od frontu. Za nim my wszyscy, sto milionów ludzi. Jeśli po tamtej stronie ulica pachniała kawą i perfumami, to po tej unosiła się ciężko w powietrzu mieszanina stęchlizny i tanich środków czystości. Jeśli tam wolno było mieć osobiste pragnienia, marzenia, porywy namiętności i tajemnice, tu trzeba się było ze wszystkiego wytłumaczyć przed kolektywem. Im bardziej wymownie okazywały tamtym szacunek rządy, zabiegające o ich drogocenne głosy, tym jaśniej pokazywano nam na każdym kroku, w szkole, w wojsku i na porodówce, że dla naszych władz jesteśmy nikim i nic nie znaczymy. Jeśli tam sklepy kusiły przechodniów pięknymi witrynami, nas karmiono tanio, ubierano oszczędnie, jak w sierocińcu. Ale mniejsza o sklepy i witryny, w gruncie rzeczy najbardziej bolesne było poniżenie. Dlatego zabroniony i śmiertelnie niebezpieczny ruch przez mury i zasieki odbywał się tylko w jednym kierunku: stąd tam. Mur prezentował się inaczej z tej i z tamtej strony. Od zewnątrz był dziwnym elementem krajobrazu, pokrytym jaskrawymi kolorami graffiti. Od wewnątrz był pułapką i więzieniem.
Od czasu do czasu po naszej stronie świata na ulicach pojawiały się czołgi, to tu, to tam. Było to nieuniknione ze względu na fanaberie: leżą w naturze ludzkiej i nawet ten, kto zdobył władzę absolutną, nie jest w stanie wyplenić ich raz na zawsze. W takich momentach po lepszej stronie wiadomej linii wszyscy zastygali w przerażeniu na parę chwil – czy tym razem krucha równowaga sił się nie załamie, czy różnica potencjałów po obu stronach nie zechce się wyrównać w gwałtowny i okrutny sposób. Czołgi chrzęściły gąsienicami sunąc po asfalcie, ich wieżyczki obracały się powoli i kierowały lufy w tłum. To my byliśmy tym tłumem. Cieszyliśmy się sympatią telewizyjnej widowni po tamtej stronie. Budziliśmy zniecierpliwienie tamtejszych polityków, odczuwających ciężar odpowiedzialności za utrzymanie pokoju. Znowu czegoś chcieliśmy. Przeciągaliśmy strunę. Czyż pokój nie był wart podzielenia świata na dwie połowy zaraz po wielkiej wojnie? Pytanie należy uważać za czysto retoryczne. Jeśli był tego wart, to do nas należało w imię pokoju położyć uszy po sobie i nie stawiać żądań, od których wszystko może się zawalić. Pokój wart jest każdej ceny, powtarzano po tamtej stronie, gdzie nikt nie musiał sięgać do własnej kieszeni, żeby za niego zapłacić. A my tego nie rozumieliśmy. Nam się chwilami wydawało, że nic nie jest warte opresji, która niszczyła nasze życie. A czy wy wiedzieliście, że to my zapłaciliśmy za pięćdziesiąt lat waszego pokojowego raju? - pytam moich przyjaciół z tamtej strony. Nie odpowiadają, z lekka dotknięci. Zadają mi zamiast tego inne pytanie: czyżbym myślała, że ich zamiarem było wpędzić nas w niewolę i poniżające ubóstwo? Po tamtej wojnie nikt już nie miał siły dalej walczyć, mówią z udręką w oku. Trzeba było w którymś momencie ustąpić, trzeba się było na coś zgodzić, żeby wreszcie zacząć normalnie żyć, żeby uprzątnąć gruz i zająć się odbudową. Trzeba było coś oddać. I tym czymś, co należało oddać, byliśmy my, zagubione plemiona, rzucone w surowy klimat kontroli i dyscypliny. Moi przyjaciele mają słuszność, nie można obwiniać ich o to, co się z nami stało. To nasz sponsor wznosił mury. Ich sponsor – przeciwnie – w razie potrzeby gotów był nie licząc kosztów przerzucać mosty powietrzne ponad blokadami. Ale poczucie solidarności waszego sponsora sięgało jednak tylko do wiadomej linii, wtrącam. Uśmiechają się kącikiem ust - oni także nie byli z niego całkiem zadowoleni, chociaż z zupełnie innych powodów.
