Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Hito Steyerl
Bubble vision

Bubble vision
Źródło: unsplash.com; Foto: Sebastian Pichler

Technologia 360 stopni pozwala nam na wirtualną podróż w dowolne miejsce i rozejrzenie się dookoła – niczym w bańce. W świecie wirtualnej rzeczywistości człowiek powoli zastępowany jest przez automatyczne systemy. Wizję człowieka tkwiącego w bańce i inne trendy współczesności przedstawia artystka i eseistka Hito Steyerl.

Zanim w listopadzie zeszłego roku oszpecony przez restauratorów obraz Salvator Mundi został wylicytowany na 450 milionów dolarów amerykańskich, stając się tym samym najdroższym dziełem sztuki na świecie, wszyscy mówili o bańce spekulacyjnej na rynku sztuki. Czy obraz naprawdę jest dziełem Leonarda da Vinci? Jaką rolę odgrywali pośrednicy z Arabii Saudyjskiej podczas kupna obrazu dla nowo otwartego muzeum Louvre Abu Dhabi?

Nikt jakoś nie zwrócił uwagi, że kryształowa kula, którą trzyma w ręce Zbawiciel świata, jest przezroczysta. To dość osobliwe, bo gdyby obraz został namalowany z zachowaniem wierności zasadom fizyki, w kuli musiałaby odbijać się postać malarza – lub przynajmniej obserwatora. Lecz kula nie odbija niczyjej postaci, jest pusta, choć Leonardo, jak świadczą przekazy, znał zasady optycznej refrakcji.

Bańka to symbol neoliberalnej globalizacji. Bańki spekulacyjne mogą w niebywale szybkim tempie generować profit albo z dnia na dzień niszczyć indywidualne światy i scenariusze życiowe.


Pusta kryształowa kula przypomina technologię 360 stopni, która ostatnio wkroczyła do fotografii, wideo i rzeczywistości wirtualnej: tu obserwator również znajduje się w środku kuli, w centrum świata sztucznie zakrzywiającego się wokół osoby patrzącego, którego ciało znajduje się poza obrazem. „Magia rzeczywistości wirtualnej polega na wywołaniu wrażenia, że naprawdę jest się w centrum wydarzeń“, opowiadał Mark Zuckerberg, prezentując facebookową aplikację do rzeczywistości wirtualnej, na przykładzie wirtualnej podróży do spustoszonego przez huragan Maria Puerto Rico. Ów paradygmat można by nazwać „bubble vision”, wizją człowieka tkwiącego w bańce.
 
Co się dzieje, gdy perspektywa centralna ustępuje na rzecz kulistej? Gdy wszystkie linie perspektywy kierują się koncentrycznie ku osobie obserwatora, który w dodatku jest nieobecny ciałem? Czy to znak obecnych czasów, w których podmiot zostaje zastąpiony przez selfie, a stara dobra opinia publiczna staje się „bańką opinii“? Jaka grawitacja polityczna wywołuje to zakrzywienie sfery wizualnej?
 
Hito Steyerl Hito Steyerl | Foto © Trevor Paglen Bańka to symbol neoliberalnej globalizacji. Bańki spekulacyjne mogą w niebywale szybkim tempie generować profit albo z dnia na dzień niszczyć indywidualne światy i scenariusze życiowe. Ten neoliberalny porządek znajduje swój wyraz w globalnej sztuce, której przykładem jest gigantyczna, lustrzana, świetnie sprawdzająca się w roli tła dla selfie rzeźba Cloud Gate Anisha Kapoora w Chicago.
 
Jaron Lanier, pionier refleksji o rzeczywistości wirtualnej, przyrównuje ją do wycinania konturów ludzkich postaci z materii wszechświata. Uniwersum rzeczywistości wirtualnej należy więc wyobrażać sobie jako nieskończoną liczbę baniek pełnych otworów, z których każdy ma obrysy ludzkiej postaci.
 
