Katja Lange-Müller: „Drehtür“ – „Drzwi obrotowe“

Fragment powieści Katji Lange-Müller: „Drehtür“ – „Drzwi obrotowe“ w tłumaczeniu Urszuli Poprawskiej

Copyright © Kiepenheuer & Witsch, Köln, 2016
Przedruk fragmentu dzięki wsparciu i uprzejmości wydawnictwa Kiepenheuer & Witsch
Copyright © polski przekład Urszula Poprawska

I już jak w kinie widzę przed sobą kolejną scenę: uważne oczy pobożnych sióstr badają każdy zakątek Kalkuty w poszukiwaniu śmiertelnie chorych ludzi, których one – cztery siostry, osiem rąk, osiem nóg i za każdym razem kupka znalezionej nędzy – gorliwie przekładają na nosze a w końcu transportują do szpitala (…)
Dlaczego ktoś pomaga, czy wynika to z manii wielkości, czy z postawy ateistyczno-humanitarnej, czy z rachuby na niebo, a więc z niezupełnie bezinteresownej chrześcijańskiej miłości bliźniego, nie jest ważne; na początek wystarczy, że ten ktoś nie odwraca wzroku, tylko podwija rękawy i bierze się do roboty. A jeśli nędzarze umierają na gruźlicę, aids, raka albo po prostu z wycieńczenia, to przynajmniej z plastikowym prześcieradłem pod tyłkiem na polowym łóżku. Gdy jest się zmuszonym albo gdy los zsyła okazję, by znosić bóle niedające się znieść aspiryną, jak niegdyś nasz Zbawiciel – tak widziała to błogosławiona Matka Teresa – lecz przy tym zostaje się pocieszonym i, całkiem możliwe, jeszcze nawróconym i ochrzczonym, dosłownie w ostatniej chwili, to z pewnością ma się w kieszeni bilet do nieba, choć, jak wiadomo, w śmiertelnych koszulach kieszeni nie ma.
Nie, nie chcę teraz niczego negować, także milionowych datków, które do zgromadzenia Matki Teresy od dziesiątków lat płynęły jak woda, którą te oblubienice Ukrzyżowanego szafują prawdziwie wielkodusznie; zrobili to już inni.
A ty, który jesteś daleko, choć nieustannie kasujesz euro, raczej nic nie wiesz. Nie jesteś przecież papieżem ani nawet siostrą w szpitalu, tak samo jak ja.
 
Siostra szpitalna – to określenie pochodzi od pierwszych sióstr, które przeważnie były mniszkami, czyli siostrami w zakonach; brzmi ono tak, jakby wszystkie tamte siostry – jakbyśmy my wszystkie były siostrami szpitalnymi, przynajmniej tak długo, jak długo pełnimy – znowu głupie słowo – nasz zawód, jakbyśmy były spokrewnione ze wszystkimi chorymi, którzy istnieli, istnieją i będą istnieć na ziemi. O pielęgniarzach nikt jednak nie powie bracia szpitalni, choć ich protoplaści służyli w tym czy innym katolickim zakonie. Ich następcy, na przykład mnisi w Nirmal Hriday służą w zakonie i dziś; lecz nawet oni, choć pomiędzy sobą zapewne nazywają się braćmi, nie pozwalają na to umierającym. A umrzeć pewnego dnia będą musieli nawet mnisi z Nirmal Hriday; umiera każdy. Na tym zasadza się nasze całe, jedyne pokrewieństwo!  
Nie lubię się nad tym zastanawiać, lecz jeśli tak jak teraz nie da się tego po prostu uniknąć, ogarnia mnie wściekłość, za każdym razem – i jeszcze ciągle. I obstaję przy tym, że chęć pomagania jest być może tylko wrodzonym odruchem, umiejętność pomagania natomiast jest triumfem, przynajmniej przejściowym, nad podatnością i słabością każdego stworzenia, naszą ludzką kondycją, zwycięstwem nad cierpieniem i wstrętem, jaki ciężko chory człowiek z reguły wywołuje u zdrowych osobników swego gatunku. Przeraźliwy płacz małych dzieci, które przeszły traumę, szaleństwo w twarzach torturowanych mężczyzn i gwałconych kobiet, wymiociny papką ryżową, cienki, żółty kał i rany na ciele pełne larw – ta wyliczanka, choć odpowiada prawdzie, brzmi jak początek jakiegoś kazania – to wszystko nie jest dla laików, nie jest dla cywili, ratowników, sanitariuszy i innych dyletantów wykazujących dobrą wolę, ale oddalonych od realnej rzeczywistości, ogólnie mówiąc, nie jest dla subtelnie usposobionych wrażliwców a od pewnego czasu także nie jest dla mnie. Tak, koledzy w Managua widzą to prawidłowo; pomogłam już wystarczająco. Tylko teraz nie wiem, co począć. Ani pieniędzy, ani domu, ani rodziny, ani przyjaciół, ani żadnej perspektywy…