Książki, o których się mówi Odpowiedzi na pytania, które niesie czas

Tej jesieni, która dostarczyła tyle powodów do rozczarowania, o polityce – w domu, z przyjaciółmi, czy też w pracy – rozmawiamy znacznie częściej niż dawniej. Przede wszystkim mówimy o triumfie prawicowego populizmu, resentymentów i nowego nacjonalizmu, triumfie widocznym nie tylko tu i tam, lecz niemal we wszystkich miejscach na świecie.

Czas, który spędzamy, dyskutując na takie tematy, rozszedł się z czasem, kiedy rozmawiamy o książkach. Chyba że, lecz rzadki to przypadek, jakaś książka dostarcza akurat odpowiedzi na pytania, które niesie ze sobą teraźniejsza sytuacja. Jeśli tak się zdarza, to książką taką rzadko jest powieść, częściej natomiast politycznym dyskusjom towarzyszą, czy nawet je wywołują, książki popularno-naukowe.

W Niemczech zdarzyło się to ostatnim razem zupełnie nieoczekiwanie po publikacji książki Didiera Éribona Rückkehr nach Reims (2016) która we Francji ukazała się już sześć lat wcześniej. Éribon, socjolog i biograf Foucaulta, opisuje w niej swoje pochodzenie – środowisko robotnicze w Reims, swoje kulturowe wyzwolenie się dzięki studiom w Paryżu i szok, kiedy po latach skonstatował, że „mali ludzie“ z Reims zostali zagarnięci przez Front Narodowy. W Niemczech esej Éribona odczytywano jako komentarz do aktualnej sytuacji. To jest książka, która zwrot w prawo, widoczny dziś w świecie, lokuje w indywidualnym przeżyciu i dostarcza pojęć umożliwiających wyjaśnienie tego zjawiska. 

Powieści jako literacka ocena sytuacji 

Od powieści nie należy jednak raczej oczekiwać politycznej aktualności. Były wprawdzie czasy, kiedy wiodący pisarze (wszyscy wtedy wiedzieli, kto jest „wiodącym pisarzem“) odpowiedzialnie zabierali głos, gdy pojawiała się potrzeba oceny sytuacji. Wystarczy przywołać opowiadanie Heinricha Bölla Die verlorene Ehre der Katharina Blum (1974) czy powieść Güntera Grassa Ein weites Feld (1995), będące literackimi reakcjami na wydarzenia polityczne w Niemczech –  w pierwszym przypadku na terror RAF-u i wywołaną nim histerię, w drugim na zjednoczenie Niemiec. Książki te stały się wydarzeniami, ponieważ wyszły spod pióra najbardziej renomowanych pisarzy a poza tym też dlatego, że były szeroko komentowane w prasie przez największych krytyków (i to chętnie negatywnie; Marcel Reich-Ranicki – „kompletnie nieudane“). Dopiero soczysta krytyka, mająca naturalnie swoich oponentów, przydała im właściwego rozgłosu.

Literatura a polityka

Ale takie sensacje stają się coraz rzadsze – wielcy pisarze i wielcy krytycy powoli odchodzą. Nie znaczy to, że literatura przestaje wywoływać spory. Ostatnio okładano się nawet pięściami na Targach Książki we Frankfurcie; doszło do tego na stoisku wydawnictwa Antaios Verlag. Antaios Verlag jest intelektualnym forum Nowej Prawicy w Niemczech. Wydaje ono tak poczytne książki jak Finis Germania, w której nieżyjący już historyk Rolf Peter Sieferle ostrzega przed upadkiem Zachodu z powodu „socjalizmu demokratycznego“ i nieustannego zajmowania się przez Niemcy „przezwyciężaniem przeszłości“. Powodem bójki na Targach we Frankfurcie stała się książka Mit Linken leben, będąca kontrodpowiedzią na wcześniej wydany tytuł Mit Rechten leben. Na stoisku Antaios Verlag wystąpił wówczas Björn Höcke, reprezentant prawicowego ugrupowania Alternatywa dla Niemiec (AfD), pojawili się też ludzie Antify i zaczęli skandować „naziści won“. Wtedy w ruch poszły pięści. Organizatorzy frankfurckich Targów zapowiedzieli wcześniej, że nie zamierzają wykluczać z Targów udziału twórców prawicowych. Była to słuszna decyzja, w przeciwnym bowiem razie AfD miałaby więcej powodów głosić, że zagrożenie dla wolności przekonań płynie dziś głównie ze strony liberałów. Ogólnie daje się zauważyć, nie tylko na Targach, znaczną polaryzację postaw. Pytanie brzmi coraz częściej: czy z tym/z tamtą da się (jeszcze) rozmawiać? Akurat w Niemczech, gdzie często trudno odróżnić konserwatystę od prawicowca czy prawicowego ekstremisty, grożą z lewej strony sceny politycznej zakazy głośnego myślenia i oficjalnych wystąpień. Czy w takim razie prawicowcom Peterowi Sloterdijkowi i Botho Straussowi także należałoby zakazać pisania i wypowiadania się? Coraz więcej osób ma, jak się wydaje, problem z politycznym pluralizmem. 