W głębokich warstwach antarktycznego lodu tkwią banieczki prastarego powietrza. Geolodzy prowadzą nad nimi badania – uprawiają niejako archeologię klimatu. Na podstawie tych banieczek geolodzy Simon Lewis i Mark Maslin sformułowali tezę, że do największego spadku emisji dwutlenku węgla na przestrzeni ostatnich 2000 lat doszło około roku 1610 za sprawą człowieka. W wyniku inwazji kolonialnej Ameryki Południowej, która kosztowała życie 49 milionów rdzennych mieszkańców kontynentu, powierzchnie użytkowane wcześniej pod uprawę roli porosły lasem. Dzięki nowym lasom cofnęła się emisja dwutlenku węgla, a temperatura na całym świecie uległa obniżeniu, piszą Lewis i Maslin w książce The Human Planet: How We Created the Anthropocene (Pelican). Podobnie było w Niderlandach podczas tzw. „małej epoki lodowej”. W Niderlandach okresu złotego wieku bańki spekulacyjne napędzały rozwój gospodarczy, motyw bańki królował też w malarstwie. Na obrazach nawiązujących do martwych natur o symbolice vanitas widać nie tylko kolonialne zdobycze, również pod postacią czarnoskórych służących - widać na nich także mnóstwo szklanych kul i baniek mydlanych.

W antropocenie człowiek sytuuje samego siebie w centrum natury, dokładnie tak jak użytkownicy rzeczywistości wirtualnej lokują sami siebie w centrum 360-stopniowego uniwersum.

Teoria Simona Lewisa i Marka Maslina jest nazywana „orbis hypothesis“ od łacińskiego słowa oznaczającego świat. Duet geologów proponuje uznać rok 1610 za początek antropocenu, ery, w której decydującym czynnikiem wpływającym na klimat został człowiek. W antropocenie człowiek sytuuje samego siebie w centrum natury, dokładnie tak jak użytkownicy rzeczywistości wirtualnej lokują sami siebie w centrum 360-stopniowego uniwersum. W świecie 360 stopni wszystkie linie perspektywy zbiegają się w osobie obserwatora, to on stanowi centrum, ground zero i punkt zbieżny dla otaczającego świata. Może być jednak i tak, że obserwatora wcale w obrazie nie ma lub właśnie go opuszcza. Człowiek bowiem kształtuje swój świat do momentu, w którym fizyczna egzystencja w nim przestaje być możliwa. Według brytyjskiego dziennika The Guardian w 2025 roku dwadzieścia procent generowanego na całym świecie prądu będzie pochłaniać przemysł komunikacyjny, z czego osiemdziesiąt procent przypadnie na video streaming. A w tym rzeczywistość wirtualna – obok technologii inwigilacyjnych – generuje przetwarzanie ogromnej ilości danych. Zmiany klimatu są wliczone w wolumen pobieranych plików.
 
Rysując słynnego człowieka witruwiańskiego, wpisanego w idealny okrąg, Leonardo stworzył model, w którym stosunek ludzkiego ciała do świata odzwierciedla matematyczną harmonię rządzącą uniwersum. Nowszy model stosunku człowiek-świat wyraża się w wynalazku bransoletki dla pracowników magazynowych, która naprowadza ich wibracjami na regał z właściwym produktem – kolejny krok na drodze postępującej automatyzacji.
 
W chwili, gdy człowiek uświadamia sobie swoją władzę i to, że znajduje się w centrum wszechświata, jest już właściwie zajęty relegowaniem tej władzy na nieprzezroczyste platformy cyfrowe i algorytmy typu black box, ukryte systemy, na wzór słynnej niewidzialnej ręki rynku, rzekomo wszystkowiedzącej i wszystkoregulującej - na sztuczne idiotyzmy i zautomatyzowane wyrocznie. Czy rzeczywistość wirtualna jest wobec tego wprawką, rodzajem treningu, przygotowaniem do życia w świecie, w którym człowiek będzie stopniowo zastępowany przez niewidzialne systemy?
 
Ale przecież nie wszyscy zostaną zastąpieni. Nowa centrala Amazona w Seattle składa się ze szklanych „biosfer“. „Miejsce pracy przyszłości“ to odizolowana od świata szklarnia. Kierownictwo pracuje w „salach konferencyjnych przypominających ptasie gniazda na wysokich drzewach“. W tej utopii lansowanej przez koncern odwrócono model antropocenu: o ile antropocen rozpoczął się zniknięciem ludzi z dorzecza Amazonki, to teraz Amazon(-kę) wtłoczono do bańki, zakonserwowano jako piętro, na którym zasiadają szefowie – piętro doskonale chronione przed światem zewnętrznym zanieczyszczonym przez człowieka.
 
