Herta Müller Wolność to coś takiego, czego jedni się boją, a inni nie

Herta Müller / Konferencja: Goethe-Institut
Herta Müller | © Goethe-Institut / Zdjęcie: Caroline Lessire

Pewnego zimowego dnia poszłam z matką do sąsiedniej wsi, trzy kilometry przez śnieg, żeby kupić futro z lisa na kołnierz do płaszcza. Futrzany kołnierz miał być moim gwiazdkowym prezentem. 
 

Futro było całym lisem, z rudawym jedwabnym połyskiem. Miało głowę z uszami, wysuszony pysk i na łapach czarne zasuszone poduszeczki z białymi jak porcelana pazurami. I ogon tak puszysty, jakby nadal był w nim wiatr.  Lis żył. Już nie w lesie, ale w swym zakonserwowanym pięknie.

Myśliwy miał włosy rude jak lis. Poczułam się nieswojo. Być może dlatego spytałam, czy sam go zastrzelił. Odpowiedział, że do lisów się nie strzela, one wpadają w sidła.

A teraz miał być z niego kołnierz do płaszcza. Chodziłam jeszcze do szkoły i nie chciałam nosić na szyi, tak jak starsze panie, całego lisa, z głową i łapami, marzył mi się kawałek futra jako kołnierz. Lis był jednak zbyt piękny, aby go pociąć. Dlatego towarzyszył mi przez lata i wszędzie, gdzie mieszkałam, leżał na podłodze jak zwierzę domowe.

Pewnego dnia potrąciłam nogą futro i ogon się przesunął. Był obcięty. Kilka tygodni później obcięta była prawa tylna łapa, potem lewa. Kilka miesięcy później po kolei przednie łapy. Służba bezpieczeństwa podług własnej woli wchodziła i wychodziła z mojego mieszkania. Jeśli chcieli, zostawiali znaki. Po drzwiach wejściowych niczego nie było widać. Miałam zrozumieć, że w moim własnym mieszkaniu może mi się przytrafić to samo co lisowi.

Pracowałam wtedy w fabryce i tłumaczyłam instrukcje obsługi maszyn importowanych z Niemiec. Również w biurze co kilka dni pojawiał się kapitan Securitate. Chciał zrobić ze mnie szpicla.  Najpierw za pomocą pochlebstw. A gdy odmówiłam, rzucił wazonem z kwiatami o ścianę i zaczął mi grozić. Na pożegnanie powiedział: Jeszcze tego pożałujesz. Wrzucimy cię do wody.

Najpierw jednak zostałam wyrzucona z fabryki. Teraz byłam bezrobotnym wrogiem państwowym. Podczas kolejnych przesłuchań tajniak nazywał mnie „elementem pasożytniczym”. Przywodziło to na myśl robactwo. Ta sama bezpieka, która spowodowała moje zwolnienie, oskarżała mnie teraz z tego powodu i groziła więzieniem. Tak to było z pracą. Obowiązywały zasady jak w wojsku. Każdy codziennie musiał stawić się przed państwem. Kiedy przychodziliśmy o wpół do siódmej do pracy, nad fabrycznym dziedzińcem rozbrzmiewała aż do nieba marszowa muzyka. Szliśmy, chcąc nie chcąc, w jej rytm. Każdy docierał na swoje miejsce. Robotnicy do taśm, a my, pracownicy biurowi, do biurek. Potem szło się pod prysznic, umyć włosy. Potem kawa i malowanie paznokci. Trochę dłubaniny i już była przerwa obiadowa z muzyką marszową z głośników. Obecność była o wiele ważniejsza niż produktywność. Od pierwszego dnia pracy do emerytury pensję dostawaliśmy za posłuszeństwo. Nie miało znaczenia, czy się coś produkowało czy nie. Nasza fabryczna dewiza brzmiała: nie rób dzisiaj tego, co zaniedbałeś wczoraj, ponieważ jutro może to być już niepotrzebne.

