Ilija Trojanow Read My World, 2016

Macht und Widerstand
Kadr z trailera "Macht und Widerstand" | © Ilija Trojanow

Powieść Macht und Widerstand (Władza i opór) powstała na kanwie spotkań ze świadkami tamtych czasów, których wstrząsające historie musiały zostać opowiedziane, by ich doświadczenia nie zniknęły bez śladu, a głosy nie umilkły na zawsze. Pamięć powstaje, gdy się o nią pyta.

I. Stalin

W grudniu 1949 roku rząd czechosłowacki podejmuje decyzję o wzniesieniu na wzgórzu nad Mołtawą pomnika Stalina. Rozpisany zostaje konkurs, w którym uczestniczyć muszą wszyscy rzeźbiarze w kraju. Wygrywa syn cukiernika z projektem pomnika Stalina stojącego na czele zastępu robotników i partyzantów. Pomnik ma być wielki, największy na świecie. Najmniejszy palec u stopy Stalina ma być większy od największego buta. Pomnik ma trwać przez wieki i dlatego zostanie wyrzeźbiony z granitu. Nie łatwo znaleźć kamieniołom, w którym można wykroić tak potężne bloki granitu. A sam pomnik okazuje się zbyt ciężki na piaszczyste wzgórze, które musi w związku z tym zostać wzmocnione komorami wypełnionym betonem. W 1955 roku, 1 maja, pomnik zostaje odsłonięty. Tuż przed tym samobójstwo popełnia jego twórca. Jego żona odkręciła gaz już rok wcześniej. Mężczyzna, który służył jako model postaci Stalina, zapił się na śmierć, bo wszyscy zwracali się do niego „Stalin“. A jeden z robotników poślizgnął się, spadł i zabił się o mały palec stopy Stalina.
 
W 1961 roku zapada decyzja o wyburzeniu pomnika. Ale okazuje się, że usunięcie czegoś, co miało być wieczne, nie jest łatwe. Błąd podczas wysadzania może sprawić, że pół Pragi wyleci w powietrze. Poza tym pirotechnikom nie wolno wkładać środków wybuchowych do głowy Stalina. Choć eksplozja wypada idealnie, główny pirotechnik   załamuje się i trafia do szpitala psychiatrycznego. Usuwanie gruzu trwa rok. W prasie o eksplozji nie pojawia się nawet jedna wzmianka. Pomnik nigdy nie istniał.
 
Ponad czterdzieści lat później dziennikarz z Polski, Mariusz Szczygieł wyrusza na poszukiwania. W centralnym archiwum dowiaduje się, że dokumenty dotyczące pomnika Stalina są tajne. Na jego prośbę zostają odtajnione. W aktach nie ma ani słowa o samobójstwie rzeźbiarza. Nie istnieje nawet teczka z jego nazwiskiem. Twórca pomnika nigdy nie istniał.
 
Szczygieł pisze: Otóż w sytuacji, gdy ktoś powinien powiedzieć: „Bałem się o tym mówić“, „Nie miałem odwagi o to spytać“, „Nie miałem o tym pojęcia“, stwierdza:
„O tym się NIE MÓWIŁO“.
„Tego się NIE WIEDZIAŁO“.
„O to się NIE PYTAŁO“.
Jakby ludzie nie mieli na nic wpływu i nie chcieli za nic wziąć osobistej odpowiedzialności.

 
A więc ten pomnik jednak istniał i rzuca cień na myślenie ludzi w Pradze. I nie tylko tam.
 
Tekst Szczygła to zapis dokumentalny, reportaż. A mimo to nakreślił w nim obraz manii wielkości i absurdalności władzy absolutnej oraz wymuszonego uwielbienia niczym współczesny Kafka. Im dłużej czyta się jego opowieść, tym bardziej wydaje się ona fantasmagorią. Czystą fikcją.
 
Materiał dokumentalny, czy to reportaż czy powieść, to naturalne przeciwieństwo pomników. Odpowiednie narzędzie dla tych, którzy nie mają wykształcenia pirotechnicznego. Materiał wybuchowy z opóźnionym zapłonem. Czasem ładunek wybucha, a czasem nie, czasem dochodzi do potężnej eksplozji, a czasem słychać zaledwie lichą petardę. Pomniki to wykrzykniki władzy, a teksty literackie to znaki zapytania indywidualnego oporu. Przeciwstawiają się państwowym archiwom (tak, tamten rzeźbiarz istniał, nazywał się Otakar Švec, 3 marca 1955 roku popełnił samobójstwo) i malują na pomnikach graffiti (trzeba przyznać, że bardziej subtelne i pełniejsze refleksji niż zwykłe graffiti).
 

