Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Wolność w nauce
Kruche fakty

Jeden z wczesnych przykładów ograniczania wolności słowa – sądy skorupkowe w Atenach
Jeden z wczesnych przykładów ograniczania wolności słowa – sądy skorupkowe w Atenach | Źródło: Flickr; Foto: Andy Montgomery; CC BY-SA 2.0

W dobie podważania autorytetu ekspertów, coraz powszechniejszej „grantozy“ i upolitycznienia badań warto postawić pytanie o wolność w nauce i jej granice. O ograniczeniach w poszukiwaniu prawdy – od czasów Sokratesa przez badania w czasach PRL-u po epokę postprawdy – pisze Joanna Tokarska-Bakir.

Joanna Tokarska-Bakir

Oburzyła mnie kiedyś wypowiedź Alberta Einsteina, który odmawiał uznania starożytnych chińskich eksperymentów za naukowe w europejskim sensie tego słowa. Musiało minąć wiele czasu, zanim zrozumiałam, że nie był to tylko europocentryczny wybryk ze strony noblisty. Einstein stwierdzał po prostu, że pomiędzy badaniami na zamówienie cesarza, których celem jest poszukiwanie środka na nieśmiertelność, a bezinteresownymi badaniami nastawionymi na zdobycie nowej wiedzy o podstawach zjawisk [1], zachodzi zasadnicza różnica. Dziwił się też, jak w Europie, mimo rozwoju kapitalizmu, pragmatyzmu i utylitaryzmu, w ogóle mogły spotkać się i przez długi czas utrzymywać warunki, które umożliwiały ten szczególny typ dociekań. Rozwodził się nad uniwersytetem typu humboldtowskiego, myśleniem abstrakcyjnym i filozoficznym duchem, który „wieje kędy chce“ (J 3,8), niewiele sobie robiąc z zamówienia społecznego.

Nauka europejska a wolność słowa

Cum grano salis, zasadę nieskrępowanego poznania można uznać za jeden z fundamentów nowoczesnej Europy. Jego historycznym wyrazem był już postulat wolności słowa, znajdujący się wśród podstawowych zasad demokracji ateńskiej. Zwano ją isegoria, jednakową dla wszystkich wolnością wypowiedzi. Ale i w starożytnej Grecji owa wolność była limitowana. Nie miały jej kobiety, nieobecne przecież na agorze, a także  niewolnicy i barbarzyńcy. Nie przysługiwała ona też wygnańcom na obczyźnie. Dowiadujemy się tego z Fenicjanek Eurypidesa. „Gdy królowa Jokasta pyta Poliklinika, czy to jest bardzo źle być wygnańcem, Poliklinik odpowiada jej, że to jest wielkie nieszczęście; wprawdzie z jednego tylko powodu, ale za to najważniejszego: wygnaniec pozbawiony jest wolności słowa“ [2]. Ale także w Atenach wolność słowa napotykała przeszkody: wspomnijmy Sokratesa, skazanego za gorszenie młodzieży i sądy skorupkowe, za pomocą których można było pozbyć się rywali nazbyt wyrastających ponad przeciętną.
 

Gdy królowa Jokasta pyta Poliklinika, czy to jest bardzo źle być wygnańcem, Poliklinik odpowiada jej, że to jest wielkie nieszczęście; wprawdzie z jednego tylko powodu, ale za to najważniejszego: wygnaniec pozbawiony jest wolności słowa.

Wraz z rozwojem demokracji zmieniały się warunki korzystania z wolności słowa. Nie wszystkich słuchano równie uważnie, nawet jeśli mieli coś prawdziwego do powiedzenia. Pojawili się też sofiści, czyli ludzie potrafiący fingować prawdę. Całą historię filozofii można uznać za próby jeśli nie rozwiązania, to przynajmniej skontrolowania stworzonego przez nich problemu.
 
Podobnym ograniczeniom i zmianom podlegała też nowoczesna nauka, którą też można interpretować w kategoriach swobodnego poszukiwania i wypowiadania prawdy. Pod nieobecność kryteriów prawdy np. w humanistyce, wewnętrznym zabezpieczeniem pola nauki przed oszustwem był wynalazek formacji akademickiej (Bildung), kariery i stopni naukowych – jak się dziś okazuje, wcale nie taki nieskuteczny, jak to się kiedyś wydawało. Autonomia uniwersytetu, wynalazek niezależnych recenzji, wymóg zmieniania środowiska przed habilitacją, zasada publikacji peer reviewed – wszystko to były empiryczne sposoby, by strzec wolności i jakości nauki.