Tresura strachu

Kiedy opowiedziałam matce o lisie, miał już obcięte wszystkie cztery łapy. Matka spytała Czego oni chcą od ciebie. Odpowiedziałam: „Strachu”.

Gdyż taka była prawda. To krótkie słowo wyjaśniało wszystko. Całe państwo było jedną wielką budowlą strachu. Żyli w nim władcy strachu i zastraszony lud. Każda dyktatura składa się z tych, którzy napędzają strachu innym i tych, którym strachu się napędza. Z napędzaczy strachu i gryzących ze strachu.  Zawsze uważałam, że strach jest codziennym narzędziem napędzaczy strachu i chlebem codziennym gryzących ze strachu. Tak było przed rokiem 1989 w całej Europie Wschodniej.

Kiedy moja matka zobaczyła okaleczonego lisa, też poczuła strach. Strach o mnie i strach o siebie.
Powiedziała: „Kiedyś wylądujesz martwa w rowie. Nie po to cię wychowywałam.”
Potem przełknęła, przewróciła oczami i dodała: „Inni biją brawo i zarabiają pieniądze. A ty narażasz rodzinę na niebezpieczeństwo.”

Odczuwała podwójny strach. O mnie i przede mną. Ten podwójny strach spotykałam w całym kraju.
Nigdy więcej nie znalazłam stałej posady i nie wiedziałam z czego mam żyć. W ogóle nie miałam pieniędzy. Czasami dostawałam dorywczą pracę w szkołach. W drodze do pokoju nauczycielskiego słyszałam szum głosów. Jak tylko otwierałam drzwi, zapadała cisza jak w kościele. Wszyscy patrzyli na mnie przez chwilę i zaczynali szeptać. Im więcej „kolegów” było wokół mnie, tym wyraźniej byłam sama. Po lekcjach szłam tak jak wszyscy na przystanek. Nikt nie chciał być widziany ze mną na ulicy. Część nauczycieli ociągała się i zostawała w tyle. Inni wyprzedzali mnie pospiesznym krokiem. Działo się tak bez żadnych uzgodnień, pod dyktando strachu.

Samotność była równie potworna jak zagrożenie przez państwo i służbę bezpieczeństwa. Nauczyciele unikali mnie. Ich podwójny strach wtrącał mnie w izolację. Bali się państwa i bali się mnie. Stanowiłam zagrożenie.

Pracowałam w szkole tylko na zastępstwie, dlatego zdziwiłam się, że na koniec roku uczniowie różnych klas chcieli mi dać w prezencie kawę. Kawy w sklepach nie było. Na czarnym rynku kilogram kosztował więcej niż miesięczna pensja. Nie przyjęłam jej. Rozniosło się to i inni nauczyciele pytali mnie, dlaczego uważam, że jestem kimś lepszym. Liczyli na tę kawę, a ja psułam im interes, polegający na poprawianiu złych świadectw kawowymi prezentami.

Wypędzanie piękna

W takich i w wielu innych podobnych chwilach musiałam zrozumieć, że istnieli nie tylko napędzacze strachu i gryzący ze strachu. Tak zwani koledzy w szkole, a przedtem ci w fabryce – a właściwie większość ludzi w tym kraju – byli nosicielami strachu. Nauczyli się zarządzać własnym strachem, ale opanowali również sztukę czerpania korzyści ze strachu innych. Byli egoistyczni, bezwzględni, czasem bezwiednie, czasem świadomie i bez skrupułów wykorzystywali nędzę. Uważali, że nie robią polityki, tylko ułatwiają sobie życie. Ale czy podwójny strach był naprawdę apolityczny? Nie wierzę w to. Uniemożliwiał polityczne myślenie, które mogło obudzić wątpliwości. Zarządzanie strachem było samo w sobie posłuszeństwem na wyrost.