Jak to: niezadowoleni? W głowach im się poprzewracało, powiedziałby każdy z nas, nie zastanawiając się ani chwili. Oburzony do głębi. Nie dlatego, że kochamy ich sponsora. Nie, nie myślcie, że go kochamy. To on zgodził się zrobić ze stu milionów ludzi miły prezent naszemu sponsorowi, który, gdy tylko znaleźliśmy się w jego mocy, dobrał nam się do skóry i ukarał wszystkich, jednych za niewłaściwe sojusze, innych za te właściwe, sam bowiem zmieniał je w przeszłości jak rękawiczki, więc jedni i drudzy najpierw albo potem zdążyli mu się narazić, a trzeba przyznać, że niczego nie zapominał, jednym nie darował tego, innym tamtego. Staliśmy więc wszyscy razem, sto milionów ludzi oddanych w niewolę w imię pokoju dla świata, patrząc, jak zamykają się granice. Zasieki rwały tę część świata na strzępy, by słówko „my” nie mogło objąć stu milionów ludzi. I staliśmy osobno, sto milionów ludzi podzielonych zasiekami, zmęczonych własnym cierpieniem, niechętnych sąsiadom i całemu światu, który postanowił obejść się bez nich. Zamkniętym między zimnym morzem i trzema pasmami zasieków, nasz sponsor nie wybaczył nam emigracyjnego rządu, ścigał nas za krajowy ruch oporu i za desperackie powstanie. Zamiast orderów – prycza za kratkami albo kulka w potylicy. I nie było nam wolno nawet pisnąć, że jesteśmy z czegoś niezadowoleni. A skoro z konieczności zamilkliśmy, zdecydowani odtąd ukrywać prywatne niezadowolenie, żeby przetrwać, bo każdy przecież chce przetrwać, nawet zwierzęta rzeźne, nawet dżdżownice, zdecydowani pod przymusem śpiewać wymagane pieśni i wznosić narzucone okrzyki - przedmiotem dociekliwych śledztw stały się nasze niedomówienia, uśmiechy, krzywe spojrzenia i żarty.
Po drugiej stronie sądzono, że w końcu nie dzieje się nam aż taka wielka krzywda. Nasz los nie był wcale tragiczny, zakładano, że u nas także da się jakoś żyć. Słusznie, dawało się. Mieliśmy chleb, mieliśmy wódkę i mieliśmy nawet tańce. Dla wytrwałych i posłusznych otwarta była droga dwuznacznej kariery. Nie byliśmy w końcu tacy niewinni, o tym wiedziano i po drugiej stronie. Uwodziliśmy, zdradzaliśmy i porzucaliśmy, jak wszyscy, jak wszędzie. Niektórzy mieli na sumieniu drobne oszustwa albo zgoła – takie czasy – krew na rękach. A później pojawiły się lodówki i małe samochodziki na talony. Talony dawali za dobre sprawowanie, chociaż trzeba było też mieć odrobinę szczęścia. I to szczęście się teraz pamięta, szczęście pomieszane z poniżeniem, tak z nim splątane, że trudno już odróżnić jedno od drugiego.
Niezbyt ładne rozwiązanie, ale tysiąc razy lepsze od wojny, mówiono po tamtej stronie, gdy mur podzielił miasto. Kiedy upadał, w piwiarniach rozlewano darmowe piwo, trąbiły klaksony w całym mieście, zupełnie obcy ludzie padali sobie w objęcia. W euforii tamtej nocy, wśród wiwatów, wydawało się mieszkańcom obu światów, że wszyscy ludzie są braćmi a przeszłość nie ma już żadnego znaczenia.
U nas przyglądano się telewizyjnym migawkom wstrzymując oddech. Bloki betonu chwiały się i upadały pod naporem buldożera. Wzdychaliśmy, oglądając na gazetowych zdjęciach wyciągnięte ręce, łączące się w braterskim uścisku. To jesienne święto odbywało się bez nas. My świętowaliśmy wcześniej, pod koniec wiosny, wrzucając kartki do urn wyborczych, po raz pierwszy w naszym życiu - prawdziwych. I widząc upadający blok betonu, martwiliśmy się, czy nie przewróciliśmy naszej kostki domina przedwcześnie. Kiedy już wszystkie runą, to czy na koniec nas nie przygniecie? Nie przygniotło nas. Pomału zaczynaliśmy na nowo wierzyć w przyszłość. Przyzwyczajaliśmy się do myśli, że przyszłość nie musi koniecznie być przedłużeniem katastrofy. Na początek rozdano nam paszporty. Mogliśmy odtąd trzymać je w szufladach.
Przedsiębiorstwa budowlane przystąpiły do planowej rozbiórki pokazowego muru stojącego w samym środku Europy. Użytych zostało 175 ciężarówek, 65 dźwigów, 55 koparek i 13 buldożerów. Mur pocięto i rozprzedano w pamiątkowych kawałkach, które rozproszyły się po świecie. Kilkanaście tysięcy agentów Stasi znalazło zatrudnienie w różnych instytucjach zjednoczonego państwa – również w telefonii i w bankowości. Podobno wnieśli własne standardy i gwarantowaną skuteczność działania. Co się stało z psami – nie wiadomo. Postmodernistyczne pałace rozrosły się w pustych rewirach, w których kiedyś gwizdał wiatr. Trudno dziś znaleźć ślady muru. A w każdym razie trudno znaleźć je tam, gdzie stał. Teraz mur stoi gdzie indziej. Stoi w naszych sercach. Niewidoczny mur dzieli dwie strony pamięci. Różnica potencjałów utrzymuje w pionie przezroczyste bloki betonu. Zniknie dopiero wtedy, kiedy odejdziemy my wszyscy – pokolenia pamiętające podzielony świat. Zakotwiczone w przeszłości, ci po jednej stronie poczuciem nienaprawialnych krzywd, ci po drugiej wspomnieniem raju, który nie wróci.











