Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Ekologiczne rolnictwo w Niemczech
Jest już za późno! Nie jest za późno!

Lukas z owcami
Lukas z owcami | Foto (fragment): Detlef Haag

Czeka nas kolejny słoneczny, ciepły dzień – słyszę radosny głos w radiu i ogarnia mnie przygnębienie. Zapomniałam już jak wygląda deszcz. Wzdłuż drogi ciągnie się pasmo wypalonych traw, suchych kwiatów. W oddali stoją nieruchome bezlistne drzewa. Termometr wskazuje 38 stopni Celsjusza. Lato 2019. Rok kiedy Niemcy powiedzieli „dość!”
 

Joanna Strzałko

Dlaczego musimy walczyć o coś, co jest dla nas dobre?

Pierwsi wkurzyli się Bawarczycy. Pod inicjatywą społeczną „Ocalmy pszczoły” (Rettet die Bienen), zapoczątkowaną przez niewielką partię Ekologicznych Demokratów (Ökologischen Demokraten, ÖDP), w dwa tygodnie podpisało się ponad 1,75 miliona mieszkańców tego niemieckiego landu. Zażądali oni od polityków zmian w podejściu do środowiska naturalnego – ograniczenia ilości pestycydów, zwiększenia obszaru ekologicznych upraw do co najmniej dwudziestu procent oraz przeznaczenia dziesięciu procent wszystkich łąk na łąki kwietne.

Inicjatywa społeczna to w Niemczech narzędzie demokracji bezpośredniej. Jeśli w określonym czasie poprze ją wymagana liczba osób uprawnionych w danym landzie do głosowania, lokalny rząd może wprowadzić w życie postulowane zmiany lub ogłosić referendum.

Rząd Bawarii, pod naporem presji społecznej, przyjął wszystkie żądania ÖDP i przegłosował (167 posłów za, 25 przeciw) projekt nowej ustawy o ochronie środowiska.
– Społeczeństwo się obudziło – mówi mi jeden z gorących orędowników Inicjatywy w Bawarii - Josef H. Reichholf, profesor Uniwersytetu w Monachium, biolog, ekolog, zwany przez niektórych Prowokatorem. I choć, jak mi tłumaczy, wymieranie pszczół nie ma związku ze zmianami klimatycznymi, a raczej z przemysłowym rolnictwem, które w nadmiarze stosuje substancje trujące, to istotne jest, że ludzie głośno zaczęli domagać się zmian.

– Przez udział w Inicjatywie wyraziliśmy swoje wielkie niezadowolenie – mówi Josef H. Reichholf. – Obawiam się jednak, że politycy dołożą wszelkich starań, aby nowe przepisy nie dotknęły zbyt mocno rolnictwa. I wyjaśnia mi, że w Bawarii, gdzie mieszka i która przedstawia się jako (politycznie) przyjazna rolnikom, ponad 4/5 z nich zostało już wyeliminowanych z branży przez koncerny agrarne. – Najwidoczniej krótkoterminowe zyski wielkich firm czy niewielkiej grupy osób, które eksploatują i zatruwają środowisko naturalne, są dla polityków dużo ważniejsze niż dobro całego społeczeństwa – mówi profesor.
Josef H. Reichholf z psem Josef H. Reichholf z psem | Foto: Miki Sakamoto-Reichholf To co możemy zrobić? – chcę wiedzieć zaniepokojona.
- Szanse zostały nam właśnie dane, pytanie, czy je wykorzystamy. Bo tak długo jak opłacalna będzie uprawa ziemi przy wykorzystaniu dużej ilości nawozów i chemii, nic się nie zmieni. A przecież to sposób produkcji powinien zostać opodatkowany, a nie ilość. Dlatego powinniśmy kupować produkty ekologiczne bezpośrednio od gospodarstw rolnych i leśnych, uświadamiać ludzi wokół nas, angażować się politycznie. Jeśli milczymy, jesteśmy współwinni szkód. Musimy również pamiętać, że wiele procesów w przyrodzie jest odwracalnych, poza wymieraniem gatunków. Dlatego tak ważne jest odejście od nawozów i trujących substancji stosowanych w rolnictwie, a także monitorowanie ptaków i ssaków, które już zaczęło przynosić sukcesy.
A nie jest za późno? - dopytuję.