Tylko prześladowani uważani byli za jednostkę, ponieważ słowo to uchodziło za przekleństwo. „Niedopasowanie do kolektywu” mogło być nawet powodem do zwolnienia. Indywidualność nie miała racji bytu nawet w ubiorze. We wszystkich sklepach panowała równość brzydoty. Dwa, trzy modele na sezon, w zakurzonych, szarych kolorach, kanciaste i sztywne. Z obrzydliwych, skrzypiących lub śmierdzących chemikaliami materiałów. To samo ubranie widziało się na ulicy setki razy, gdyż nic innego nie było w sklepach. W nowo kupionej sukience nieustannie spotykałam siebie samą na ulicach. Wydawało mi się, że nasze jednakowe ubrania wstydzą się przed sobą i że lepiej od nas wiedzą, jak nędznie wyglądają. Socjalistyczna moda była jak mundur. Podobnie nędzne były również meble, domy, parki, ulice. Dyktatura wypędzała piękno ze wszystkich obszarów życia. Bo piękno to charakter i czar i różnorodność.
Państwo likwidowało wszelką różnorodność. Ale większość ludzi nie chciała się wyróżniać. Ich zarządzany strach potrzebował kurateli. Miałam nawet wrażenie, że byli za nią wdzięczni. Własne istnienie na tym świecie odczuwali jako dar od państwa.

Gdy przesłuchujący wpadał we wściekłość podczas przesłuchania, krzyczał: Myślisz, że kim jesteś.
Mówiłam: „Jestem człowiekiem, tak jak pan.”
Na to słyszałam: „Tak ci się wydaje. My decydujemy, kim jesteś.”

W pierwszych latach po upadku dyktatur ludzie w Europie Wschodniej wiedzieli jeszcze, że wolność jest konkretna. Że jednostka wreszcie coś znaczy, że wolno myśleć i mówić bez strachu, że granice są wreszcie otwarte, że można podróżować. Ludzie cieszyli się, że remontowane są drogi, że wystawy nabrały koloru, że liczą się osobiste osiągnięcia. Ale euforia minęła. Z indywidualnym sukcesem łączy się indywidualne ryzyko. Ta mieszanka budzi niepokój, ludzie poszukują oparcia. Potrzebują kurateli państwa. To jest jak nawrót choroby, którego nikt się nie spodziewał. Ani Europa Zachodnia, ani sami wschodni Europejczycy. W spadku po dyktaturze dostaliśmy cały pakiet zależności. Nowa wolność przykryła je tylko, nigdy jednak nie zniknęły. Dyktatura minęła, ale do głosu dochodzą społeczne synapsy i destabilizują młode demokracje wschodnioeuropejskich krajów.

Dowodzą tego najnowsze ankiety. Na przykład w Saksonii 62% ludności życzy sobie „silnej partii”, która ucieleśniałaby „wspólnotę całego ludu”. Czy nie pobrzmiewa tu echo socjalistycznej partii jedności? Czy nie jest to dobrze znana „miękka dyktatura”?

Jednak ta „miękka dyktatura” zniszczyła wielu ludzi. Nosiciele strachu ignorowali ich. Wielu ryzykowało życiem podczas ucieczki. O nich nie mówiło się nigdy.

Podwójny strach 

Ten podwójny strach był najważniejszą wspólną cechą mieszkańców Europy Wschodniej. Dziś jest nią ksenofobia. Znowu Saksonia jako przykład. 58% mieszkańców wierzy, że Republika Federalna jest „w niebezpiecznym stopniu zalewana obcym żywiołem”.

Również ksenofobia jest powrotem podwójnego strachu. Mottem socjalizmu było wezwanie: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”. To zdanie widniało na stronie tytułowej każdej gazety, oraz nad głowami robotników w halach fabrycznych całego kraju. I było nieznośnie zakłamane. Nie wolno było przecież podróżować za granicę, ani utrzymywać kontaktów z cudzoziemcami w kraju.

Nad Morzem Czarnym dla zagranicznych turystów przeznaczono specjalne hotele i odcinki plaży, niedostępne dla Rumunów. Arabscy i greccy studenci, którzy opłacali swoje studia w dewizach, stanowili więc ważne źródło dochodów dla państwa, mieszkali w osobnych akademikach lub hotelach, niedostępnych dla obywateli rumuńskich.

