O co chodzi z... Angelą Merkel Leniwy kot

Spielfiguren Bundestagswahl
© Colourbox

Na czym polega „Merkelizm“? O tym, dlaczego Angela Merkel nie przegra wyborów do Bundestagu, pisze Christoph Bartmann.

Na temat Angeli Merkel w polskich mediach mówi się wiele, choć pojawiają się informacje zarówno prawdziwe, jak i te mniej trafne. Na ile prawdziwe jest więc zabawne stwierdzenie, opublikowane niedawno w tygodniku Do Rzeczy, jakoby Angela Merkel czekała na wybory niczym „leniwy kot“, ponieważ wie, że i tak wygra? Owszem, prawdopodobnie odniesie zwycięstwo, ale czy można ją porównać do „leniwego kota“? Przyjrzyjmy się najpierw określeniu „leniwy“. Dotychczas Merkel dała się poznać jako wyznawczyni etyki protestanckiej – pracowita, ambitna, rozważna, bez skłonności do pychy czy korupcji, wręcz oschła i nudna. Nie można więc powiedzieć, że jest leniwa, ale może przynajmniej pasuje do niej druga część określenia, a więc porównanie z kotem. To byłby jednak niemal komplement, ponieważ można byłoby zinterpretować to w następujący sposób: Merkel, zwinna niczym kot, z pewną ociężałością, wręcz rutynowo mierzy się ze swoim politycznym konkurentem, ignoruje go jak tylko może, robi jedynie to, co absolutnie niezbędne, choć cały czas broni swojego terytorium, a zarzuty spływają po niej, dlatego jej przeciwnicy rzadko mogą stanąć z nią na równi. Czy takie zachowanie jest charakterystyczne dla kotów, nie wiadomo. Na pewno jest jednak charakterystyczne dla Angeli Merkel.

Urzędującej kanclerz można zarzucić niejedno i nie będą to oskarżenia bezpodstawne (nie chodzi tu o absurdalne pomówienia związane na przykład z jej polityką wobec uchodźców i rzekomym sprowadzaniem terroryzmu do Europy Zachodniej). Często padają zarzuty, że jej postawa, faktycznie przypominająca zachowanie kota, uśpiła niemiecką scenę polityczną. Merkel sprawuje urząd kanclerza od 2005 roku, nie dziwiłoby więc, gdyby Niemcy chcieli zobaczyć na tym stanowisku kogoś nowego, takiego jak kandydat SPD Martin Schulz. Wyborcy nieraz byli zmęczeni wieloletnimi rządami jednego kanclerza (np. Helmuta Kohla), Angela Merkel najwyraźniej wciąż jednak im się nie znudziła. Wiele mówi się o potrzebie zmiany, choć po rozważeniu, który z obecnych kandydatów na kanclerza mógłby być dobrą alternatywą, wielu przestaje odczuwać tę potrzebę. Merkel unika rzeczy, które robią profesjonalni politycy – prawie nie występuje w debatach telewizyjnych, nigdy nie wygłosiła orędzia programowego, rzadko wyjaśnia swoją politykę, nie pisze książek. Nie mówi o powodach swoich politycznych decyzji, być może dlatego, że jest z wykształcenia fizykiem i sądzi, iż jej polityka sama się obroni.

Gdy w roku 2015 trwał kryzys uchodźczy, wielu oczekiwało przełomowego orędzia Angeli Merkel. Mogła zająć stanowisko w kwestii limitu przyjmowanych osób oraz odpowiedzieć na pytanie, kiedy na granicach Niemiec znów zapanuje spokój. Prawdopodobnie sama nie wiedziała wtedy, jaki obrót przybierze sytuacja, a gdy ma ogłaszać i wyjaśniać decyzje w kwestiach, których dalszy rozwój jest jej nieznany, woli po prostu milczeć. Mogłaby oczywiście wystąpić i wytłumaczyć się dokładnie w ten sposób, ale to niepotrzebnie naraziłoby ją na ataki. Merkel rządzi tak, by unikać zbędnych konfliktów, które często powstają właśnie wtedy, gdy zbyt dużo się mówi. Nie zawsze wiadomo, co jest jej intencją, a co wpadką, jednak ostatecznie zazwyczaj wszystko dobrze się kończy. Można to było zaobserwować niedawno, przy okazji debaty na temat małżeństw dla osób tej samej płci. Podczas dyskusji zorganizowanej przez czasopismo dla kobiet Brigitte kanclerz zmieniła swoje dotychczasowe stanowisko i zapowiedziała zniesienie dyscypliny partyjnej w głosowaniu nad tą kwestią w Bundestagu, mówiąc, w typowy dla siebie sposób, że chciałaby, aby była to „raczej decyzja podjęta zgodnie z sumieniem“. Jak powiedziała, tak też zrobiono i jeszcze pod koniec tamtego tygodnia „małżeństwa dla wszystkich“ zostały przyjęte przez parlament, choć samej Merkel, która doprowadziła do tego głosowania, sumienie kazało głosować przeciw tej propozycji. W ten sposób osiągnęła swój cel, jednocześnie nie drażniąc konserwatywnego skrzydła swojej partii.

W komentarzach na temat jej stylu uprawiania polityki często pada określenie „merkelizm“. Polega on na tym, by nie dać się zaatakować, czasem nawet podjąć samotną decyzję, gdy obywatele są na to gotowi, jak w przypadku wycofania się z energii atomowej w 2011 r., ale przede wszystkim budować szeroką koalicję wokół różnych kwestii tak, by ci, którzy się z niej wyłamują wypadali gorzej niż sama kanclerz. Tak wygląda sztuka przywództwa Angeli Merkel i musiałoby zdarzyć się coś niezwykłego, by ta strategia nie doprowadziła jej do zwycięstwa. Musieliby pojawić się kandydaci na odpowiednim poziomie, ale przede wszystkim polityczna, gospodarcza i społeczna sytuacja Niemiec musiałaby być mniej korzystna niż obecnie. Nie wszystkie zasługi można przypisać Merkel, ale nikt (poza zwolennikami skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec) nie będzie twierdził, że obecna sytuacja Niemiec jest gorsza niż pięć czy dziesięć lat temu. Sukces Merkel spowodowany jest prawdopodobnie nie tyle osiągnięciami w polityce krajowej, ile poczuciem, że wobec rządów dyktatorów i coraz bardziej niepewnej sytuacji politycznej na świecie musi istnieć ktoś, kto zna się na rzeczy. Angela Merkel wygra wybory do Bundestagu – to nie ulega wątpliwości. Nierozstrzygnięta pozostaje natomiast kwestia, kto utworzy z nią koalicję. Przekonamy się o tym 24 września.