Jakob Hein - cykl felietonów Berlińska młodzież

Berliner Jugend
Źródło: pixabay © Mvtteo

Dlaczego dzisiejsza berlińska młodzież na imprezach nie zawsze potrzebuje już alkoholu i papierosów, a podczas koncertów jest w stanie bawić się z czterdziestolatkami – zastanawia się pisarz Jakob Hein.

Mówię dziś sobie: hurra! Nie rozumiem młodych ludzi. W ciągu ostatnich dziesięciu lat dziwiłem się niezmiernie, że młodym berlińczykom najwyraźniej nie przychodzi już do głowy nic nowego. Nosili ubrania i słuchali muzyki z różnych minionych epok i nawet nie było tak, żeby łączyli jedno z drugim w jakiś choć trochę konsekwentny sposób. Mogło się na przykład zdarzyć, że kobieta w hipisowskiej koszuli była fanką popu z lat dziewięćdziesiątych, albo że młody mężczyzna o punkowej aparycji okazywał się wielbicielem muzyki soul z czasów Motown Records. Pionierzy wymienionej mody nie wytrzymaliby co prawda w jednym pomieszczeniu z twórcami lubianej przez owych młodych ludzi muzyki, ale na początku XXI wieku właśnie to symbolizowało dla mnie pewnego rodzaju bezradność.

Najbardziej przeszkadzała mi w tym wszystkim więź młodzieży z dorosłymi. Nie zrozumcie mnie źle: ja też nie chcę, żeby ktoś śmiał się ze mnie na ulicy albo mnie, o zgrozo, opluwał. Ale gdyby za moich czasów na jednym z naszych koncertów pojawił się ktoś po trzydziestce, to podzieliłby otaczającą go młodzieżową masę jak niegdyś Mojżesz Morze Czerwone. Wtedy nikt nie chciał, aby widziano go w pobliżu obciachowego starego piernika. Dzisiaj na większości koncertów rockowych czterdziestolatkowie przepychają się bezczelnie między sześćdziesięciolatkami, podczas gdy dwudziestolatkowie ze współczuciem obserwują ich, trzymając się z boku. Nikt nie czuje się wykluczony.

Prawdopodobnie nie powinienem narzekać, ponieważ także ja jestem już po czterdziestce, a miłość do głośnej muzyki wcale mi nie przeszła. Ale mimo to brakowało mi tu rewolucji, i to z bardzo egoistycznych powodów. Uważam, że społeczny postęp działa tak, że młodzi z właściwą sobie niecierpliwością domagają się wszystkiego, starzy, posługując się swoim doświadczeniem, przed wszystkim przestrzegają, a ci w wieku średnim próbują znaleźć złoty środek pomiędzy tymi skrajnościami. Ale jeśli ci młodzi zaczną się uważać za tych w średnim wieku, to skąd wtedy nadejdą nowe impulsy?

A jednak ostatnio mój piętnastoletni syn zapytał mnie, czy zgodziłbym się na to, żeby wziął ze sobą na prywatną imprezę piwo. On i jego koledzy naradzali się w tej kwestii i mój syn stwierdził, że jego ojciec mógłby się wykazać w tej sprawie zrozumieniem. Abstrahując od tego, co to o mnie mówi – można by mniemać, że mój syn ma mnie za alkoholika, choć ja wolę interpretować to tak, że uważa mnie za wyrozumiałego ojca – miał rację. Uważam, że lepiej, żeby mnie zapytał, niż działał tak, jak ja w jego wieku, kiedy to wielokrotnie przynosiłem duże ilości piwa, co prawda w odwrotnym kierunku, z imprez do domu, ale za to we własnym organizmie.

„Ile chcesz tego piwa zabrać?“, zapytałem, myśląc, że w końcu musi je jakoś tam dotaszczyć. „Myślę, że jeden sześciopak wystarczy“, odpowiedział. „Aha“, skwitowałem tylko, choć moja wewnętrzna reakcja stanowiła mieszankę radości, ulgi oraz rozczarowania, wynikającą z tego, że gdy ja byłem w jego wieku, to spokojnie byłem w stanie skonsumować cały sześciopak w pojedynkę. Sfinansowałem mu to piwo.

Po imprezie zapytałem go, jak było. Na miejscu było około trzydziestu osób, chłopaki i dziewczyny i wszyscy się świetnie bawili. „Czy jeszcze ktoś przyniósł coś do picia?“ „Tak, gospodarz przyjęcia kupił jeszcze dwie skrzynki“.

„Piwa?“ „Nie, no mate oczywiście“ „A czy jeszcze ktoś przyniósł piwo?“ „Tak, jeden kolega też przyniósł sześciopak.“ „I co, starczyło wam to?“ „Nie, wszyscy razem poszliśmy potem do sklepu na rogu i kupiliśmy jeszcze dwie skrzynki mate.“ „A czy ty piłeś piwo?“ „Nie. Przecież nie muszę, prawda?“.

No nie, nie musi. I to właśnie, uważam, jest nowe. Spotykają się co prawda mniej, ale jak już się spotkają, to robią razem różne fajne rzeczy, np. idą się wspinać albo grają w bilard, w piłkarzyki albo idą tańczyć. I wcale nie uważają, że trzeba przy tym pić albo palić trawę. Ale nie uważają też, że niepicie czy niepalenie trawy jest jakąś filozofią życiową. Kto chce, to niech to spokojnie robi, tylko że oni właśnie tego nie robią. Aha, a palenie papierosów uważają po prostu za czystą głupotę.

U nas tego nie było. Wszystko jedno, dokąd się szło, częścią jakiej kultury młodzieżowej chciało się być – wszędzie się co najmniej piło i paliło. Jeśli ktoś nie lubił alkoholu, to zamawiał sobie winiak z colą albo słodkie wino, bo tak nie było go tak bardzo czuć. Grunt, że nie było się psującym zabawę sztywniakiem, czyli tym niepijącym. A palono wszędzie. Powietrze było takie, że każdy niepalący de facto wypalał paczkę dziennie. Trzeba się było wykazać dużą siłą woli oraz cierpliwością w udzielaniu odpowiedzi na mnóstwo pytań, jeżeli jednego wieczoru nie chciało się pić albo palić. A teraz w Berlinie jest cała masa subkultur i klubów, w których tak w ogóle nie jest. Więc krzyczę radośnie: „Hurra! W ogóle nie rozumiem tych młodych ludzi“.