Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Niemcy po polsku
Obyś obce dzieci uczył, czyli Polscy nauczyciele w Niemczech

Ściana w szkole w Worms
Ściana w szkole w Worms | Foto: Joanna Strzałko

W Niemczech praca jest, a nauczyciele są poszukiwani. A, że język? Nie, to wcale nie jest przeszkoda. Rośnie grupa wykształconych Polaków, a raczej Polek, które podejmują się pracy w szkołach za zachodnią granicą.

Joanna Strzałko

 

Mój pierwszy wyjazd do Niemiec nie był udany. Jechałam w nieznane. Wiedziałam tylko, że Bremerhaven, że fabryka ryb, że zimna hala i produkcja. To, co budowałam w Polsce przez lata jako nauczycielka języka angielskiego – sieć kontaktów, uczniów, szkoły – oddałam przed podróżą. Wytrzymałam na Zachodzie pół roku. Po powrocie do Koszalina wylądowałam w Netto na kasie. 1300 złotych po Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych. Ciężko było z tego żyć.

Znów zaczęłam rozglądać się za pracą w Niemczech. Czemu tam? Ten kraj mi się po prostu podoba. Pisałam do niemieckich szkół, ale odpowiadały mi, że muszę się najpierw przeprowadzić, to znajdzie się praca. No i wtedy właśnie, cztery lata temu, postanowiłam dać sobie rok. Syn został u mamy. Wsiadłam do pociągu z walizką w dłoni, biletem w jedną stronę i kamieniem w sercu. Ale czułam, że jak nie teraz to nigdy. Parłam więc jak tur. Trzy miesiące na zmywaku, kolejne trzy w hotelu jako pokojówka. Gdy nauczyłam się niemieckiego, zaczęłam węszyć za pracą w zawodzie. Po pół roku podpisałam pierwszą umowę ze szkołą językową w Hamburgu. 

Nie, nie mam etatu. Muszę tu najpierw nostryfikować dyplom, a z tym jest sporo roboty, dlatego to tyle trwa. Jestem na razie zarejestrowana jako wolny strzelec, ale pracuję dla prywatnej szkoły językowej i prowadzę kursy z języka angielskiego dla bezrobotnych skierowanych na naukę przez niemiecką agencję pracy. Płaci mi więc niemieckie państwo. To są dobre pieniądze.

Słowa dotrzymałam i pierwszego maja 2016 roku pojechałam do Koszalina po syna. Miał wtedy 13 lat. Gdy zamieszkaliśmy razem w Hamburgu, Niemcy zaraz mi przyznali zasiłek na dziecko i zaczęli wypłacać alimenty za byłego męża z Anglii, który od rozwodu ani grosza nam nie dał. W końcu zaczęłam godnie żyć.
 
Wytrzymałam jako nauczycielka w polskiej szkole wiele lat. Aż przyszedł 2005 rok. Byłam po rozwodzie, z dwiema córkami, 7 i 16 lat, na zakręcie. Jechałam samochodem, włączyłam radio i nagle przemówił do mnie energiczny głos: „Szukamy nauczycieli fizyki i matematyki. Niemiecka szkoła czeka”. Pomyślałam, że przyszedł czas na zmiany. Co prawda ani ja, ani moje córki nie znałyśmy niemieckiego. Ale przecież za granicą człowiek szybko się uczy.

Tak, od zawsze chciałam być nauczycielką. Mój tata, profesor i wykładowca na Akademii Morskiej w Gdyni, był dla mnie wzorem. Na świadectwie sprawdzał tylko moje oceny z matematyki, fizyki i geografii, reszta go nie interesowała. Jak raz poprosiłam go o pomoc przy pracy domowej z matmy, usiadł i przerobił ze mną całą książkę.

Gdy odchodziłam ze szkoły w Gdańsku, dyrektor pokiwał tylko głową: „Tak czułem, Pani Barbaro. Przykro mi, że nie mam Pani nic do zaoferowania”.

Powiedziałam córkom, że naszego mieszkania w Polsce nie sprzedaję, że wynajmę je tak jak jest, z meblami i obrazkami na ścianach. I że jak nie będzie nam się podobało w Niemczech, to wrócimy. W najgorszym wypadku nauczymy się języka. Zaufały mi. I nawet przez jeden dzień nie żałowałyśmy podjętej decyzji.