Lecz choć obecnie niemiecka literatura stoi nieco w cieniu polityki, trzeba przyznać, że tej jesieni miała swoje wielkie wejście. Stało się to nie tyle za sprawą Akademii Szwedzkiej i jej wprawdzie akceptowalnego, lecz niespecjalnie emocjonującego wyboru Kazuo Ishiguro jako laureata Literackiej Nagrody Nobla, ile za sprawą wielu nowych publikacji książkowych, jakie pojawiły się na rynku. Z perspektywy niemieckojęzycznej trzeba wymienić zwłaszcza brukselską powieść Roberta Menassego Die Hauptstadt, Ingo Schulzego Peter Holtz. Sein glückliches Leben erzählt von ihm selbst, historyczno-fantastyczną powieść Daniela Kehlmanna Tyll i porywający debiut Sashy Marianny Salzmann Außer sich. Za swój epos o Unii Europejskiej Menasse otrzymał właśnie nagrodę Deutscher Buchpreis. Przez wiele lat autor ten zbierał w Brukseli materiały do swej książki. W 2012 roku jako podsumowanie tego etapu pracy opublikował Der Europäische Landbote, pamflet na zjednoczoną Europę. Die Hauptstadt to rzadki przypadek powieści interesującej zarówno literacko, jak i aktualnej politycznie. Menasse osiągnął coś, czego w swoim czasie nie było dane Böllowi ani Grassowi: kiedy do ich utworów wkraczała codzienna polityka, tracił na tym literacki poziom ich dzieł.

Robert Menasse i UE

Niełatwo napisać powieść uwzględniającą polityczną teraźniejszość, jeśli teraźniejszość tę stale generują nowe meldunki, siłą rzeczy zasilające materię powieści w trybie „last minute“. Brexit, kryzys uchodźczy, ataki terrorystyczne w Brukseli – nieustannie coś się wydarza. Skałą w kipieli codziennych zdarzeń okazuje się w powieści Menassego Komisja Europejska, jej urzędnicy, procedury, rutyna i regulacje językowe. Nic prostszego (i nudniejszego), niż stworzyć satyrę na Unię Europejską, w której być może piętnowałoby się inercję i oderwanie od życia unijnych urzędów. Menasse chwali natomiast (a może nawet kocha) brukselską złożoność. I odkrywa wewnątrz unijnych instytucji mnóstwo mądrych ludzi, dla których zimna i abstrakcyjna Bruksela stała się w pewien sposób ojczyzną.

Na początku jego powieści ulicami Brukseli biegnie świnia. Świnia symbolizuje Brukselę jako stolicę kompleksu agrarno-przemysłowego. Świnia w Europie jest ważna, jest „materią przekrojową“, to znaczy – w zależności od stopnia przetworzenia podlega różnym resortom UE. Zatem kiedy świnia bez wyraźnego celu biegnie sobie przez Brukselę, poznajemy cały szereg postaci, włączonych przez Menassego do brukselskiego korowodu. Kultura jest ostatnią liczącą się dziedziną w Komisji Europejskiej, wszyscy o tym wiedzą, dlatego trzeba naprawdę dać z siebie wiele, by uciec stamtąd do innych działów (rolnictwa na przykład). Greczynka Fenia Xenopolou potrzebuje dobrego pomysłu, który by wspomógł jej karierę i umożliwił świętowanie rozmaitych, zbliżających się jubileuszy Europy. Kto podsunie pomysł na taką akcję paralelną? Austriak Susman wychodzi z hasłem przywiezienia do Brukseli ludzi, którzy przeżyli Auschwitz. Jego projektowi przyświeca idea, by Auschwitz nigdy się już nie powtórzyło. Pomysł Susmana ociera się jednak o patos, dla komisji jest właściwie zbyt serio. Mimo to jego realizacja nabiera zrazu rozpędu, po czym zostaje storpedowana według wszelkich reguł europejskiej sztuki. Wiele spraw nie udaje się w Brukseli, wiele pada ofiarą biurokracji i nieefektywnych działań. Lecz być może istnienie UE zapobiega wojnom, tak jak przez długi czas cesarstwu habsburskiemu udawało się utrzymywanie kruchego pokoju. Nie ma nic gorszego – w tym jesteśmy z Menassem zgodni – niż powrót nacjonalizmu.

Przestaliśmy się spodziewać, że będziemy tropić w powieściach aktualną rzeczywistość polityczną. Cóż więcej mogą wiedzieć pisarze i czegóż więcej doświadczać ponad to, co wyznacza horyzont konsumowanych przez nas wiadomości? Może dlatego wielu twórców zwraca się ku przeszłości, jak Daniel Kehlmann (w czasy zamętu wojny trzydziestoletniej) czy Ingo Schulze (w chaos trwający po wojnie ludów). Inni autorzy, jak Sasha Marianna Salzmann, skupiają się na skutkach wielkich przemian w życiu rodziny.

Robert Menasse podjął ryzyko stworzenia współczesnej powieści politycznie zaangażowanej, a efekt okazał się niezwykle udany. Zaangażowanie pisarza jest wyrazem troski, nie traci on jednak pogody ducha. Wynikająca z zatroskania, lecz pogodna: taka książka jest nam właśnie potrzebna.