II. Cerber

Pod fundamentem pomników leży pogrzebana milcząca pamięć. Tylko w sentymentalnych filmach wspomnienia to prywatna sprawa. W prawdziwym życiu toczy się egzystencjalna walka o pamięć. Przegrani zostają wymazani, znikają z historii, na dłuższy czas lub na zawsze. To walka nierówna. Po jednej stronie aparat, nieprzejrzysty, uzbrojony w  tarczę z napisem „bezpieczeństwo państwa“, wykuty przez ciągłość sprawowania władzy. Po drugiej stronie pojedyncze głosy, ciche, łamiące się, ledwo słyszalne w ogólnej kakofonii. Tylko literatura może zapewnić równowagę sił. Ale to nie jest bezpieczne zajęcie. Wstąpienie do katakumb archiwum służby bezpieczeństwa jest niczym zejście do współczesnego Hadesu, którego strzeże umundurowany Cerber o stu głowach i stu czapkach z otokiem.
 
Gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia po raz pierwszy, choć tylko częściowo i jedynie przez ograniczony czas, udostępniono archiwum KDS, Komitetu Bezpieczeństwa Państwa, bułgarskiej służby bezpieczeństwa, mój wuj, wieloletni więzień polityczny, poprosił o wgląd do swoich akt. Uzyskał następującą odpowiedź:
„W wyniku przeprowadzonej w archiwach Komitetu Bezpieczeństwa Państwa kwerendy ustalono, że służby bezpieczeństwa nie zgromadziły na Pański temat żadnych informacji“.

Przez cztery lata pukał do ciężkich drzwi archiwum, przez cztery lata odpowiadano mu kłamstwami, wielokrotnie odsyłano go z pustymi rękoma, setki razy jedna z głów w czapce z otokiem zapewniała, że w archiwum nie ma nic poza cienką teczuszką, którą trzyma w rękach. Po czterech latach wytrwałej walki z demokratycznym cerberem zebrał dwadzieścia grubych segregatorów z dokumentami.

W segregatorach tych, które trzymam w swoim gabinecie jako zawsze widoczną  przestrogę, zawarte jest wszystko to, co czyni życie nieznośnym: fałszerstwa, tuszowanie, matactwa i wiele rzekomo drobnych, ale przez to jeszcze bardziej tragicznych historii zdrady. Choćby przypadek mężczyzny o imieniu Koljo, który zabija swoją niewierną żonę, a potem próbuje uciec, ale zostaje złapany na granicy. Za zabójstwo dostaje dwanaście lat więzienia, za traktowaną niczym dezercja próbę ucieczki z kraju trzynaście. Już my ci pokażemy, wrzeszczą strażnicy więzienni, ty przeklęty zdrajco ojczyzny. Koljo kapituluje, denuncjuje swoich współwięźniów.
 
W owych aktach znajdują się także protokoły rozmów spod kołdry, bowiem nasze ciasne mieszkanie w Sofii było na podsłuchu, miałem więc nieczęsto trafiającą się okazję przeczytać, o czym rozmawiali dorośli, gdy byłem dzieckiem. „Tobie jest łatwo,“ mówi pewnego dnia moja ciotka do wuja. „Przyzwyczaiłeś się do bicia. A co ja mam zrobić, ze strachu, że podniosą na mnie rękę, nie mogę zmrużyć oka“. Kilka miesięcy później mój wuj nagle znika, a babcia mówi: „Nie mógł uciec. Nie miał nawet skarpetek na zmianę. A przecież zmienia je dwa razy dziennie“.
 
To właśnie takie niezwykłe miniatury ze skarbca doświadczeń ludzkiej słabości zachęcają do pisania, wręcz się go domagają. Od początku było dla mnie jasne, że muszę poważnie traktować ten materiał podczas jego literackiego opracowywania i to nie ze względu na relacje rodzinne i przywilej, że trafiły prosto w moje ręce. Na tle najnowszych wydarzeń powieść o stosunku pomiędzy tajnymi służbami a ludnością, pomiędzy siepaczami a opozycjonistami, czyli próba niezbędnego przepracowania przeszłości, nie może tego rodzaju materiału pominąć. Każdy z dokumentów, które znalazły się w moich rękach, odzwierciedlał jakiś aspekt relacji pomiędzy państwem a jednostką. By zbadać szeroką przestrzeń pomiędzy władzą a bezsilnością, by dokonać refleksji nad opozycyjną działalnością w przeszłości, nie mogłem udawać, jakby tych segregatorów nie było. Świadectwa tych, którzy przeżyli, domagały się ode mnie szacunku. Siła materiału dokumentalnego była jednocześnie formą prawdomówności.
 