Wylądowałyśmy w Hamburgu. Wynajęłam mieszkanie w dzielnicy, gdzie nie ma Polaków, by zrobić jak najszybsze postępy w niemieckim. Młodsza córka poszła do podstawówki, druga do szkoły integracyjnej i już po czterech latach zdała w niemieckim gimnazjum maturę z wysoką średnią.

Z moją pracą były pewne komplikacje. Okazało się, że by uczyć w niemieckiej szkole moja znajomość języka powinna być na wysokim poziomie – C1. Samotne mamy mają jednak to do siebie, że umieją sobie radzić. Szybko ukończyłam kilkumiesięczny kurs integracyjny, zakończony certyfikatem znajomości języka B1. Potem pochodziłam, postukałam do różnych stowarzyszeń i załapałam się na kolejne, bezpłatne kursy. Nawet te wyjazdowe dla nauczycieli matematyki i fizyki, gdzie koszty hotelu, jedzenia i biletu pokrywał organizator.

Po otrzymaniu kolejnego certyfikatu znajomości języka na poziomie B2 poszłam do działu oświaty zapytać, gdzie mam się dalej kształcić. Urzędniczka na to: „Nie ma czasu, nauczy się Pani w biegu. Pitagoras brzmi przecież tak samo w każdym języku”. Okazało się, że to nie takie proste. Na historii mogłabym uczniom opowiadać prostymi zdaniami, lecz na matmie trzeba być precyzyjnym aż do bólu. Zainwestowałam więc w netbooka i korzystając z niemieckich stron internetowych wprowadzałam uczniom nowe pojęcie typu „siła natężenia” pokazując krótkie sekwencje wideo. Denerwowałam się przed każdą lekcją, spędzałam godziny, by się dobrze przygotować i jakoś to wszystko szło.
 
W Niemczech znalazłam się przez przypadek. Studiowałam germanistykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Po obronie pracy magisterskiej, w 1998 roku, zastanawiałam się, co dalej robić. Jeszcze wtedy było w Polsce duże zapotrzebowanie na nauczycieli niemieckiego. Ale sporo koleżanek z roku wyjechało jako opiekunki do dzieci do Niemiec, do Heidelbergu. Były zafascynowane miastem, atmosferą, uniwersytetem. I któregoś dnia, po egzaminie, jedna z nich zapytała mnie: „A nie chciałabyś wybrać się do Heidelbergu? Podjąć studia? Pooddychać innym powietrzem?” Pojechałam.

Planowałam pobyt na jeden, najwyżej dwa semestry, a potem powrót do Polski i pracę w liceum jako nauczycielka niemieckiego. Ale z tych dwóch semestrów zrobiło się nagle 20 lat.

Tylko raz wróciłam do Polski. W 2009 roku. Chciałam odpocząć, a potem zająć się szukaniem pracy w kraju. Zależało mi na znalezieniu stałego zatrudnienia, gdyż w Niemczech pracowałam wyłącznie na umowę o dzieło, czy to jako nauczycielka niemieckiego w szkołach językowych, czy jako lektorka na letnim kursie języka na Uniwersytecie w Heidelbergu.

No, i nic mi z tego nie wyszło. Rozesłałam 200, a może nawet 300 podań po całej Polsce – i na uczelnie wyższe, i do szkół. Przyszły same odmowne odpowiedzi. Rynek był już nasycony germanistami, weszła też moda na nowe języki – angielski, hiszpański, francuski.

Nie, nie załamałam się, choć stres był. Zastanawiałam się tylko, co dalej. 

Po roku pobytu w Polsce znów nawiązałam kontakt z Uniwersytetem w Heidelbergu. Zaproponowano mi poprowadzenie wakacyjnego kursu dla obcokrajowców. Spakowałam walizkę i ruszyłam w drogę.