- Jako biolog jestem naturalnie optymistą – odpowiada profesor Reichholf. - Życie dało sobie radę z niejedną katastrofą. Ale jego siła leży w różnorodności, dotyczy to również nas. Tak, to dziwne, że musimy walczyć o coś, co jest dla nas ludzi, zwierząt i natury dobre. I, że nie jest nam to zwyczajnie zapewnione – wzdycha.

Gdy opowiadam, że ruszam do Badenii-Wirtembergii, gdzie zbierane są podpisy pod podobną inicjatywą społeczną co w Bawarii, mówi – Mam nadzieję, że im się uda. Mają „zielonego” premiera (Winfried Kretschmann z partii Zieloni – przyp. red.). Szkoda tylko, że jego partia nie wykazuje specjalnego zainteresowania ochroną przyrody.
Zaglądam na oficjalną stronę landu Badenii-Wirtembergii. Faktycznie nie ma tam ani słowa o Inicjatywie mieszkańców.

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Świat, w którym baśń ta dzieje się**

– Po co przyjechałaś w nasze okolice ? – pyta mnie młody chłopak w czerwonych, roboczych spodniach, gdy po zameldowaniu się w hotelu „Pod Jeleniem” w St. Johann w Badenii-Wirtembergii, zamawiam w barze lokalne piwo. Opowiadam mu o inicjatywie społecznej, o zmianach klimatu, wymieraniu owadów. – Ej, chłopaki – woła mój rozmówca do grupy wąsatych mężczyzn, którzy, jak się okazuje, instalują w okolicy nowe linie elektryczne. – Pamiętacie jak osiem tygodni czekaliśmy na ekologów, żeby powiedzieli, którą trasą możemy puścić naszą linię, bo na wyznaczonej przez architekta drodze były mrowiska? I w końcu pojawił się taki jeden, wziął łopatę i przerzucił kopce z jednej strony na drugą. Ot i cała wasza zielona ideologia – zwraca się do mnie, podnosi kieliszek ze sznapsem i przepija do kumpli, którym na wspomnienie ekologa do czerwonych oczu podchodzą ze śmiechu łzy.
David Gerstmeier i Tobias Miltenberger w pracy David Gerstmeier i Tobias Miltenberger w pracy | Foto: archiwum Summtgart Ale nie wszystkim jest tak wesoło. David Gerstmeier i Tobias Miltenberger, właściciele pasieki Summtgart ze Stuttgartu, potraktowali sprawy ekologii poważnie i pod hasłem proBiene (Na rzecz pszczół) rozhuśtali inicjatywę społeczną w Badenii-Wirtembergii.
Gdy wchodzę do ich biura na obrzeżach miasta, wrze tam jak w ulu. Płyną listy z poparciem dla Inicjatywy, dzwonią telefony, słychać języki z różnych stron świata. Nawet polski! Jak się okazuje, jedna z praktykantek, absolwentka ochrony środowiska, właśnie tu nabywa doświadczenia zawodowego. – Przyjechałam do Stuttgartu z Polski, do chłopaka. Nie spodziewałam się, że tyle się tu nauczę – mówi.

David, brodaty mężczyzna około 30-tki, ze skręconym papierosem za uchem, z wykształcenia pszczelarz, miłość do tych owadów przejął po ojcu, nauczycielu. Na dwunaste urodziny dostał od niego własną kolonię pszczół. – Fascynuje mnie ich mądrość, zachowanie, relacje – mówi David, starannie dobierając słowa. - Nazwa Inicjatywy „Ocalmy pszczoły” odzwierciedla związek ludzi z nimi. Obserwując je widzimy, czy zdrowa, czy też chora jest natura wokół nas.

W latach ’50 w Niemczech było około dwóch milionów kolonii pszczół. Teraz jest ich 700 tysięcy. Owady nie znajdują dziś wystarczająco dużo jedzenia, dlatego potrzebują naszej pomocy. – Jeśli zimą nie dokarmię moich podopiecznych, umrą z głodu – wzdycha David.
David Gerstmeier w drodze do pracy David Gerstmeier w drodze do pracy | Foto: archiwum Summtgart Tłumaczy mi, że ludzie oswoili się już z wiadomościami w mediach o wymieraniu gatunków czy zmianach klimatycznych, ale ostatnie upały i susza głęboko ich dotknęły i zrozumieli, że „nadszedł czas na działanie”. - Motywacja jest ogromna – wystarczy spojrzeć na młodych ludzi, którzy organizują strajki dla klimatu, dyskutują, zadają pytania i proszą starsze pokolenia, by wzięły w swoje ręce odpowiedzialność za to, co się dzieje – dodaje.