Prawda i polityka

I przez długi czas strzegły jej skutecznie, odpierając zagrożenia stwarzane przez głównego rywala nauki, jakim jest polityka, zawsze starająca się ją sobie podporządkować. O perypetiach tej kontroli mówi esej Hanny Arendt Prawda a polityka (1964). Punktem wyjścia, jaki obiera filozofka, aby rozważyć związki polityki i nauki, jest Leibnizowskie rozróżnienie prawdy racjonalnej, do której zalicza aksjomaty matematyczne i filozoficzne, oraz prawdy o faktach, którą ustalają np. historycy. Nawiązując do głęboko ocenzurowanej radzieckiej wersji historii Arendt pisze: „Kiedy zastanawiamy się nad prawdami o faktach - tak skromnymi jak rola, jaką w rewolucji rosyjskiej odegrał pewien człowiek o nazwisku Trocki, który nie pojawia się ani razu w żadnej radzieckiej książce traktującej o historii - od razu uświadomimy sobie, że prawdy tego rodzaju są o wiele bardziej kruche, niż wszystkie odmiany prawdy racjonalnej razem wzięte. (...) Kiedy władza dokonuje napaści na prawdę racjonalną [matematyczną czy filozoficzną] wykracza jakby poza swoją domenę, natomiast kiedy fałszuje lub wymazuje fakty, wydaje bitwę na własnym terenie. Prawda o faktach ma bardzo nikłe szanse, by oprzeć się napaści ze strony władzy; zawsze grozi jej usunięcie nie tylko na pewien czas, ale potencjalnie także na zawsze. Fakty i zdarzenia są nieskończenie bardziej kruche od aksjomatów, odkryć czy teorii“ [3].
 

Fakty i zdarzenia są nieskończenie bardziej kruche od aksjomatów, odkryć czy teorii.

Hannah Arendt

Zmiany organizacyjne wymuszone przez gospodarkę i cywilizację konsumpcyjną na przełomie wieku XX i XXI, a najbardziej chyba narzucenie nauce modelu przedsiębiorstwa mającego generować zyski, ograniczyło jej swobodę i autonomię znacznie bardziej niż miało to miejsce w czasach Arendt. To, co funkcjonowało dobrze, gdy dziedziny badań naukowych były niewielkie, a uposażenia badaczy wysokie, wydatnie zmieniło się, gdy obie  skale uległy odwróceniu. Do erozji autorytetu nauki przyczyniło się też zmuszenie jej do rywalizacji o coraz bardziej rozproszoną uwagę publiczności czyli ewentualnych fundatorów badań. Popularyzację nauki wyparło infotainment – pogranicze wiedzy i rozrywki, które miało sytuację poprawić, ale tylko obniżyło prestiż wielu dyscyplin.
 
Być może każda epoka i kultura ma swoją własną odmianę nauki, ale zależność odwrotna już nie jest taka pewna. Jeśli zastanowimy się, ile dziedzin naukowych w ostatnich dekadach zanikło, ile się narodziło, a które się ponownie odradzają, uchwycimy oczywistą, ale skrywaną zależność nauki od społeczeństwa.
 
Dotyczy to nie tylko wybranych zagadnień, ale nierzadko całych obszarów badań. Przykładem może być moja własna dyscyplina, etnografia. Gdy pod koniec lat siedemdziesiątych rozpoczynałam studia na Uniwersytecie Warszawskim, wciąż znajdowała się ona w politycznych łaskach. Komunizm lubił uzasadniać się odwołaniami do folkloru, który dostarczał mu pożądanej ludowej legitymizacji. W tym samym czasie za zachodnią granicą, wegetowała zredukowana Volkskunde, czyli niemiecki odpowiednik etnografii, mocno uwikłanej w volkizm Niemiec hitlerowskich. Kiedy skończyłam studia, początkowo zamierzałam zostać folklorystką i pracować w Instytucie Badań Literackich PAN. Ale wtedy właśnie komunizm upadł i pracownię folklorystyki zamknięto. Dziś, gdy do władzy w Polsce doszli populiści, wokół folkloru ponownie zapanowało ożywienie. Pojawiły się atrakcyjne stypendia z zakresu „dziedzictwa narodowego“, pozwalające nieźle żyć z ludowego tańca i śpiewu.