Przez kolejne lata w Niemczech próbowałam jeszcze pracy w szkole jako asystent pedagogiczny i jako opiekunka do dzieci autystycznych. Ale to nie było to. Lubię być aktywna, sama kreować lekcję, a tam nie miałam takiej swobody działania. Chciałam uczyć. I mieć stałe zatrudnienie.

Punkt zwrotny nastąpił w 2013 roku. Spotkałam koleżankę, która uczyła w integracyjnych klasach dzieci imigrantów. Okazało się, że nauczyciele niemieckiego są poszukiwani.
 

Polska nauczycielka wśród imigrantów

Zastanawiam się jak wygląda Anna, gdy sekretarka średniej szkoły w Worms prowadzi mnie do pokoju nauczycielskiego. Czy okaże się typową belferką z Polski, czy też nie odróżnię jej od niemieckich nauczycieli? Na dziedzińcu, na jednej ze ścian rzuca mi się w oczy wielki napis RESPEKT, a wokół niego tęczowe odbicia setek dłoni i imiona Mehmet, Yusuf, Zejdi, Nanna.

– To projekt naszych uczniów – uśmiecha się sekretarka.

Pniemy się po kamiennych schodach zabytkowego budynku z czerwonej cegły. Drzwi do pokoju nauczycielskiego są szeroko otwarte. Widzę przystojnych mężczyzn w dżinsach i młode kobiety w trampkach, stoją wokół stołów ustawionych w podkowę, piją kawę, śmieją się. Za chwilę szkoła opustoszeje. Jak co dzień, po 13.00.

Annę znajduję na zapleczu sali, gdzie młodzież uczy się gotowania. Jest zadbana, nie ma zmęczonej twarzy, mówi łagodnym głosem, w którym nie słyszę rozdrażnienia, dużo się śmieje. Tylko czasem brakuje jej polskich słów.

Tak, już od sześciu lat pracuje tu jako nauczycielka niemieckiego, od zeszłego roku na umowę na czas nieokreślony. Ma trzy czwarte etatu, czyli 20 godzin w tygodniu. Zwykle zaczyna pracę od drugiej godziny lekcyjnej, czyli od 8.30 i kończy o 12.00.

W szkole Anny na 300 uczniów, jedna trzecia jest spoza Niemiec. – Ale nie jestem pewna, czy Niemcy są w naszej szkole większością – mówi Anna. – Jak się popatrzy na nazwiska, to mało jest takich typowo niemieckich.

I właśnie dzieci nowo przybyłych do Niemiec imigrantów uczą się u Anny niemieckiego, by móc uczestniczyć we wszystkich lekcjach i dostawać oceny jak ich niemieccy koledzy.

Grupy, które prowadzi Anna są małe, po osiem osób, dlatego może każdemu uczniowi poświecić odpowiednią ilość czasu i uwagi. Szczególnie dzieciom z Syrii. – Mają po 10, 11, 12, 13 lat i często nie umieją czytać, pisać, czy liczyć – opowiada Anna. – To nie byłoby takie trudne, ale dochodzi cała praca wychowawcza, gdyż te dzieci przeżyły wojnę i są w traumie. Reagują lękiem na burzę, która kojarzy im się z bombardowaniem, podskakują nerwowo, gdy niespodziewanie otworzą się drzwi. Był taki czas, że nie mogłam prowadzić lekcji, tak były niespokojne, biegały po sali, chowały się pod stół. Z czasem, jak zobaczyły, że im tu nic nie grozi, uspokoiły się.

Anna uczy też dzieci z Rumunii, Włoch, Polski, Afganistanu, Pakistanu, ma również w grupie chłopca z Tajlandii i dziewczynkę z Brazylii. – Po dwóch latach intensywnego kursu językowego doskonale sobie radzą – mówi Anna. – Dziewczynka z Rumunii, która była u mnie w grupie jest teraz najlepsza z niemieckiego w swojej klasie – śmieje się Anna.

W mojej klasie mam muzułmanów, buddystę, prawosławnych, katolików, dzieci z rodzin ateistycznych. I nikt tu nie mówi: ty jesteś gorszy, a moja religia jest lepsza.