– I choć pesymiści twierdzą, że już przespaliśmy naszą szansę, nie straciłem nadziei i wierzę, że mamy jeszcze czas – mówi David. – Ale jeśli nie podejmiemy żadnych kroków, to czeka nas katastrofa. Dlatego nie chcę tracić czasu na długie dyskusje przy stole. Liczę, że dzięki Inicjatywie uda nam się szybko wprowadzić zmiany w prawie o ochronie przyrody.  

By wystartować z Inicjatywą społeczną David wraz z przyjaciółmi musiał zebrać 10 tysięcy podpisów mieszkańców landu. Uzyskali ponad trzy razy więcej. Teraz, od września 2019 roku, mają sześć miesięcy, by przekonać co najmniej 770 tysięcy osób uprawnionych do głosowania w Badenii-Wirtembergii. - Jeśli nam się uda, będzie to ważny krok bezpośredniej demokracji – mówi David. – Bo przecież w Inicjatywie, nie chodzi tylko o bioróżnorodność, lecz także o przyszłość wsi. Od dziesięcioleci obserwujemy, jak znikają małe gospodarstwa. Albo jesteś duży, albo przepadasz. Dlatego wielu rolników widzi w Inicjatywie szansę na zmianę, choć są i tacy, którzy są jej boją. Czują strach przed nieznanym i martwią się o swoją przyszłość.
David Gerstmeier w pracy David Gerstmeier w pracy | Foto: archiwum Summtgart - Oczywiście, nie jest to łatwe zadanie – przyznaje David. - Byłem niedawno na spotkaniu zorganizowanym przez związek rolników (Der Deutsche Bauernverband – DBV). I zapytano mnie, czy w Badenii-Wirtembergii naprawdę wymierają gatunki i czy mam na to naukowe dowody. Może powinienem tu nadmienić, że gdy obserwuję poszczególne decyzje związku, który powinien reprezentować rolników, to mam wrażenie, że wszystko kręci się wokół przemysłu rolniczego i chemicznego oraz dużych, a nie małych gospodarstw. Oczywiście, że są takie raporty – wyjaśniłem im. –  W Badenii-Wirtembergii 50% dzikich pszczół jest na liście gatunków zagrożonych. Wystarczy poczytać raport Federalnego Instytutu Badawczego Thünen. Jest tam jasno napisane, że ekologiczne uprawy, które wzmacniają bioróżnorodność, są w naszych czasach koniecznością.  

– Tylko jak wygrać z tymi dużymi firmami? – pytam.
– Nasza Inicjatywa nie jest polityczna, ale podpisując się pod nią dajemy politykom wsparcie i odwagę potrzebną do przeprowadzenia zmian – mówi David. – Lobby wielkich korporacji ma pieniądze i władzę, ale siła społeczeństwa jest większa.

David tłumaczy mi, że nie chodzi o to, by cała Badenia-Wirtembergia stała się jednym dzikim biotopem. Ale olbrzymie połacie pól spryskane pestycydami, obsypane nawozami, powodują wymieranie kwitnących roślin i owadów, katastrofę, której właśnie jesteśmy świadkami. Dlatego musimy myśleć szerzej – nie jak zmniejszyć szkody, ale jak całkowicie zrezygnować z trujących substancji. Bez bioróżnorodności rolnictwo nie będzie możliwe, gdyż jest ono ściśle związane z naturą.
Miód Summtgart Miód Summtgart | Foto: archiwum Summtgart -Tak, to straszne, że musimy walczyć o coś, co jest dobre dla nas wszystkich – przyznaje  David.  - Albo, że muszę wyjaśniać jaka jest różnica pomiędzy pasieką konwencjonalną a ekologiczną. Tak, jakby moja była czymś niezwykłym, gdyż nie podcinam królowej skrzydeł, czy pozwalam pszczołom budować własny plaster miodu. W tradycyjnej pasiece pszczoły są zbyt słabe by się rozmnażać, ale wystarczająco silne, by produkować miód.