Inspiracją do napisania powieści Macht und Widerstand (Władza i opór) było spotkanie ze świadkami tamtych czasów, których głęboko poruszające osobiste historie musiały zostać opowiedziane, by ich doświadczenia nie zniknęły bez śladu, a głosy nie umilkły na zawsze. Pamięć powstaje, gdy się o nią pyta. Pamięć powstaje, gdy pokonuje się Cerbera i dociera do Orfeusza. Kto nie powraca do przeszłości raz po raz, ten zapomina. Pamięć nie zostaje wyparta, lecz marnieje, niczym ulegający zanikowi mięsień, którego nie używano o wiele za długo.

III. Zło

Mamy skłonność do tego, by oskarżać system totalitarny o wszystko, bo przecież wiadomo, że brutalnie ograniczał wolność jednostki. Efekt jest taki, że strony niejednej powieści zamieszkują bierni uczestnicy i tchórze, natomiast nie współodpowiedzialni sprawcy. Ze słowem „złoczyńca“ kojarzymy dziś potwory z kryminałów i seriali telewizyjnych, przerysowane postaci jak Hannibal Lecter, któremu przypisuje się demoniczne zachowanie, które fascynuje widza właśnie dlatego, że chodzi o pojedyncze przekroczenie wszelkich moralnych granic, do jakiego nikt z nas nie byłby zdolny. Możemy ukołysać się pewnością, że ani w nas, ani w ludziach wokół nie czai się żaden Hannibal Lecter. I dlatego tego rodzaju zbrodnie nie są wcale wbrew potocznemu wyrażeniu „niepojęte“. Wręcz przeciwnie, w swojej wyobraźni stworzyliśmy dla takich postaci, jak Hannibal Lecter, honorowe miejsce.
 
Materiał dokumentalny pokazuje natomiast normalność zła, liczne drobne, niemal błahe kroki, które, zsumowane, ukazują ogrom pogardy dla człowieka. Pojedyncze teczki i pojedynczy świadkowie przypominali mi „kamienie pamięci“ o ofiarach nazizmu z niemieckich czy austriackich miast, umieszczone w bruku mosiężne tabliczki, takie drobne memento proditio: tutaj pan M. zadenuncjował swojego miłego sąsiada, tu pani W. zadenuncjowała swojego lokatora homoseksualistę, w tym miejscu pan S. zadenuncjował swego żydowskiego kolegę. Pod skórzanymi podeszwami naszych butów istnieje wygarbowana pamięć o istniejącym naprawdę horrorze rzekomo drobnych okrucieństw, takich, które da się jakoś uzasadnić, a może nawet usprawiedliwić. Zło staje się interesujące jako kategoria moralna i literackie zagadnienie dopiero wtedy, gdy zjawia się z puderniczką autolegitymizacji. „Nieszczęście polega na tym“, pisał Dostojewski, „że można popełnić podłość, nie będąc łajdakiem, ani się za takiego nie uważając“. Akta zawierają wiele takich usprawiedliwień. Być może są przejawem legalizmu czy oportunizmu, najważniejsze, że sprawcy mogli się w nich ze spokojnym sumieniem umościć.
 
„Potwory istnieją, ale jest ich zbyt mało, by byli naprawdę niebezpieczni. Niebezpieczni są zwykli ludzie“, pisał włoski pisarz i ocalały z Holocaustu Primo Levi. A my potakujemy ze zrozumieniem i zastanawiamy się, jak to możliwe, że nasi przodkowie w ciągu paru lat przekształcili się z normalnych ludzi w brutalnych zwolenników pogardzającego człowiekiem reżimu, a potem znowu zamienili się w miłych, niepozornych, zupełnie normalnych, starzejących się obywateli. A potem dziwimy się, gdy czytamy, że w Somalii, w Korei Północnej, w Guantanamo, w Iraku, „zwykli“ ludzie są przez innych „zwykłych“ ludzi brutalnie i systematycznie mordowani, torturowani i wykorzystywani. Tutaj, nie u Hannibala Lectera, jest miejsce tego, co niepojęte. Skoro nie znamy umiaru w literackim przedstawianiu indywidualnego zła, nie traktujemy tego zła poważnie. Umiar taki zapewnia praca z materiałem dokumentalnym.

