Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Nowe technologie w sztuce
Pędzle, pliki i piksele

Praca pokazana na platformie internetowej Radiance VR – Rindon Johnson, My Daughter Aaliyah, 2016, artistic VR experience
Praca pokazana na platformie internetowej Radiance VR – Rindon Johnson, My Daughter Aaliyah, 2016, artistic VR experience | © Radiance VR; mat. prasowe

O tym, jaką sztukę przyniesie przyszłość, co dobrego cyfrowy świat może dać artystom i widzom, czy trzeba dotknąć dzieła sztuki, żeby na nas działało – na pytania Anny Sańczuk odpowiada berlińska kuratorka i krytyczka Tina Sauerländer zajmująca się nowymi technologiami w sztuce.

Jedna z najbardziej aktywnych organizatorek młodej sceny artystycznej w Berlinie (i nie tylko) – Tina Sauerländer – przyjechała do Warszawy zaproszona na panel dyskusyjny „Sztuka w dobie sztucznej inteligencji” organizowany przez stołeczny Goethe-Institut. A jako promotorka i badaczka sztuki cyfrowej, do powiedzenia na temat zawarty w tytule debaty ma sporo! Kiedy w 2011 roku razem z Peggy Schoenegge założyła niezależną platformę wystawienniczą „peer to space”, łączącą artystów, galerie i odbiorców sztuki, jasne było, że sięgną w niej po nowe technologie i wizje sztuki, czego przykładem były np. wystawy online organizowane tylko w Internecie. To nie jedyna działalność Tiny w sieci, współtworzy również „Radiance”, czyli międzynarodową platformę online, która gromadzi artystów i krytyków sztuki VR oraz służy do badań nad działaniami artystycznymi w wirtualnej rzeczywistości. Jak sama mówi –  najbardziej interesuje ją „obserwowanie i badanie wpływu Internetu oraz kultury cyfrowej na życie i środowisko jednostek oraz na społeczeństwo.”

Tina Sauerländer Tina Sauerländer | © Melina Volkmann Anna Sańczuk: Nie ma już ucieczki od cyfrowej technologii oraz Internetu we współczesnej sztuce? Czy nie tracimy czegoś wraz z materialnymi obiektami sztuki, których można doświadczać bezpośrednio poprzez zmysły, tak jak czyniliśmy przez wieki z malarstwem, czy rzeźbą, które „są materią”?

Tina Sauerländer: Kiedy powstawała telewizja też mówiono, że ludzie przestaną czytać książki, chodzić do kina i rozmawiać ze sobą, a przecież tak się nie stało. Różne nurty sztuki, różne narzędzia i materiały – pędzle i farby, pliki i piksele – istnieją oraz będą istnieć równolegle, ale ponieważ już teraz na co dzień wszyscy korzystamy z cyfrowej technologii, bez sensu udawać, że tak się nie dzieje. Oprócz oczywistych zagrożeń niesie ona ze sobą też nowe, ekscytujące możliwości w życiu i w sztuce. W jednym z futurystycznych seriali widziałam odcinek, w którym bohaterowie przy pomocy pilota jednym pstryknięciem zmieniali krajobrazy wyświetlane na całych połaciach ścian. Czy takie narzędzie nie byłoby wspaniałym pomysłem na kontakt ze sztuką? Już dziś można np. stworzyć dywany uplecione ze światłowodów, które wyświetlają filmy – to się dzieje. A eksperymentalna technologia będzie taniała i stawała się dostępna. Przecież spędziłyśmy dzieciństwo jeszcze w świecie bez komórek, a teraz nagrywasz naszą rozmowę swoim telefonem.

W 2010 roku razem z przyjaciółką założyłyście szczególną internetową platformę „peer to space”, która łączy artystów i ich sztukę, najnowszą cyfrową technologię i odbiorców. Jaki był Wasz cel?

Bycie mediatorem pomiędzy tymi światami. Artyści nieustannie zagłębiają się w tym, co odwiecznie ludzkie, ale też często zastanawiają się nad nowymi modelami tworzenia sztuki, a przy tym, jako istoty społeczne, poprzez sztukę przyglądają się nierzadko społeczeństwu, jako organizmowi, który wspólnie tworzymy. Moim zadaniem jest uchwycenie tego spektrum i sprawienie, by to, co twórcy opowiadają poprzez dzieła, było zrozumiałe dla odbiorców i dawało im poczucie, że odnosi się to do nas wszystkich oraz do świata, w którym dziś żyjemy. Wystawy realizowane przez „peer to space”, zawsze dotyczą tego, jak żyjemy i jak warunki naszego życia zmieniają się pod wpływem otoczenia cyfrowego.