„Tematy trudne“

W każdym kraju istnieją trudne tematy naukowe. W Polsce, w której miała miejsce zagłada Żydów, jednym z takich tematów są od lat stosunki polsko-żydowskie.
 
Najnowszą odsłonę tej trudności stanowi ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej, zwana ustawą o Holokauście. Zgodnie z deklaracjami ustawodawcy, ma ona chronić dobre imię narodu polskiego przed zniesławiającymi je zarzutami. Problem polega na tym, że naród jest bezimienny, podczas gdy polscy pomocnicy Zagłady – szmalcownicy, granatowi policjanci, członkowie ochotniczych straży pożarnych, albo polujących na Żydów formacji podziemnych – mają imiona całkiem konkretne. Z nazwiskami wiążą się jednak problemy. O pewnym z nich opowiem poniżej, ponieważ obrazuje on jeden z mechanizmów współcześnie działającej cenzury, która ma realny wpływ na upowszechnianinie badań naukowych.
 
Kilka lat temu jeden z moich studentów, Łukasz Konopa, napisał pracę magisterską zatytułowaną Trzcianne – studium przypadku. Trzy obrazy zagłady żydowskiego miasteczka [4]. Jej tematem były losy rodziny podlaskich Sprawiedliwych, Anny i Jana Wasilewskich oraz ich synów. W roku 1941 Wasilewscy wzięli na przechowanie troje żydowskich sąsiadów: Maśkę Szpak i dwóch braci Mroczkowskich. Szczęśliwie przetrzymali ich do końca wojny. Po wkroczeniu Armii Czerwonej braciom Mroczkowskim udało się wyjechać do Palestyny. Nie miała tyle szczęścia Maśka, którą jeden z sąsiadów, dobrze wiadomo który, w biały dzień zabił na polu w roku 1945. Spokoju nie mieli też państwo Wasilewscy, których powojenna partyzantka antykomunistyczna otwarcie prześladowala za przechowanie Żydów – włącznie z okradaniem, biciem do nieprzytomności i ostatecznie – gwałtem i zamordowaniem Anny Wasilewskiej. Nazwiska sprawców są znane. Żaden z nich nigdy nie poniósł kary.
 
Kiedy na podstawie swojej pracy Łukasz Konopa chciał opublikować artykuł, w jednym z pism naukowych postawiono mu warunek anonimizacji nazwisk wszystkich osób, które jego rozmówcy oskarżają o popełnienie zbrodni. Argumentowano, że instytucja wydająca pismo nie może sobie pozwolić na płacenie odszkodowań w ewentualnych procesach o zniesławienie. W następstwie tego przypadku w tym piśmie wprowadzono nawet nieoficjalną zasadę, że w ogłaszanych tu artykułach w pewnym sensie nie wolno dokonywać odkryć naukowych. Do druku przyjmowane są wyłącznie teksty opierające się na odkryciach poczynionych już wcześniej przez innych badaczy - wszystko z obawy przed odpowiedzialnością.

Społeczne uwarunkowanie wiedzy

Upowszechnianie prawdy jest zagrożone nie tylko przez władzę i jej interesy.

Potężnym źródłem zagrożeń mogą być też procesy demokratyzacji wiedzy, których pochodną bywa przekształcanie faktu w opinię. O podobnej tendencji, która stała się prawdziwą plagą naszych czasów, Arendt pisała już w swoim reportażu z wizyty w tużpowojennych Niemczech:
 

Najbardziej uderzającym i przerażającym aspektem niemieckiego eskapizmu jest zwyczaj traktowania faktów tak, jakby były one jedynie opiniami.