Gdy pytam Anny, czego polska szkoła mogłaby się nauczyć od jej szkoły w Worms Anna poważnieje. – Otwartości na nowe kultury, wyznania, religie – mówi. – W mojej klasie mam muzułmanów, buddystę, prawosławnych, katolików, dzieci z rodzin ateistycznych. I nikt tu nie mówi: ty jesteś gorszy, a moja religia jest lepsza. Tak, moglibyśmy pozbyć się uprzedzeń.

Polski upór i niemiecki brak dyscypliny

Barbara, która jest osobą niezwykle energiczną i zajętą, nie tylko znalazła czas w napiętym grafiku na naszą rozmowę, ale jeszcze się do niej doskonale przygotowała. Myślę, że właśnie tak musiały wyglądać jej lekcje z uczniami. Siadam więc wygodnie i słucham: – Owszem, Niemcy mają fantastyczne programy edukacyjne, super system nauczania, ale słabym punktem w ich szkolnictwie jest brak dyscypliny – mówi Barbara. – Dzieci mogą odrabiać prace domowe, ale nie muszą, nauczycielom odradza się prowadzenie lekcji frontalnej, gdyż wykładanie jest niemodne, a uczniom zaleca się pracę w grupach. Fizyką, którą wykładałam, czy chemią mało kto się interesuje więc na lekcji jest hałas. Widziałam dobrze, kto jest z bajerów, czyli z katolickiego landu, bo był bardziej karny.

– No, to jak sobie Pani radziła z niemiecką młodzieżą? – pytam.

– Lubiłam moją klasę i oni to czuli. Pomimo mojego niemieckiego miałam z nimi dobry kontakt. Myślę też, że moje przygotowanie do lekcji i elegancki strój wzbudzał ich respekt. Odróżniałam się od innych nauczycieli ubierając się w garsonki i buty na wysokim obcasie. Może jestem staroświecka, ale uważam, że to jak jestem ubrana wpływa na to jak jestem odbierana. Wprowadziłam również nowy dla niemieckich uczniów zwyczaj, że jak ktoś odpowiada, to musi to robić na stojąco. Nie mogli tego zrozumieć i pytali: „Ale dlaczego?”. A ja na to: „Jesteście mali, macie słabe głosy, nie słyszę co mówicie siedząc”. Poza tym, tłumaczyłam im, że jak wstają, to wszyscy na nich patrzą. A trochę ruchu i gimnastyki też im nie zaszkodzi. Tego samego dnia znalazłam w mojej przegródce w pokoju nauczycielskim kartkę z zaproszeniem do dyrekcji. Dyrektor najpierw rozmawiał ze mną o pogodzie, o tym i o tamtym, a jak już miałam wychodzić rzucił jakby od niechcenia: „Aaa, tak na marginesie, czy pani przegłosowała w klasie, czy uczniowie chcą odpowiadać na stojąco?”. A ja na to: „Jestem nauczycielką z Polski i nie będę nic przegłosowywać”. I wstawali. I nawet to polubili. Wiem z doświadczenia, że dzieci potrzebują granic i kapitana na statku, który wie dokąd płyniemy.

– A Pani to wiedziała? – dopytuję Barbary.

– Moją ulubioną pozycją na studiach była książka pt. Brak sukcesów nauczania, z powodu błędów nauczyciela – opowiada Barbara. – Stara publikacja, pożółkłe kartki, czasem nierozerwane, nikt do tego nie zaglądał. I jeśli mój uczeń dostawał złą ocenę, to patrzyłam, jakie ma problemy z innych przedmiotów i zastanawiałam się, czy to jest mój błąd, a jeśli tak, to gdzie go popełniłam. Tak, może jestem idealistką. Miałam na studiach przyjaciela, który mówił, że albo się zmienię, albo będę płakać. No i było w moim życiu troszkę łez.

W Polsce często słyszałam: „Nauczyciele są leniami, pracują 18 godzin i jeszcze narzekają”. To nie fair. Wyjeżdżałam z byłym już mężem do pracy o 7.00 rano, siedziałam w szkole do 16.00 i zawsze zabierałam całą torbą zeszytów do domu. A w weekend było przygotowywanie do kolejnych lekcji w tygodniu. Fakt, mniej niż połowa z kadry w Polsce była z powołania. Za moich czasów jeśli zdałeś maturę, a nie dostałeś się na studia, to mogłeś pójść na nauczyciela i w wieczorowym systemie uczyć się do zawodu. Mój kolega z pracy, który wykładał fizykę, nie dostał się na studia właśnie z powodu oblanego egzaminu z fizyki.