Jak wiedzie się naszej pasiece? – powtarza moje pytanie David i zamyśla się.

- Cóż, jest wielkim wyzwaniem – odpowiada po chwili. – Należymy do stowarzyszenia ekologicznego Demeter i stosujemy się do bardzo wysokich, organicznych standardów produkcji. Dobro pszczół jest dla nas kluczowe. Dlatego między innymi zostawiamy im tyle jedzenia, ile potrzebują. Pozostały miód sprzedajemy klientom, którzy w ramach abonamentu płacą nam dwa razy w roku po 48 euro i dostają dwie przesyłki po sześć słoików w każdej. I w tym roku nie mieliśmy ani grama miodu na sprzedaż. To była katastrofa. Gdyby nie pomoc kolegów z Demeter, którzy też mają pasiekę i użyczyli nam swojego miodu, musielibyśmy zamknąć firmę.
Ule Davida i Thobiasa Ule Davida i Thobiasa | Foto: archiwum Summtgart Gdy zaczynali pracę z Tobiasem zrobili wyliczenia – ile pracy muszą włożyć w pasiekę, ile ponieść kosztów oraz ile potrzebują pieniędzy na przeżycie. Obliczyli też, ile mogą wyprodukować miodu. W ten sposób powstała cena za słoik. – Wychodzi trochę więcej niż u innych, ale inaczej nie mógłbym zapłacić za czynsz – mówi David. – I bardzo się wzruszyłem, gdy zaczęły do nas napływać sygnały, że ludziom podoba się nasza filozofia, że smakuje im miód i że są gotowi płacić tak wyliczoną, uczciwą cenę.

Pszczoły Davida i Tobiasa żyją w dziewięciu różnych częściach miasta. – Nie mamy z Tobiasem ani kawałeczka własnej ziemi, pytamy więc o zgodę właścicieli ogrodów i łąk, czy możemy u nich trzymać nasze ule – opowiada David. – I ludzie chętnie nam pomagają. Tak, to szalone, że w naszych czasach pszczoły czują się lepiej w Stuttgarcie, w mieście światowej sławie zanieczyszczeń spowodowanych przemysłem samochodowym, niż na dalekiej wsi. W miastach nie ma po prostu pestycydów, nawozów i monokultury, które wyniszczają owady.

– Zwyciężymy – mówi David na pożegnanie. – Podobna Inicjatywa powstaje w Północnej Westfalii, budzi się Brandenburgia i kolejne landy. Nie, jeszcze nie jest za późno – uśmiecha się w drzwiach.

Tobias Miltenberger Tobias Miltenberger | Foto: Summtgart

Jest gdzieś taki dom i ona czeka tam. Tak mi wróżka powiedziała, jest gdzieś taki dom***

Zastanawiam się, czy tylko pszczelarze, obserwując dramat pszczół, rozumieją potrzebę zmian, czy inne branże rolnicze również ją widzą. I tak natrafiam na ślad gospodarstwa Johanny von Mackensen, zrzeszonego tak jak Summtgart z Demeter.

Johanna von Mackensen w strugach deszczu Johanna von Mackensen w strugach deszczu | Foto: Detlef Haag Jak opisać Johannę? Zanim się do niej wybiorę, przyglądam się jej zdjęciu w Internecie. Wygląda jakoś tak znajomo. I nagle olśnienie – przecież taki sam strój miał Gandalf z Władcy pierścieni! Czarny kapelusz z szerokim rondem, spod którego fale włosów spływają na ramiona. Luźna, płócienna, ciemna szata do kostek. A w ręku długa, drewniana laska pasterska. Na zdjęciu Johanna idzie łąką otoczona owcami, kozami i psami. Tak, musi być czarodziejką, myślę, przecież to dzięki niej te zwierzęta wiodą szczęśliwe życie.

Johanna jest pasterką. Mieszka w małej wsi za górami, za lasami, niedaleko Gomadingen, w Badenii-Wirtembergii. Tego miejsca nie potrafi znaleźć nawet GPS. Zanim ruszymy na łąki, siadamy u niej w domu, za wielkim drewnianym stołem. Kogut pieje jak szalony, psy szczekają, szumią drzewa. Johanna podaje mi deseczkę zamiast talerzyka, przynosi kawę, chleb i sery, wszystko bio. Jedzenie, ciekawość, a może zapach kawy przyciąga do pokoju roześmianego Thomasa, męża Johanny i ich dwudziestosześcioletniego, bosonogiego syna, Lukasa.
 