IV. Jakość literacka

Wszystko to nie wyjaśnia jednak, dlaczego niemal bezpośrednio włączyłem dokumenty z archiwum służby bezpieczeństwa do powieści, co było bardzo żmudną pracą, nie tylko  podczas dokonywania wyboru, ale także w trakcie organicznego łączenia ich z fikcyjnymi postaciami i wątkami. W pierwszej kolejności należy stwierdzić, że dokumenty w żaden sposób nie ograniczają wyobraźni, wręcz przeciwnie w niesamowity sposób rozwijają kreatywność autora. Uwalniają go od skrupułów i wątpliwości dotyczących autentyczności i wiarygodności jego dzieła. Na dodatek akta zmieniają się, gdy zostają ujęte w innym, „obcym“ kontekście. Jako część powieści działają inaczej. We wzajemnej relacji z elementami fikcyjnymi zostają w krytyczny sposób przeanalizowane. Takie hybrydowe podejście sprawia na czytelniku wrażenie jednocześnie hiperrealistycznego i surrealistycznego, podobnie jak wspomniany na początku reportaż Mariusza Szczygła. Umieszczenie materiału dokumentalnego w powieści sprawia, że historyczny materiał źródłowy staje się trójwymiarowy. Tego nauczyłem się z lektury „Biednych ludzi z miasta Łodzi“ Steve’a Sem-Sandberga, mistrzowskiego działa szwedzkiej powieści dokumentalnej.
 
Najważniejsze jednak wydaje mi się zadanie, by dzięki temu procesowi zdekonstruować archiwum KDS (i każdej tajnej służby). Uważny Czytelnik spostrzeże, że oficerów i donosicieli w żadnej mierze nie można uznać za wiarygodnych informatorów. Przeciwnie: wyolbrzymiają i zatajają, manipulują i instrumentalizują. Są nieprecyzyjni i niechlujni. Fałszują rzeczywistość, ich raporty ukierunkowane są – jak u kiepskich pisarzy – na wybrany przez nich cel, jedyną wytyczną poznania. Nie można im za grosz ufać. Prawdy nie ma w archiwach, chyba że wyciągnie się ją na światło literackiej fikcji. 
 
Najwyższa pora, bym wyjaśnił, jakie znaczenie ma dla mnie powieść jako gatunek. To nie jest sposób medytacji czy autoterapii, tylko instrument badawczy i na dodatek najlepszy, jakim dysponujemy. To forma otwarta na wszystkie strony. By ten wielki ideał spełnić, niezbędne jest moim zdaniem skrupulatne gromadzenie informacji. Im więcej dokumentów studiowałem, tym mniej interesujące wydawały mi się moje własne odczucia. Raz po raz pada pytanie, czy nie czułem w trakcie pracy odrazy. Ależ tak, odpowiadam, ale cóż to za powierzchowne uczucie, ta odraza, jakże oddala mnie od świadków tamtych czasów, których staram się zrozumieć i którzy nie mogą sobie pozwolić na luksus owej odrazy. Im więcej dokumentów czytałem, tym bardziej interesowała mnie rzeczywistość innych. Pisanie pomaga mi pokonywać własne uprzedzenia i ograniczenia, pozwala kwestionować samego siebie. Pisanie jest dla mnie sposobem, by poskromić własne ego. Konfrontacja z nieznanym utrzymuje mnie w stanie wibrującej niepewności, która jest cudownym stanem do pisania, bo ono niczego nie powinno się obawiać tak bardzo, jak pewności i swojskości. Nie mam zaufania do czysto emocjonalnego podejścia, bowiem zbyt często prowadzi do pełnego ignorancji besserwisserstwa albo totalnego braku ambicji, by zrozumieć i objaśnić złożone zależności. Powinniśmy przypomnieć sobie pierwotne znaczenie słowa powieść — epicka relacja, której tematem jest ważny czyn publiczny, wydarzenie, które wielu ludzi porusza i zajmuje. Możliwe, że cały świat może się odbić w jednym diamencie, ale ten diament musi być oszlifowany po mistrzowsku. A do oszlifowania tego diamentu niezbędna jest moim zdaniem metoda dokumentalna.