Należy też pamiętać, że praca nauczyciela to ciągły stres. I problemem wcale nie są dzieci i młodzież, ale szef, grono pedagogiczne, kuratorium, kontrole, czas, by wyrobić się z lekcją w ciągu 45 minut, rodzice – przede wszystkim tych dzieci, które sobie nie radzą. W Niemczech jak jest problem, to rodzice potrafią wynająć prawnika. I nie ma takich zebrań z nauczycielami, jakie znamy z Polski.

Nie zapomnę pierwszej wywiadówkę u córki, w niemieckiej szkole. Zostawiłam ją na korytarzu, by porozmawiać z nauczycielką w cztery oczy. Wtedy usłyszałam: „Obecność dziecka jest obowiązkowa. Nie będziemy rozmawiać za jego plecami”. Zaskoczona odparowałam: „Jestem polską matką i wiem, co robię”. A jak zapytałam, czy córka nie potrzebuje korepetycji z niemieckiego powiedziano mi: „Proszę się zająć swoim życiem. I nie wtrącać do córki”. Tak tu jest. Brak współpracy na linii szkoła-rodzic. I jeśli pojawia się problem, to szkoła uważa, że musi sobie sama z nim poradzić.

U mnie po wywiadówce ojciec leciał po pasek i krzyczał: „Wstyd nam przyniosłaś!” Bo wszystkie problemy wyciągało się przy wszystkich i rodzic się wstydził. A po zebraniu brał dzieciaka za fraki i już.

Tabliczka mnożenia i wielkie oczy

Barbara robi długą pauzę, po czym zaskakuje mnie, gdy mówi: – Musi Pani wiedzieć, że szkoła w Niemczech jest jak zakon. Komunizm, straszniejszy niż u Orwella.

Robię wielkie oczy więc Barbara wyjaśnia: – Niemiecki nauczyciel, gdy zda egzaminy po odbyciu półtorarocznego kursu zwanego referendariatem (referendariat robią w Niemczech nauczyciele i prawnicy, to kurs na kształt prawniczej aplikantury w Polsce – przyp. red.), zostaje urzędnikiem państwowym. Nabywa wtedy dużo praw – przysługują mu spore ulgi podatkowe, dostaje sto procent pensji nawet gdy jest chory kilka lat, nie można go zwolnić z pracy, a gdy przechodzi na emeryturę dostaje bonus – liczba lat pracy razy pensja – czyli kilkadziesiąt tysięcy euro.

– Ale staje się też niewolnikiem, gdyż sprzedaje systemowi duszę – opowiada Barbara. – Urzędnicy państwowi składają przysięgę, która nakłada na nich zobowiązania, jak na policjantów. Nie wolno im na przykład zastrajkować albo pójść do kasyna. Wielkie oko brata stale wszystkich obserwuje i organizuje czas. A za nadgodziny nie ma dodatkowego wynagrodzenia. Wychodzisz  po ostatniej lekcji i myślisz: „Wpadnę do sklepu po schabowego i zrobię dziewczynom polski obiad”. Ale w pokoju nauczycielskim znajdujesz karteczkę: „Dziś zebranie profilu matematycznego”. Drugiego dnia: „Dziś po zajęciach spotykają się wszyscy fizycy”. A gdy protestuję, że mam dziecko w szkole, dziwią się: „To jak możesz robić referendariat?”. Niemiecki nauczyciel nie mówi, że ma rodzinę, tylko przytakuje: „Pewnie, mogę, chcę!”.

– To bardziej podoba się Pani polski czy niemiecki system edukacyjny? – dopytuję.