– Wiesz, jestem dzieckiem Demeter, co oznacza, że wierzę w zdrowe, ekologiczne rolnictwo – zaczyna rozmowę Johanna podsuwając mi koszyczek z chlebem. – Po rodzicach, którzy byli oddanymi pionierami tego ruchu. Zdrowa żywność jest dla mnie priorytetem, luksusem, na który nie żałuję. Ubrania, gadżety czy wakacje są na dużo dalszym miejscu. Po szkole i odbytych praktykach nie wyobrażałam sobie, że mogłabym pracować w tradycyjnym gospodarstwie, gdzie zwierzęta widzi się dwa razy dziennie, od tyłu, podczas dojenia. Ale pasterstwo? Siedem intensywnych godzin na powietrzu z owcami? Tak, czułam, że to dla mnie.
Johanna w pracy Johanna w pracy | Foto: Detlef Haag A jak jest dziś? – pytam. – Poszłabyś tą samą drogą?

– Jeśli wiedziałabym to, co wiem dziś, to nie – odpowiada Johanna. – Co roku przychodzi taka chwila, że załamuję ręce i myślę: „I co teraz? Jak przeżyjemy kolejny dzień?” A rachunki płyną i płyną. Opłacamy czynsz oraz prąd i próbujemy wygrzebać się z tej czarnej dziury. Ale co z tego, jeśli prędzej czy później znów w niej lądujemy.
– I tak do dziś? – dopytuję.

– Do dziś – wzdycha Johanna.

– A to wszystko wasze? – pytam i pokazuję na dom, na pola i łąki za oknami.
Johanna uśmiecha się: – Nie, nic tu do nas nie należy. To wszystko wynajęliśmy od gminy 26 lat temu.

Opowiada, że gdy zaczynali z Thomas wspólne życie i pracę, na start dostali pieniądze od jego taty. I wszystko zainwestowali w owce. Zostali bez grosza. Poza zwierzętami nie mieli nic.

– Odkąd pamiętam szliśmy wyboistą drogą – mówi Johanna.

– Ależ nie jest aż tak źle! – nie wytrzymuje Thomas. – Zaczynaliśmy od zera, jesteśmy pierwszą generacją. Jeśli spojrzysz wokół zobaczysz, że jest mnóstwo kwitnących gospodarstw owczarskich Demeter. Ale prowadzi je już druga generacja, dlatego mają łatwiej.

Johanna kiwa głową. Patrzy na Lucasa i mówi, że tu się wychował i że chce pracować z nimi. Że wnosi mnóstwo energii i pomysłów jak rozwinąć firmę. Mieszka obok nich, w drewnianej przyczepie, która przypomina wóz Drzymały. Dzieli ją z dziewczyną i kilkuletnim synem. – Cieszę się, że możemy być razem, choć jednorodzinne gospodarstwo musi teraz zarobić na dwie rodziny – wzdycha Johanna. 

Thomas opowiada, że mają 600 owiec i 430 jagniąt. – Sporo, ale jest to niezbędne minimum, by przeżyć – mówi. I wylicza, że co roku na rzeź przeznaczają ok 12% zwierząt, a za jagnię dostają 260 euro, z czego 100 euro idzie dla rzeźnika, muszą tez zapłacić za transport, uiścić podatki. Niewiele im zostaje.
Owce Johanny Owce Johanny | Foto: Detlef Haag - Jeśli podzielimy nasze dochody przez godziny pracy wychodzi 6,40 euro brutto za godzinę – mówi Johanna. - Żyjemy z pieniędzy, jakie dostajemy od gminy za opiekę nad ziemią, nad łąkami – nasze owce dbają, by nie zarosły one krzakami. No i są jeszcze dopłaty dla rolników.

A słyszeliście o Inicjatywie społecznej? – pytam. - Czujecie potrzebę zmian?