A co z odbiorcami sztuki, którzy nie czują się tak swobodnie w tym technologicznym, komputerowym środowisku? Nie każdy jest przecież „cyfrowym tubylcem”.

To prawda, ja np. nie jestem. Ale to jest też interesujące wyzwanie dla mnie, jako kuratorki i animatorki świata sztuki, aby dotrzeć do jak największej liczby możliwych grup odbiorców. Dlatego jako „peer to space” organizujemy przede wszystkim wystawy grupowe, podczas których artyści korzystają z różnych mediów i narzędzi. Pokazujemy sztukę VR i sztukę cyfrową, ale też malarstwo, fotografię czy rzeźbę, by różne osoby mogły znaleźć tam coś, co im odpowiada. Łącznikiem jest temat i jeśli przyciągnie on widza, to jest szansa, że wędrówka od jednej pracy do drugiej sprawi, że sztuka cyfrowa okaże się dla niego bardziej dostępna, a nowe idee bardziej zrozumiałe.

Oprócz organizowania wystaw w rozmaitych przestrzeniach w Berlinie i innych miastach, jakiś czas temu zaczęłyście robić też tzw. wystawy online, istniejące wyłącznie w Internecie. Skąd ten pomysł i jak się on sprawdza?

Pierwotny pomysł wystawy online pochodził właśnie ze świata sztuki cyfrowej i prezentacji, którą Carla Gannis zorganizowała w nowojorskiej galerii Transfer na Brooklynie. Na finisaż wystawy poświęconej autoportretom artystów wykorzystującym cyfrowe rysunki i konteksty Carla postanowiła zaprosić twórców do zrobienia animowanych komputerowo selfie-autoportretów. Poprosiła mnie o pomoc, bo chciała ocalić ten zamówiony „materiał” i tak, w marcu 2016 roku, w sieci zaistniała nasza pierwsza całkowicie internetowa wystawa, zatytułowana Nargifsus. Niestety dziś już nie można jej obejrzeć, bo platforma, na której umieściliśmy prace, została potem zamknięta. Jednak wówczas mogliśmy tam przedstawić dzieła pięćdziesięciu topowych artystów z całego świata, których nie bylibyśmy w stanie pokazać w prawdziwej rzeczywistości galeryjnej, bo byłoby to zbyt kosztowne. A do tego każdy mógł oglądać ten zbiór przez 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Było to więc znacznie bardziej demokratyczne wydarzenie artystyczne niż klasyczna wystawa w galerii!

Do dziś odbyło się pięć wystaw online. Wykorzystywałyście tam głównie sztukę stricte internetową, przeliczaną na bajty, ale też, co zaskoczyło mnie w waszej ostatniej prezentacji („Claiming Needles”) – również twórczość jak najbardziej „namacalną”.

Zainteresowało nas zrobienie wystawy online dotyczącej bardzo materialnego tematu, jakim jest sztuka wykorzystująca haft i szycie. Wśród kilkudziesięciu zaproszonych artystek i artystów byli zarówno tacy, którzy wcześniej mieli kontakt ze sztuką cyfrową, jak i tacy, którzy działali wyłącznie tradycyjnie i ku naszej radości wszyscy oni zareagowali entuzjastycznie na naszą propozycję. Efekt możesz obejrzeć poprzez naszą stronę i tym razem, mam nadzieję, wystawa szybko nie zniknie! Niektóre z prac pokazaliśmy jedynie poprzez dokumentację fotograficzną, ale są też prace artystów, takich jak wspaniała i doceniana Alma Alloro, która wyszywa, tworzy materialne obiekty, a potem je fotografuje i animuje cyfrowo.

Czy rynek sztuki jest w stanie wchłonąć cyfrowe dzieła sztuki, które są po prostu plikami i co w tym przypadku z prawami autorskimi?