Po zwolnieniu z fabryki służba bezpieczeństwa oskarżała mnie podczas każdego przesłuchania o prostytucję. Ten wymyślony zarzut pasował jak ulał do „elementu pasożytniczego” za jaki uchodziłam. Już samo to oskarżenie wystarczyłoby żeby wsadzić mnie do więzienia. Jednak żeby w pełni delektować się swoi wymysłem, przesłuchujący doprawił go jeszcze szczyptą rasizmu.

Powiedział z pogardliwym uśmieszkiem, że sypiam z ośmioma arabskimi studentami, którzy opłacają moje usługi pończochami i kosmetykami. Kiedy odpowiedziałam, że nie znam ani jednego arabskiego studenta, stwierdził: jeżeli zechcemy, będziesz znała dwudziestu. Zobaczysz, to będzie ciekawy proces. Podkreślał, że są to Arabowie, ponieważ jego zdaniem seks z nimi najbardziej brukał kobietę. Jako pretekst do aresztowania wystarczyliby Rumuni.

W NRD w podobnej izolacji żyli sprowadzeni przez państwo wietnamscy robotnicy. Kontakty z nimi były zakazane przez Stasi. Kontrola posuwała się aż do przymusowej sterylizacji Wietnamek i nakazu aborcji lub wydalenia z kraju ciężarnych.  A rosyjscy okupanci mogli wprawdzie szarogęsić się do woli, ale nie wolno im było nawiązywać kontaktów z miejscową ludnością. Ani ludności z nimi.

Cała Europa Wschodnia była ksenofobiczna. Dziś mamy do czynienia z ksenofobią z wtedy. Pogarda dla obcych powstała w dyktaturze. Została zainicjowana przez reżimy i skwapliwie zaakceptowana przez społeczeństwa. Tak jak unikano wrogów państwa mojego pokroju, żeby nie wpaść w kłopoty, tak unikano również cudzoziemców, żeby nie wpaść w kłopoty. Zarówno arabscy studenci jak i wietnamscy robotnicy zostali sprowadzeni w imię zakłamanej „przyjaźni między narodami”, ale byli traktowani jak wrogowie państwa. Kto utrzymywał kontakty z cudzoziemcami, szybko stawał się szpiegiem lub zdrajcą. Panowała atmosfera strachu i podejrzliwości. Najłatwiej było pogardzać obcymi z własnego przekonania, przypisywać im choroby albo demonizować jako na wpół dzikich podludzi. Ta pogardliwa wyniosłość już wtedy nie była niczym innym jak tylko rasizmem. Dla napędzaczy strachu stanowił on część składową cynicznego programu politycznego. Dla nosicieli strachu nieświadome przedłużenie tego programu.
Dziś w Europie Wschodniej niewiele się zmieniło. Wyraźnie widać to na Węgrzech, które – jak pisze publicysta Paul Lendvai – zostały przekształcone przez Victora Orbána w „demokrację kierowaną”. Również Orbán mówi o uchodźcach jako obcych, których należy trzymać na dystans, ponieważ swymi obyczajami mogą zniszczyć węgierskie społeczeństwo. Broni się przy pomocy ustaw i politycznej nagonki przed przyjęciem tysiąca trzystu syryjskich uchodźców, którzy musieli uciekać przed straszliwą wojną, którzy próbują ocalić życie.  Swoimi „obcymi obyczajami” zagrażają narodowej kulturze dziesięciu milionów Węgrów. Jednocześnie Orbán sprzedaje prawo stałego pobytu za trzysta sześćdziesiąt tysięcy euro od osoby. Wniosek można złożyć za granicą.  Nikt nie sprawdza wnioskodawców i pochodzenia ich majątku. Zamiast uchodźców Orbán sprowadza do kraju bogate rodziny i szemrane towarzystwo. Ponoć zakupił już 18 000 nowych Węgrów. Cudzoziemcy należą do planu gospodarczego Orbána - podobnie jak niegdyś byli częścią komunistycznej gospodarki. Okazuje im wspaniałomyślność. Wnioskodawcy mogą przyjechać z rodziną, nawet z rodzicami.  Nowi Węgrzy, którzy najwyraźniej nie zagrażają rodzimym Węgrom, pochodzą z Chin, Rosji, Jemenu.