Hannah Arendt

„Najbardziej uderzającym i przerażającym aspektem niemieckiego eskapizmu jest zwyczaj traktowania faktów tak, jakby były one jedynie opiniami. Np. na raczej bezdyskusyjne pytanie, kto rozpoczął ostatnią wojnę, udziela się zdumiewająco różnych odpowiedzi. Pewna pani z południowych Niemiec, skądinąd całkiem inteligentna, powiedziała mi, że wojna rozpoczęła się od ataku Rosjan na Gdańsk. We wszystkich dziedzinach życia obowiązuje rodzaj niepisanej umowy, na mocy którego każdy ma prawo do ignorancji, ponieważ ma prawo do własnej opinii (...). Jest to bardzo poważna sprawa, nie tylko dlatego, że takie przekonanie często uniemożliwia rzeczową dyskusję (na ogół nie nosimy ze sobą podręcznego księgozbioru), ale przede wszystkim dlatego, że przeciętny Niemiec naprawdę wierzy, że ta całkowita swoboda, ten nihilistyczny relatywizm w odniesieniu do faktów, stanowi kwintesencję demokracji“ [5].
 
Wspomnienie Arendt brzmi naiwnie w zestawieniu w tym, jakie rozmiary współcześnie przybrało przekształcanie faktów w opinie. To, co określa się mianem postprawdy - definiowanej jako okoliczności, w których obiektywne fakty wywierają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż emocje i opinie [6] – zmienia kształt bieżącej polityki. Spektakl związany z tzw. birther controversy, czyli aktem urodzenia prezydenta USA Baracka Obamy, rozpętany przez obecnego prezydenta, Donalda Trumpa, stanowił tylko przedsmak epoki postprawdy, która rozpoczęła się wraz z jego wyborem na urząd. Nieustanne mijanie się z prawdą zarówno jego, jak i innych populistycznych przywódców dowodzi głębokiego kryzysu, w jakim znalazła się cywilizacja.
 
W konfrontacji z podobnymi zjawiskami przypomnienie poglądów Arendt działa jak łyk świeżego powietrza. O prawdę trzeba dbać jak o wolność – stwierdza filozofka. I na marginesie dodaje, że zamazywanie linii oddzielającej prawdę o faktach od opinii bynajmniej nie wynika z tego, że ludzie nie znają prawdy, ale z pragnienia, by rzeczy były inne niż są w rzeczywistości. W sytuacji powszechnego kwestionowania prawdy rola nauki staje się donoślejsza niż kiedykolwiek w historii: „Stawką jest tu przetrwanie, trwanie w istnieniu (in suo esse perseverare). Żaden świat ludzki, którego przeznaczeniem jest istnieć dłużej aniżeli trwa krótki okres życia jego śmiertelnych mieszkańców, nie byłby w stanie przetrwać bez ludzi, którzy chcą czynić to, co jako pierwszy świadomie przedsięwziął Herodot, a mianowicie legein ta eonta; mówić to, co jest. Bez ludzi, którzy chcą zaświadczać temu, co jest, i co ukazuje się im, ponieważ jest, nie można sobie wyobrazić żadnej trwałości, żadnego trwania w istnieniu“ [7].

[1] „Badania podstawowe – oryginalne prace eksperymentalne lub teoretyczne podejmowane przede wszystkim w celu zdobycia nowej wiedzy o podstawach zjawisk i obserwowalnych faktów bez nastawienia na bezpośrednie zastosowanie praktyczne“,  art. 2 pkt 3 lit. a ustawy z dnia 30 kwietnia 2010 o zasadach finansowania nauki, Dziennik Ustaw RP z 2010 r. Nr 96, poz. 615
[2] Za: Stanisław Ossowski, Problematyka swobody słowa w dyskusjach naukowych, Puls, nr 1: 1977
[3] H.Arendt, Prawda a poliyka, w: tejże: Między czasem minionym a przyszłym, tłumacze różni, Aletheia, Warszawa 2011, 272
[4] Łukasz Konopa, praca obroniona w ISNS UW w roku 2010. Zob. artykuł na jej podstawie: https://ispan.waw.pl/journals/index.php/slh/article/view/slh.2016.008
[5] H.Arendt, Biedni Niemiec patrzy na ruiny, przeł. M.Godyń i S.Szymański, „Gazeta Wyborcza“ 20-21/9/2008.
[6] https://en.oxforddictionaries.com/definition/post-truth
[7] Arendt, Prawda a polityka, dz. cyt., PP 270