– Niemiecki – odpowiada po namyśle Barbara. – Może dlatego, że moje córki nabrały dobrych nawyków w polskiej szkole i świetnie sobie w Niemczech radziły. Obciążenie polskich dzieci, które oprócz matematyki muszą wkuć historię, geografię, jest ogromne. Później w życiu wykorzystują z tej całej wiedzy może z 10%. Albo takie mierzenie przyspieszenia ziemskiego za pomocą wahadełka na sznurku. Pewnie, że fajnie jest w ramach kółka fizycznego porobić takie ćwiczenia, ale na lekcjach to strata czasu.

Pracownie fizyczne, czy matematyczne są w niemieckich szkołach fantastycznie wyposażone, ale co ciekawe, gdy pytam uczniów ile jest 9x7, to robią wielkie oczy. Liczenie w pamięci nie mieści im się w głowie. Mają od tego kalkulatory. Może dlatego Niemcy chętnie biorą Polaków do pracy, wiedzą, że oni umieją sobie poradzić bez komputera.

Podoba mi się również to, że w niemieckiej szkole fizyka i matematyka są związane z życiem. Uczniowie uczą się o ciekłych kryształach – plazmach, ekranach komórki, obliczają stosując rachunek prawdopodobieństwa i algorytmy czy przeżyje populacja ptaków, jeśli dotknie ich taka i taka choroba, albo czy będzie rentowne dla firmy objąć pewne działania ubezpieczeniem. W klasie mat-fiz. mojej córki uczniowie przygotowywali projekt remontu hali sportowej, który miał duże szanse na wdrożenie. Mieli spotkania z architektem, wycieczkę do fabryki okien. To była i teoretyczna i praktyczna praca.

[Wielu niemieckich nauczycieli] wpędza się w taką psychologiczną pułapkę – jest bezpieczeństwo, ale brak pasji, czy zamiłowania do zawodu. A przecież nie wytrzymasz w szkole, jeśli nie lubisz uczyć.

– A solidaryzuje się Pani z polskimi nauczycielami? – pytam Barbarę.

– Naprawdę nie wiem jaką reformę edukacji trzeba by było w Polsce przeprowadzić, by poprawiła się sytuacja nauczycieli – wzdycha Barbara. – Widzę potrzebę wielkiej rewolucji. Bo dopóki nauczyciele nie będą w zgodzie ze sobą, ze swoim zawodem, ze swoimi kolegami w pracy, to niczego nie osiągną. Gdyby byli dla siebie bardziej życzliwi, byłoby im lżej. I wcale nie chodzi mi o integrację typu wódka na zapleczu pracowni.

I tak, podam tu przykład niemieckich nauczycieli. Oni nie ukrywają w szufladach swoich sprawdzonych przepisów, czy pomysłów na lekcje, ale się nimi dzielą i chwalą. Mówią: „Przecież to dla wspólnego dobra”, albo: „Opracowałam taki i taki test, jest tu, korzystaj z niego, jest bardzo pomocny”, czy: „Zobacz, skonstruowałem doświadczenie, uczniowie je uwielbiają. Mogę ci wytłumaczyć.”

Ale nie oszukujmy się. Niemieccy nauczyciele też są sfrustrowani. Bo wiele osób idzie na urzędnika państwowego ze względu na pewne pieniądze, nisko oprocentowane kredyty i obiady za jedno euro na stołówce. Przez to wpędzają się w taką psychologiczną pułapkę – jest bezpieczeństwo, ale brak pasji, czy zamiłowania do zawodu. A przecież nie wytrzymasz w szkole, jeśli nie lubisz uczyć.

Godne życie nauczyciela

Dorota zaciąga się dymem z papierosa i mówi z pewną dumą w głosie: – A ja wytrzymuję. Są miesiące, gdy prowadzę dzień w dzień kursy online z języka angielskiego, po 10 godzin, czyli 5 bloków po 1,5 godziny. I mam 210 euro za taki dzień. Potrafię wyciągnąć w miesiącu od 4200 do 4800 euro. Od 8.00 do 13.00 lekcje, a od 13.00 dyżur jakby ktoś z uczniów miał pytanie czy problem z pracą domową. Grupy są do 24 osób. Nie zawsze uczę z biura, mogę też z domu. Mam tu cały potrzebny mi sprzęt.