Określenie „rzeczywistość wirtualna” pochodzi od Antonina Artaud, twórcy koncepcji „teatru okrucieństwa“. Widowisko taneczne z Bali, które Artaud zobaczył w 1931 roku na wystawie kolonialnej w Paryżu, wywarło na nim głębokie wrażenie „niezapośredniczoną przemocą wydarzeń“. Publiczność siedziała w centrum, otoczona tancerzami. Okrucieństwo oznaczało dla Artauda nie tyle przemoc ludzką, ile „znacznie straszniejszy, bardziej nieunikniony rodzaj przemocy, którą otoczenie może wywierać na ludzi“. Teatr okrucieństwa można dzisiaj odnaleźć w magazynie Amazona, w chaotycznej kakofonii rzeczy, robotów i zdalnie sterowanych ludzi. Przeciwieństwem magazynu Amazona jest piętro szefów zamienione w „biosferę“. To, co było na zewnątrz, teraz jest wewnątrz; zaciera się granica między górą a dołem.
 
Węgierska prawica propaguje automatyzację i sztuczną inteligencję jako alternatywę wobec napływu siły roboczej z zagranicy. W Niemczech przemoc wobec uchodźców wzrasta proporcjonalnie do liczby osób korzystających z Facebooka. Technologia cyfrowa wzmaga autorytarny natywizm: spojrzenie tego, który siedzi w „bańce“, komunikując się ze swoimi prywatnymi wszechświatami równoległymi, doskonale rezonuje ze światopoglądem izolacjonistycznym.
 
Rzeczywistość wirtualna to obietnica empatii i bezpośredniego przeżycia. Jej iluzyjna prawdziwość sprawia, że uważana jest za medium tendencyjnie „realistyczne“, mimo groteskowej aparatury, którą użytkownik musi założyć, by uzyskać do niej dostęp. Jak w przypadku wszystkich poprzednich realizmów, również i ten ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, przypomina raczej bilet do teatru na wygodne miejsce w loży.

Jeśli w sferze rzeczywistości wirtualnej cokolwiek wygląda „naturalnie“, prawdopodobnie mamy do czynienia z wyjątkowo wyrafinowaną fototapetą dla turystów.

 
Realizm święci obecnie swój come back w wielu obszarach. W sztuce współczesnej cenione są naturalne i tradycyjne materiały: folk art, naczynia z gliny, rytuały ludów żyjących w zgodzie z naturą i zapędy artystów-identytarystów wszelkiej maści. Błędne jest założenie, że w tym realizmie chodzi o rzeczywistość. Chodzi tu raczej o wygenerowanie jej algorytmu podporządkowanego kryterium typowości. Realizmy populistyczne są pod tym względem podobne do mechanizmów identyfikujących, wpisanych w sztuczne idiotyzmy: zidentyfikowane zostaje tylko to, co jest już znane pod postacią kategorii.
 
Ten rodzaj realizmu to reakcja na porażkę globalnych obietnic uleczenia bolączek obecnej rzeczywistości, na anulowane układy o wolnym handlu, na krachy giełdowe i odwołany koniec historii. Ten realizm jest paradygmatyczny dla współczesności, której ton nadają fake news, zmęczenie Internetem, najemni wojownicy-roboty w strzelankach komputerowych typu Ego-shooter, Brexit, wojny handlowe, cła i protekcjonizm. Ten realizm chce pokazać „prawdziwych“ ludzi. Jak się do tego zabiera?
 
Na ostatniej wystawie Documenta można było zobaczyć znakomitą pracę Wanga Binga, poruszający, realistyczny film dokumentalny o pracownicach chińskiej szwalni. Nazywał się 15 godzin i również tyle trwał. Można by sobie podobnie wyobrazić piętnastogodzinny film w technologii VR, w którym widz podąża krok w krok za pracownicą magazynu Amazona, zdalnie sterowaną wśród lasu regałów przez wibrującą bransoletkę.
 
W rzeczywistości wirtualnej nie ma czwartej ściany, nic się nie załamuje, każdy montaż, nawet najprostszy, nastręcza trudności. Użytkownik mógłby również sam, z pomocą aparatury VR, wejść w skórę pracownicy magazynu. Może i poczułby wówczas coś na kształt „autentycznego przeżycia“ – lecz czy to doświadczenie ma coś wspólnego z rzeczywistością? W tym wymyślonym przykładzie rzeczywistość wirtualna działa niczym AirBnB dla współczucia, jak sieć hosteli dla turystów szukających nowych doznań. Empatia ogranicza się tu do bycia voyeurem w prawdziwym teatrze okrucieństwa, jakim jest magazyn Amazona. A śledzenie pracy szwaczki na ekranie przez piętnaście godzin staje się co najwyżej performansem wytrwałości.
 