Tradycyjny rynek sztuki jest dość konserwatywny, skupia się głównie na unikalnych przedmiotach materialnych i w ten sam sposób próbuje traktować sztukę cyfrową, czyli jako ograniczone edycje kopii, tak jak np. robi się to z fotografiami. Ale w świecie cyfrowym to nie działa, bo przecież plik może być kopiowany w identycznym kształcie w nieskończoność. Trzeba więc znaleźć inny sposób na to, by artyści mogli zarabiać także na sztuce cyfrowej. Dlatego wspólnie z twórcami powołaliśmy „Radiance” – to internetowa platforma dedykowana badaniu artystycznych doświadczeń w obszarze wirtualnej rzeczywistości. W tej chwili mamy 80 członków, dochodzą nowi, a naszym planem jest stanie się dla sztuki VR tym, czym Netflix jest dla filmów, a iTunes dla muzyki. Te „przemysły” mają już bowiem sposób, pomysł jak monetyzować pliki muzyczne i filmowe, a zarazem czynić je nadal dostępnymi w sieci. To samo chcemy poprzez „Radiance” zrobić dla VR-u, bo uważamy, że przyjdzie czas, kiedy będziemy mogli używać tej technologii w domu i coraz więcej ludzi zyska świadomość na jak wiele sposobów mogą wykorzystywać Internet. Będziemy mogli ten rodzaj sztuki streamować i oglądać we własnym domu, jak dziś z filmami. To oczywiście „pieśń przyszłości”, kiedy gogle czy inne narzędzia do wchodzenia w świat wirtualny staną się tańsze. Mimo że na początku ludzie nie wyobrażali sobie płacenia za treści pobierane z sieci i np. masowo ściągali filmy nielegalnie, teraz jest już powszechne, że płacimy pewną sumę za dostęp do muzyki i seriali. Przyzwyczailiśmy się do tego i to powinno być także normalne w świecie sztuki. Na razie pracujemy nad tym konceptem.

Jak wielu widzów odwiedza wasze wystawy online i czy ten rodzaj prezentacji sztuki ma przyszłość?

Pierwsza z naszych wystaw online – Nargisus, miała między 3 a 4 tysiące użytkowników, tyle, ile przeciętna mała wystawa w realu. Kolejne także idą w tysiące, czuć, ze rośnie zapotrzebowanie na sztukę w sieci, a potencjał gromadzenia publiczności online jest w zasadzie nieograniczony. W Paryżu powstaje właśnie galeria wirtualna do pokazywania sztuki cyfrowej, Galeria Rosengerg w Zurichu też tworzy swoją wirtualną galerię, wiele się dzieje na tym polu.

Ujmuje mnie to, jak dużą wagę przykładasz – i jako „peer to space” i jako „Radiance” - do kobiecego głosu w sztuce, także tej cyfrowej. Nie tylko stawiacie na nowe media w sztuce, ale też na świeże spojrzenie w kwestiach polityki, gender, praw mniejszości, czy wzorców społecznych. Może łatwiej poprzez nowe media wyrażać w sztuce nowe treści?

Tak już było w sztuce, np. w latach 60., kiedy pojawiły się nowe media i wiele artystek, jak np. Caroly Schneemann czy Ulrike Rosenbach, słynne performerki, odkrywały dla siebie wideoart, jako środek wyrazu artystycznego niezawłaszczony jeszcze przez męski, patriarchalny porządek. Dziś widzę coraz więcej artystek używających technologii cyfrowych w sztuce, co próbujemy pokazać na każdej naszej wystawie, szukając równowagi płciowej wśród zaproszonych twórców. Ten balans jest też zachowany w „Radiance”, ale już na innych VR-owych platformach niestety dominują faceci.

A co ciebie najbardziej fascynuje w świecie sztuki cyfrowej?

Uwielbiam możliwości sztuki VR, bo w tym świecie możesz np. odczuwać wielkość obiektów w relacji do własnego ciała, tak jak w świecie fizycznym. Kiedy oglądasz zwykły film, obraz, czy fotografię, potrzebujesz punktu odniesienia dla uchwycenia proporcji i skali. Kiedy widzisz słonia w świecie wirtualnym, odczuwasz jego wielkość, a do tego może to być różowy słoń, który tańczy. W tym świecie wszystko może być realne, nawet syreny i jednorożce, jak zatytułowaliśmy jedną z naszych onlajnowych wystaw. Po to potrzebny jest świat cyfrowy w sztuce!
 

Tina Sauerländer

historyczka sztuki, niezależna kuratorka i autorka. Współzałożycielka i dyrektorka niezależnej platformy wystawienniczej „peer to space”. Specjalizuje się w problematyce wpływu internetu i kultury cyfrowej na życie i środowisko jednostek oraz na społeczeństwo. Była kuratorką m.in. międzynarodowej wystawy „Die ungerahmte Welt. Virtuelle Realität als Medium für das 21. Jahrhundert” (Świat bez ram. Rzeczywistość wirtualna jako medium dla XXI wieku) w Haus der elektronischen Künste Basel, 2017. Jest współzałożycielką „Radiance”, międzynarodowej platformy online i bazy danych do badań nad „Virtual Reality Experiences“ w sztuce. Aktualnie przygotowuje doktorat na Kunstuniversität Linz, na wydziale Interface Cultures u prof. Christy Sommerer. Jest członkiem zarządu stowarzyszenia Medienkunstverein w Berlinie.