Po wejściu Sowietów na Węgry uciekło stamtąd ponad dwieście tysięcy ludzi. W samej Austrii zostało około dwudziestu tysięcy z nich, między nimi również Paul Lendvai. Mimo historycznego doświadczenia ucieczki i emigracji społeczeństwo węgierskie popiera ksenofobię Orbána.
Europa Wschodnia „produkowała“ w komunizmie uchodźców. Nikt ich do dzisiaj nie policzył. I nikt o nich nie pamięta. Nawet o tych zastrzelonych podczas ucieczki, rozszarpanych przez psy na granicy, czy o tych, którzy utonęli w Dunaju. Jest to wyraźna luka w samoświadomości Europy Wschodniej. I prawdopodobnie główny powód pogardy i zimnego serca.

Wolność jest czymś, czego jedni potrzebują, A inni nie

Wszystkie prawicowo – populistyczne prądy w Europie Wschodniej i Zachodniej wymyślają demoniczne, siejące strach scenariusze. Potem ten strach zbierają. Są dzisiejszymi napędzaczami strachu.  W Niemczech nową partią napędzaczy strachu jest AfD. Jej przewodnicząca, wychowana w NRD, chce ożywić słowo „volksistowski” i ostrzega przed „lumpenproletariatem świata afro-arabskiego”. AfD ma największe poparcie tam, gdzie prawie nie ma cudzoziemców.

Orbán powiedział, że wybory trzeba wygrać raz, ale porządnie. Tak myśli również Kaczyński. Podsyca wrogość wobec obcych swoimi rasistowskimi wypowiedziami. Ostrzega przed niebezpiecznymi chorobami, które przywloką syryjscy uchodźcy. I stawia sobie za cel zrobienie z Polski demokracji kierowanej w katolickim bożym państwie.

Wolność, jak powiedział wielki polski reżyser Andrzej Wajda, jest czymś, czego jedni potrzebują, inni nie. Nosiciele strachu z wtedy nie potrzebowali jej wówczas, a dziś wspierają nowych napędzaczy strachu.
Najpotężniejszy obecnie napędzacz strachu był kiedyś drobnym napędzaczem strachu. Pod rządami Putina Rosja stała się wielkim ośrodkiem fałszerskim. Stąd wysyła się w świat fałszywe informacje i tu inicjuje podłe nagonki. Cel jest prosty: demokratyczna Europa ma się rozpaść. Populiści podążają za Putinem. A on za nimi.

Putin odłożył marksizm na bok. Nosi teraz religijny makijaż. Na całym świecie zabija nieustannie ludzi, a w Moskwie chętnie zapala świeczki. Ma spowiednika i rzadko widuje się go bez patriarchy Cyryla. Ten jego kościelny książę uważa prawa człowieka za „heretyckie bałwochwalstwo”. Prawdziwe chrześcijaństwo polega według niego na „dobrowolnym samozniewoleniu”. I podziwia Lenina, który chciał zrobić z Rosjan „śrubki i trybiki” państwowej maszyny. Powiada, że „Sługa Boży nie chodzi na wybory, lecz przyjmuje swój los z pokorą.”

Nie chciałabym nigdy więcej żyć jako sługa. Nie chciałabym żyć również bez wolnych wyborów. Po roku 1989 nawet we śnie nie potrafiłabym sobie wyobrazić, że wolność może zostać ponownie zakwestionowana.  I że znowu pojawią się napędzacze strachu, którzy będą chcieli, żebym zaczęła ze strachu gryźć. Tak, wolność to coś takiego, czego jedni potrzebują, a inni nie. I coś takiego, czego jedni się boją, a inni nie. Wolności nie wolno nam traktować jako rzeczy oczywistej. Gdyż wtedy może zostać nam skradziona.