Wielu zwiedzających ostatnią wystawę Documenta skarżyło się na kuratorski chaos. Obrazem jeszcze większego, totalnego chaosu jest system sortowania w magazynach Amazona, którym nie rządzi ludzka logika, lecz przypadkowo nadawane towarom kody kreskowe. Co dla nas wygląda jak chaos, dla robotów stanowi idealny porządek. To ład zaprogramowany już nie dla ludzi, to ład rządzony przez postludzkiego kuratora, według kryteriów populistycznego realizmu z jego robotyką, podporządkowany osobnej, niezrozumiałej logice. Pewnie już wkrótce powstaną na akademiach sztuki nowe kierunki studiów poświęcone metodom chaotycznego sortowania, a wraz z nimi narodzi się kolejna edycja wystawy Documenta, w której eksponaty, zapakowane w brązowe kartony Amazona, będą posortowane na pozór chaotycznie, a dla podwyższenia profitu wszystkie zostaną opatrzone nalepką oznajmującą, że w środku znajduje się autentyczny Salvator mundi Leonarda.  
 
Tym sposobem wracamy do pierwszego pytania, mianowicie, dlaczego w kuli Leonarda (jeśli to rzeczywiście jego kula) nic się nie odbija?
 
Może Leonardo chciał powiedzieć, że nie powinniśmy dać się zwieść iluzji, gdy coś wydaje się nam naturalne, realistyczne i transparentne. Naturalistyczne efekty widoczne w szklanej kuli są złudne. Kryształowa kula namalowana według zasad optyki pokazywałaby wszystko, co znajduje się za nią, do góry nogami. Kula prezentowałaby się jako to, czym jest, czyli jako medium, tak jak i wirtualna rzeczywistość jest takim medium. Jeśli w sferze rzeczywistości wirtualnej cokolwiek wygląda „naturalnie“ lub daje złudzenie fotograficznej realności, prawdopodobnie mamy do czynienia z wyjątkowo wyrafinowaną fototapetą dla turystów, ułudą na wysoki połysk, update’owaną wersją barokowego malarstwa iluzjonistycznego w erze gier typu Ego-shooter, trójwymiarowej pornografii i partii AfD (Alternatywa dla Niemiec).

Człowiek znika - zastąpiony przez humanoidalnego robota z Arabii Saudyjskiej o imieniu Sophia, który otrzymał podczas konferencji inwestorów honorowe obywatelstwo.

 
Kto jednak poważnie traktuje wirtualną rzeczywistość jako medium, ten widzi wszystko, co ona pokazuje, jak w kryształowej kuli, do góry nogami – lub, jak żartował Marks w nawiązaniu do swojej interpretacji Hegla, postawione z idealistycznej głowy na materialistyczne nogi. Rzeczywistość musi być w świecie wirtualnym rzeczywistością odwróconą inaczej obraz kłamie. By adekwatnie przedstawić rzeczywistość brutalnej dysrupcji i jej coraz bardziej autorytarnego oblicza, niezbędne są techniki maksymalnej estetycznej alienacji, Verfremdung.
 
To, co zdaje się dzisiaj mówić kula Leonarda, można też zinterpretować bardziej dosłownie: może nie widać w niej niczego, łącznie z odbiciem patrzącego, dlatego że kula przepowiada stopniowe znikanie obserwatora?
 
Człowiek znika - zastąpiony przez humanoidalnego robota z Arabii Saudyjskiej o imieniu Sophia, który otrzymał podczas konferencji inwestorów honorowe obywatelstwo – w przeciwieństwie do harujących w tym kraju robotnic z Azji Południowej.

O znikaniu człowieka opowiada również informacyjno-reklamowa kampania lotów na Marsa, wyprodukowana w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i prorokująca pozaziemski eksodus oligarchów.
 
Znikanie człowieka może być konsekwencją coraz bliższych spotkań reżimów autorytarnych, feudalnych i populistycznych z technologią cyfrową. Czy dwa prawe kciuki Zbawiciela świata na obrazie przypisywanym Leonardowi są dowodem na autentyczność dzieła czy może jeden z tych kciuków należał do dziennikarza Jamala Khashoggi, który został uprowadzony w Stambule i poćwiartowany przez zabójców? I gdzie podziewa się sam obraz, którego prezentacja w Louvre Abu Dhabi miała się odbyć, jak zapowiadano, już przed kilkoma miesiącami?