Pani Dorota Pani Dorota | Fot. z archiwum prywatnego Gdy pytam Dorotę jak się uczy Niemców, śmieje się: – Dobre pytanie. Powiedzmy, że Niemców. Mam mix. Jest i Litwin, i Japonka, i Polacy. Bezrobotni to bardzo specyficzna grupa. Są często roszczeniowi. Potrafią powiedzieć, że to oni mi płacą. Dziś, gdy mój student odezwał się po chamsku do koleżanki z grupy, musiałam interweniować. A wtedy wyskoczył, że jestem Polką i dlatego nie może się ze mną dogadać. Mam na szczęście możliwość usunięcia takiego delikwenta ze spotkania. Oni chcieliby się uczyć angielskiego po niemiecku, żeby im wszystko wyjaśniać i tłumaczyć. A ja, od razu, na dzień dobry wyjaśniam, że nie, że nie mówię po niemiecku. Choć, tak między nami, to mam już B1, sama się nauczyłam i wszystko załatwię, nawet awanturę zrobię. Na szczęście wczoraj miałam hospitację i pani, która przyszła mnie ocenić była zachwycona. Cała w ochach i achach, mówiła, że widać, że jestem po studiach pedagogicznych. Myślę więc, że przedłużą ze mną kontrakt na kolejny rok.

Dorota mieszka w centrum Hamburga. Wynajmuje 80 m2, za 714 euro. Mówi, że ją stać, i że to i tak niedrogo. Jej znajomi płacą za mniejsze 1500 euro. Wyremontowała, fajnie urządziła, jeszcze tylko kuchnia do zrobienia jej została. – W Polsce musiałabym ciułać – opowiada Dorota. – A tu robię pranie i nagle pstryk – jedziemy po suszarkę. Albo rozmawiamy, że brakuje w sypialni telewizora. I pięć minut później go kupujemy. Ot, tak. Siła nabywcza euro.

– A jest coś na czym przejechała się Pani w tych Niemczech? – pytam Doroty.

– Na katolickim gimnazjum, gdzie na początku trafił mój syn – odpowiada Dorota. – Snobizm, Gucci i Armani, a nie nauka. Potraktowali nas tam, jak tych na socjalu, choć ja nigdy na zasiłku dla bezrobotnych nie byłam. W końcu po wielu awanturach i stresach, odsyłaniach i odmowach, syn poszedł do szkoły państwowej. I jestem zachwycona. On  zresztą też. Chętnie tam chodzi. Nawet nie chce słyszeć, że mielibyśmy się gdzieś przeprowadzić.

A rozważacie powrót do Polski? – pytam polskich nauczycielek

Był czas, że nie było mi w Polsce tak źle – ciągnie Dorota. – Miałam uczniów, prywatne szkoły językowe, pracowałam po 50 godzin tygodniowo i więcej, zarabiałam. Ale ciągle dręczyło mnie, że nie pracuję na swoją przyszłość, bo na umowach śmieciowych, to ani emerytury, ani renty, ani nic. Do tego po krachu w Nowym Jorku firmy zaczęły rezygnować z kursów językowych, a korepetycje, wiadomo, ciągle są odwoływane. To nie były pieniądze, na których mogłam polegać. Mimo to, może byśmy się jakoś przekołatali z tym moim synkiem w Polsce, ale wyjechałam też ze względu na niego. Bo jemu będzie w Niemczech łatwiej. Nie będzie musiał startować od zmywaka i wynajętego pokoju. Poza tym, powiem Pani szczerze, aktualna sytuacja polityczna w Polsce budzi we mnie gniew.

A Pani, Barbaro? – pytam.

– Cóż, miałam już trzy życia jak w grze komputerowej – odpowiada Barbara. – I teraz jest czwarte, może już ostatnie? Poznałam Hamburczyka, który został moim mężem. Odeszłam ze szkoły. Prowadzę firmę spedycyjną. Dobrze mi tu. Choć mąż czasem marzy, byśmy zamieszkali w polskich górach, więc któż to wie?

Anna kiwa głową. – Tak, życie jest nieprzewidywalne – wzdycha. – Przekonałam się o tym już nie raz. Dlatego mostów za sobą nie paliłam i jakby co, to dom rodzinny na południu Polski czeka.