Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

O co chodzi z… Niemcami po wyborach do landtagów?
„Dokończyć transformację“

Wybory
Źródło: pixabay.com; Foto: Michael Schwarzenberger

W wyborach w Saksonii i Brandenburgii partia AfD po raz kolejny pokazała siłę. Jakie hasła stoją za ich kolejnym sukcesem wyborczym?

Christoph Bartmann

Prawdziwy powód do radości miały po wyborach w Niemczech w ostatnim czasie tylko dwie partie – Zieloni i Alternatywa dla Niemiec (AfD), o czym pisałem już po wyborach do Europarlamentu w maju tego roku. Ostatnie wybory do parlamentów krajowych (landtagów) w Brandenburgii i Saksonii, które odbyły się 1 września, potwierdzają tendencję, którą można było zaobserwować już wcześniej – we wschodniej części Niemiec AfD zyskała tak samo jak partia Zielonych w zachodniej. Wszystkie inne partie są w gruncie rzeczy przegranymi, nawet jeśli uzyskały więcej głosów – zaliczają się do nich także Zieloni na Wschodzie (chociaż AfD na Zachodzie – już nie). Fakt, że w zeszłą niedzielę w Brandenburgii najsilniejszą partią okazała się SPD, a w Saksonii CDU, przyniósł w obozach tych (dotychczas dużych) formacji, zwanych „partiami ludowymi”, pewną ulgę – ale nic więcej.

Już po raz drugi całe Niemcy popadają w zadumę po sukcesie wyborczym AfD – oczywiście oprócz samej AfD, dla której sytuacja jest jasna. Ta frakcja sama siebie postrzega nie tylko jako partię osób sfrustrowanych i niezadowolonych, ale także jako partię wolności, a nawet rewolucji, lub też – przytaczając sformułowanie, którego używali w listopadzie 1989 roku zaskoczeni towarzysze z Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec – partią „transformacji”. „Transformacja 2.0” („Wende 2.0”) – to było jedno z haseł w kampanii wyborczej AfD w Brandenburgii. Kolejny slogan, który wydaje się równie złowrogi, co genialny, brzmiał „Dokończyć transformację” („Vollende die Wende”). Przez pewien czas posługiwano się również słynnym mottem Willy’ego Brandta z roku 1969, „Odważmy się na więcej demokracji” („Mehr Demokratie wagen”), co oczywiście wzbudzało uzasadnioną krytykę ze strony SPD.

AfD wysforowała się na pozycję adwokata tych, którzy na transformacji stracili.

„Dokończyć transformację” – to mocne hasło, zwłaszcza w obliczu faktu, że przeważająca większość liderów AfD pochodzi z zachodniej części Niemiec. Niejako w spadku po partii Lewica (Linke), która z kolei przejęła schedę po komunistycznej SED, AfD wysforowała się na pozycję adwokata tych, którzy na transformacji stracili – w rzeczywistości lub tylko we własnym odczuciu. „Transformacja 2.0” zapewne ma oznaczać dokończenie tego, co wówczas pozostało niedokończone. Albo inaczej – transformacja w roku 1989 nie posunęła się wystarczająco daleko, upragniona wtedy demokracja stała się rzekomo dyktaturą („dyktaturą Merkel”), a prawdziwa wolność dopiero przyjdzie. Wolność bez „łże-prasy” („Lügenpresse“) i bez „elit”, a więc prawdziwe rządy ludu – trochę jak socjalizm, ale bez Karola Marksa.

W ten sposób zapewne rozumiał to hasło też lokalny polityk AfD, który ostatnio podczas letniej wizyty Angeli Merkel w jej okręgu wyborczym wypowiedział się z pierwszego rzędu, krytykując kanclerz. W Niemczech – ubolewał – wolność słowa jest „poważnie ograniczona”. Przez kogo? Oczywiście przez „łże-prasę”. Merkel trzeźwo zauważyła, że skoro ten pan mógł wyrazić swoją opinię z pierwszego rzędu, to problem nie może być przecież tak poważny. Ostatecznie nie przekonała jednak niezadowolonego polityka. Kto wygodnie umościł się w swojej bańce w otoczeniu osób o podobnych poglądach, ten rzadko będzie otwarty na argumenty (gwoli sprawiedliwości należy podkreślić, że takie osoby można znaleźć nie tylko w obozie skrajnej prawicy).

Ale czy nie mamy do czynienia z „fake newsami”, jeśli niektórzy obywatele rzeczywiście sądzą, że wciąż żyją w dyktaturze? Nie dostrzegają różnicy między dawnym komunistycznym państwem bezprawia a dzisiejszym państwem prawa, nie mogą się pogodzić z faktem, że większość wyborców w Niemczech popiera liberalne partie, które w efekcie rządzą, uważają dzisiejszą liberalną demokrację za nieliberalną, wolą więc prawdziwych nie-liberałów pokroju Putina niż Angelę Merkel i jej otoczenie. Co można wobec takich postaw zrobić? Działania w tym kierunku podejmuje już jedna partia – ta, która zwalcza naszą wolność w imię innej, nowej wolności. Znamy ten motyw z innych krajów o autorytarnych rządach lub posiadających autorytarne partie. Tam także można dostrzec przewartościowanie wartości. Niedobrą wolność „Zachodu” trzeba zamienić na dobrą wolność – bardziej narodową, tutejszą oraz, przede wszystkim, bardziej trwałą. To ciekawe, że jedna czwarta wyborców we wschodnich Niemczech, w tym wielu ludzi, którzy doświadczyli prawdziwego braku wolności, przyłącza się do tej chaotycznej podróży.

Z ciekawością będziemy obserwować, jak „tradycyjne partie” będą zachowywać się wobec silnej dziś partii protestu, jaką jest AfD.


Ale wspomnijmy także o pozytywach – wybory w Saksonii i Brandenburgii przyczyniły się do ogromnego wzrostu frekwencji wyborczej. Wszędzie dokoła, na ulicach i placach, dyskutowano lub spierano się, a rozmowa, jak można usłyszeć, często dotyczyła faktycznie kwestii merytorycznych. Przez długi czas narzekano na „zmęczenie polityką” oraz na to, że partie polityczne są nijakie. Teraz coś się zmienia, a kto się z tego nie cieszy, zapewne sam ma problem z demokracją. Z ciekawością będziemy obserwować, jak „tradycyjne partie” będą zachowywać się wobec silnej dziś partii protestu, jaką jest AfD. Czy nadal będą ją wykluczać (tak jak to robią obecnie, mając ku temu dobre powody), czy też dojdzie kiedyś do współpracy, a jeśli tak, to jak będzie ona wyglądać? Być może będziemy wspominać wczorajsze wybory jako ostatnie, w których we wschodniej części Niemiec można było jeszcze stworzyć rząd kraju związkowego bez udziału AfD. Być może. Już niedługo wybory w Turyngii i kto wie, może uda się tam utrzymać koalicję „czerwono-czerwono-zieloną”, a więc Lewicy, SPD i Zielonych.