Dagmara Kraus

frustum antike


zooodor, agora. auf einen streunenden krötenpanzer
gezoomt auf dem weg nach eleusis, marodeur
einer rotte korah, mänadengesindes – nur uriger,
viel antiker noch als die archaische kreidekliffküste
von tempeln oberhalb plakas budiken, bazaren,
angedienten lavendels im nahunendlichpunkt
jeder blendenöffnung, dachte ich, ruinen, dekor
ohnehin vor belanglosem blaugrund, und löschte
kurzerhand alles, was da war, gefügelos noch,
wie musivisch, vom chip meiner nipponnikon :
kouroitorsi, stelen, tempel; alle flügellahmen
sphingen, die hermen, zieratarmen fibelnexempel;
die bleiche geometrie der nasen, die kylix der nike,
sämtliche scherben, neunerlei vasen, attische
hieratikareste; den gesammelten schliemannschatz,
sozusagen digital gebunkert, habe ich eingetauscht
gegen gemaserte skelettkapsel, ein mimodram
patts, anspruchsloser hornornamentik. ich habe
schildkrötenbilder gemacht, ganze alben davon,
schier riesige mengen; schlurfte mir doch durch
kerameikos’ tonscherben ungefirnisstes schildkrot,
starr, trocken; ein bisterbilchgraues schildrücken-
grün eines seltsamen knochens in quasi kuppliger
plattenanordnung; ein altathenischer athlet,
chelonitisches hermäon. schildener zuwachs für
alle kümmerer, kudus, tigons, urubus, kusus und
hufeisennasen meiner menagerie. und der panzer
schlich weiter, es imminierte schon mimikry,
da lichtete ich noch den schuppigen krötkopf ab,
der behutsam leicht wegglitt in seine grobraue,
schinnige, irgendwie schlaue steingleichheit :
ein antiker zippus, alles andere aber als mansuet,
nicht einmal halbzahm, dieser wiedergänger der phryne

okruch antyku


odór jak w zoo, agora, zoom na pancerz drepczącego żółwia
w drodze do eleusis, to maruder z dzikiej hordy, orszaku
bachantek – tylko bardziej pierwotny, o wiele bardziej
antyczny niż archaiczne kredowe wybrzeże klifowe
zwieńczone świątyniami, ponad budkami i bazarami plaki,
gdzie oferują lawendę w makronieskończoności każdego
otwarcia przysłony, ruiny, pomyślałam, tak czy owak
dekoracja na tle nic nieznaczącego błękitu, i wymazałam bez
zastanowienia wszystko, co tam było, jeszcze niepowiązane
w całość, jak mozaika, z chipa w moim japońskim nikonie :
stojące torsy, stele, świątynie; wszelkie sfinksy o
zdrętwiałych skrzydłach, hermy, toporne zapinki;
blada geometria nosów, kyliks nike, tyle tych skorup,
dziewięć rodzajów waz, pozostałości hieratyki attyckiej;
cały skarb priama, poniekąd w cyfrowym magazynie,
wymieniłam na mazerowaną kopułę szkieletu,
mimodram szylkretu i skromnej ornamentyki rogowej.
zrobiłam żółwiowi mnóstwo zdjęć, całe albumy,
wprost ogromne ilości; człapałam wszak wśród
ceramicznych skorup niepokostowanego szylkretu,
zastygłego, suchego; trupio szara zieleń żółwiowego
grzbietu, tej osobliwej kości z jakby wypukle ułożonych
płytek; staroateński atleta, cheloniczny hermajon,
rogowy przyrost u wszelkich niedorostów w mojej
menażerii, kudu, tyglwów, urubu, kusu i podkowców,
a pancerz pełzał dalej i był już bliski mimikry,
wtedy sfotografowałam jeszcze pokryty łuskami
żółwiowy łebek, który ostrożnie i lekko wślizgnął się
z powrotem w swoją grubo-szorstką, łupieżową,
w pewnym sensie cwaną kamienną obojętność :
antyczny cippus, ale bynajmniej nie płochliwy, nawet
w połowie nie obłaskawiony ten powracający duch fryne