O co chodzi z... separatyzmem w Niemczech? Nie narody, lecz państwa

Flaga Bawarii
Flaga Bawarii | Źródło: pixabay © Capri23auto

Przez Europę przechodzi fala separatyzmu. Nie omija ona także Niemiec. Christoph Bartmann snuje rozważania na temat niepodległości Bawarii i tzw. separatyzmu indywidualnego.

„Wszystkie narody mają prawo do samostanowienia. Z mocy tego prawa swobodnie określają one swój status polityczny i swobodnie zapewniają swój rozwój gospodarczy, społeczny i kulturalny“, czytamy w obu Paktach Praw Obywatelskich  Narodów Zjednoczonych, ratyfikowanych w 1977 roku. Ratyfikowanych, dodajmy, nie przez narody, lecz państwa, które swym podpisem zobowiązały się do ochrony żyjących w ich granicach narodów. Państwo narodowe jako stróż swoich mniejszości – w tym duchu Hiszpania winna strzec prawa do samostanowienia Katalonii i wspierać je, a Wielka Brytania czynić to samo w odniesieniu do Szkocji.
 
Coś z tym stróżowaniem musiało pójść nie tak, bo właśnie teraz Europa przeżywa swoistą wiosnę separatyzmu. Można powiedzieć, że zapanowała powszechnie zasada buntu przeciw kolejnej wyższej instancji. Katalonia pragnie niepodległości od Hiszpanii i prosi Brukselę o wsparcie. Wzrost autonomii w Europie regionów marzy się również Szkocji, gminie Bornholm, Flandrii, Południowemu Tyrolowi, Veneto, Wyspom Owczym i nie tylko. Niewiele krajów wykazuje odporność na te marzenia. A jak jest w Niemczech?
 
Jak pokazała ankieta z lipca 2017 roku, prawie jedna trzecia Bawarczyków opowiada się za wystąpieniem z Republiki Federalnej. To niewiele mniej niż w przypadku Szkotów, którzy ostatnio także opowiedzieli się na rzecz autonomii. Niezależności chce również 22 procent mieszkańców Saary i 21 procent Saksończyków, natomiast tylko 13 procent Berlińczyków i 8 procent mieszkańców Nadrenii-Palatynatu. Płynie stąd następujący wniosek: parcie do autonomii jest najsilniejsze w landach, które mają za sobą jakiś etap suwerenności (Bawaria i Saksonia do 1918 roku były monarchiami Rzeszy Niemieckiej), zaś najsłabsze w tych, które nie wykształciły własnej tradycji i tożsamości (Nadrenia-Palatynat została założona dopiero po drugiej wojnie światowej, podobnie jak Badenia-Wirtembergia i Nadrenia-Północna Westfalia). Wyjątek stanowi Saara, która została przyłączona do RFN dopiero w wyniku referendum w 1955 roku, a wcześniej cieszyła się autonomią tylko okresowo.

Separatyzm narodowy i indywidualny

Ci, którzy mówią o separatyzmie w Niemczech, mają na myśli przede wszystkim Bawarię. Tam przez długi czas ważną rolę w polityce odgrywała Bayernpartei (Partia Bawarii), która stała się adwokatem bawarskiego regionalizmu i separatyzmu.  Regionalizm niestrudzenie postuluje również CSU, od lat siedemdziesiątych partia rządząca Bawarii, trudno ją jednak posądzić o wspieranie dążeń separatystycznych. CSU poprzestaje na demonstrowaniu rządowi niemieckiemu i pozostałym krajom związkowym szczególnej roli Bawarii, jej finansowej i gospodarczej siły, sprawnego rządu, et cetera. W koncercie niemieckich landów Bawaria lubi grać pierwsze skrzypce; chociażby z tego powodu obca jest jej myśl o wystąpieniu z federacji. Skoro jednak za autonomią opowiada się bądź co bądź 32 procent Bawarczyków, to czy wyjście naprzeciw tej grupie wyborców nie byłoby posunięciem politycznie korzystnym, jeszcze zanim uczynią to – co wydaje się możliwe – inne, radykalniejsze siły?
 
Tylko co Bawaria zyskałaby na autonomii? Ni mniej, ni więcej tylko to samo co Katalonia. Bo czy w przypadku Bawarii również nie mamy do czynienia z odrębną kulturą i językiem, tłumionymi przez centralę? Czy i Bawaria nie musi dzielić się swoimi nadwyżkami ze słabszymi landami? Czyż Monachium nie czuje się wodzone na pasku przez Berlin, mało tego, przez całe protestancko-północnowschodnie, większościowe Niemcy? Uczucia te nie są Bawarczykom obce, lecz rządząca CSU ma baczenie na to, by trzymać je w ryzach. Można tylko mieć nadzieję, że w tych niespokojnych czasach będzie jej się to udawać jak najdłużej.
 
Wielkie poruszenie w Niemczech wzbudza ostatnimi czasy inne zjawisko. Nie chodzi o separatyzm narodowy czy regionalny, lecz o separatyzm innego rodzaju, nazwijmy go indywidualnym. W Niemczech uaktywnili się bowiem ostatnio obywatele, którzy nie uznają swojego państwa i deklarują dążenia do uniezależnienia się od jego władzy. Obecnie szacuje się liczbę owych „Reichsbürger“ („Obywateli Rzeszy“) na około 15 000 w całych Niemczech. Należą do najróżniejszych ugrupowań i działają, jak na prawdziwych separatystów przystało, niezależnie od siebie. Łączy ich przekonanie, że Niemcy istnieją nadal w granicach z roku 1918 lub 1937, a Republika Federalna Niemiec ze swoim rządem i administracją to w najlepszym razie skandal, a w najgorszym – organizacja przestępcza. Wobec tego należy to państwo ignorować, sabotować, a w razie konieczności - również zwalczać przemocą. Gdyby Reichsbürger nie tolerowali nad sobą żadnej władzy państwowej, można by ich było określić mianem anarchistów. Rzecz w tym, że oni chcą państwo stanowić i dlatego wystawiają własne dowody tożsamości, prawa jazdy i inne dokumenty. Nie stosują się do wezwań władz, chociażby do płacenia podatków, argumentując, że przecież Niemcy są okupowane, w związku z czym ich państwowość jest pozbawiona podstaw prawnych. Obywateli Rzeszy można by uznać za szaleńców, gdyby nie byli tak niebezpieczni. Oni również ucieleśniają zasadę buntu wobec kolejnej wyższej instancji. Swoją nienawiść kierują jednak nie tylko pod adresem dalekiej Brukseli czy Berlina, lecz przede wszystkim – burmistrza własnej miejscowości.