Christian Lehnert

Die Freifläche 

Massenhaft Erinnerungen, die keiner mehr fortschafft:
Streng, die damnatio memoriae vollstreckte der Giersch, doch
läßt er verstreute Kunststoffe unschlüssig aus, und der Herbstwind
geht über leere Kanister, Schläuche … Beschildete Asseln
huschen ins Innere öliger Städte, ummanteltes Kupfer. 
 
           Wälder, ihr treuen Dämonen,
           nachts noch den Seelen geneigt,
           Schatten, um uns zu schonen,
           wenn keine Hausung mehr bleibt.  
 
Wälder wollen vergessen. Im moosfaulen Dickicht verrottet,
was etwas galt im Sommer. Doch anders die Brachen, sie sammeln
Namen-, Haltloses, lassen das Schiffchen Wirklichkeit schaukeln   
wie eine Wespe auf einem Knochen. Dort sitzen die Falter
starr, wie an Bruchholz genadelt, mit Signaturen versehen.  
Dinge stehen Hand in Hand und schweigen und harren … 
 
           Wälder, so hoch und so tief,
           atmen ohne zu wissen, 
           weil die letzte Stille sie rief
           aus der Zeit und dem Gewissen.
 
Wirre Seelen, Federgeistchen tanzen im Dämmern,
Schwarzspanner summen, wandeln Blüten in giftige Beeren. 
Eingefaltete Glieder, in Gespinsten die Schwärmer
warten lange, reglos, bis sich die Körper vollenden,
Adern sich strecken in ausgespannte rauchbraune Flügel. 
 
Funkelndes Irrlicht, zu führen durchs Dunkel, schleicht eine Katze 
mir voran, umkreist mich schnurrend, sie läßt sich nicht streicheln,
sucht mich, weist mir Pfade … Wohin? Sie weiß von dem Dickicht
anderes … was unter Grasnarben, unter den Wurzeln verborgen,
kellerscheu, ädrig liegt? Ganz deutlich: Sie ist nicht zu Hause,
auch nicht, wie ich, ein Passant. Sie klettert nicht nach den Nestern …  
 
           Die Katze, zugelaufen wie ein Vers, sie hieß
           „die große Form“, acht Kilo – ein Chassid
           aus Schlesien? Seelenwandernd, offnes Lid
           im Schlaf. Sie quält nicht, daß man sie verstieß,
           die Seele schmerzt sie, denn sie weiß ja nicht …
           Wie soll sie weitergeben, was der Rabbi spricht?
           Wie kann sie ruhen, wo sie niemals war? 
           Im Gras dort, neben Asche, ausgewürgtem Haar?
 

Teren niezabudowany 

Masowo wspomnienia, których już nikt nie usunie:
Surowego damnatio memoriae dokonuje podagrycznik, niezdecydowany
pozostawia jednak tu i ówdzie tworzywa sztuczne, wiatr jesienny
owiewa puste kanistry i szlauchy… Opancerzone stonogi przemykają
do poplamionych olejem śródmieść, miedziane kable w izolacji. 
 
           O lasy, wierne demony,
           przychylne duszom, gdy noc ciemna,
           wasz cień nas zdolny ochronić,
           gdy już nad głową dachu nie ma.  
 
Lasy pragną zapomnieć. W omszałej gnilnej gęstwinie trwa rozkład tego,
co latem miało znaczenie. Inaczej zaś ugory, na których się gromadzi,
co bezimienne, niestałe, rzeczywistości stateczek kołysze się na nich
jak osa na kości. Znieruchomiałe tam siedzą motyle,
jak przyszyte do połamanych drzew, zaopatrzonych w sygnatury.  
Rzeczy stoją ręka w rękę i milczą, czekają… 
 
           Lasy wysokie, przepastne,
           bezwiedne wydają tchnienia, 
           bo głos je wzywa ostatniej
           ciszy z pęt czasu, sumienia.
 
Błądzące dusze i  piórolotki pląsają o zmierzchu,
bieski murzynki furczą, zmieniają kwiaty w trujące jagody. 
Ze złożonymi członkami ćmy w pajęczynach czekają
długo, bez ruchu, dopóki ich ciała nie osiągną wzrostu
i żyły się nie rozepną w rozpostartych burych skrzydłach.
 
Migoczący błędny ognik, który prowadzi przez ciemność, to kot, co
przede mną skrada się, okrąża mnie mrucząc, lecz głaskać się nie pozwala,
szuka mnie, ścieżki wskazuje… Dokąd? Gęstwinę zna z innej strony...
on wie, co pod darniną ukryte, pod korzeniem leży pożyłkowane, co
boi się piwnicy? Rzecz zatem ewidentna: on tutaj nie jest u siebie ani,
jak ja, przechodniem. Ani do gniazd się nie wspina…  
 
           Kot, przybłęda jak wiersz, co się zowie
           „wielka forma“, osiem kilo – ze Śląska
           chasyd? Dusza we śnie wędrująca,
           nie dręczy cię mimo otwartych powiek
           kot aż tak, żeby go wygnać, to rani
           duszę, bo nie wie... Jak przekazać, co mówi rabbi?
           W jakim miejscu, gdzie nigdy nie był, przyznać miejsce kotu? 
           Tam w trawie, obok popiołu i wyrzyganych włosów?