- Tak, przyglądaliśmy się z fascynacją temu, co działo się w  Bawarii – odpowiada Johanna. - Ale w naszej okolicy świadomość tego ruchu jest jeszcze mała. Coś jednak drgnęło, bo Zieloni zdobyli tu w ostatnich wyborach prawie 14%.

- Owszem, mamy w Badenii-Wirtembergii zielonego premiera, i co z tego, jeśli w wyniku politycznych układanek ministerstwo rolnictwa trafiło do CDU – wzdycha Thomas. - I nie tylko nie współpracuje z ministerstwem ochrony środowiska, ale jeszcze wspiera wielkimi kwotami korporacje rolne.

- Przeraziłam się, gdy obejrzałam na kanale ZDF film Planeta E – mówi Johanna. - Jeden z odcinków pokazywał jak działa sieć układów. W środku był związek rolników, a otaczało go forum, które zajmuje się z jednej strony tworzeniem obrazu przyzwoitej organizacji, a z drugiej koneksjami z przemysłem chemicznym i politykami. Rolnicy nawet nie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi i myślą, że związek reprezentuje ich interesy. Gdzie my żyjemy!

- Ale przecież nie musimy walczyć z wielkimi firmami – mówi Lukas. – Róbmy swoje, ale dobrze, to inni pójdą za nami. A zmiany i tak nastąpią tylko wtedy, jeśli społeczeństwo powie rolnikom: „Nie chcemy jeść spryskanego trucizną jedzenia”. Przecież to klienci tworzą popyt. Jeśli będą chcieli kupować zdrowe jedzenie, rolnicy będą je produkować. Chciałbym też, by ludzie nauczyli się kupować bezpośrednio od rolników, a nie w supermarketach. Bardzo, by nam wtedy pomogli.

- Tak, ale ważne, by klienci nie dali się nabrać na hasło „kupuj regionalnie”. No bo jakie ma znaczenie to, czy zwierzęta są stąd, czy z Hanoweru, jeśli są trzymane w takich samych klatkach i jedzą taką samą soję? Liczą się standardy, to czy gospodarstwo prowadzi ekologiczną hodowlę, to co jedzą zwierzęta i jak się je traktuje.

- A lokalne knajpy biorą od was jagnięcinę? – pytam.

- Tylko jedna, włoska restauracja należąca do rodziny de Vita – mówi Johanna. – Włosi zwracają uwagę na jakość jedzenia. Z innymi nie dogadaliśmy się co, do ceny.
Owce Johanny Owce Johanny | Foto: Detlef Haag Idziemy z Johanną przez łąki. Pada ulewny deszcz więc zamiast stroju Gandalfa Johanna wkłada nieprzemakalne ubranie. Pokazuje mi te jej, kolorowe, bujne w kwiaty pola, i te obok, sąsiada, pryskane, nawożone, bez życia. „In-daj!” – krzyczy do swoich psów Johanna. A one biegną, by zapędzić do szeregu niesforne owce.

Dwie godziny później Aniello de Vita kroczy przez salę powoli acz tanecznym krokiem, z pewnym siebie uśmiechem. Gdy podchodzi do mojego stolika, kładzie rękę na zielono-biało-czerwonym sercu naszytym w górnym lewym rogu jego czarnej koszulki w rozmiarze XXL i mówi w lokalnym, szwabskim dialekcie: - W mojej restauracji gotujemy z żoną z miłością. I dodaje, że chciał dołączyć do sieci restauracji Demeter, by oferować klientom tylko ekologiczne jedzenie. - Ale musiałbym zapłacić 20 tysięcy euro za certyfikaty - wzdycha. - Wyszłoby na to, że makaron z jagnięciną, który jesz, kosztowałby nie 12,50 euro a 26. Aniello de Vita poszedł więc na sposób. W menu podaje, które potrawy pochodzą z gospodarstw Demeter. Opisuje ich właścicieli, sposób uprawy czy hodowli zwierząt. Wie, że dla jego dań klienci zjeżdżają nawet ze Stuttgartu. – Następnym razem zadzwoń wcześniej, jak będziesz do nas jechała - mówi na pożegnanie. - Zazwyczaj trudno u nas o wolny stolik.
Nie, nie jest za późno – myślę – gdy widzę przez kuchenne okno jak pogwizdując Aniello przygotowuje kolejne potrawy.

Zostaw ten świat sztuczny tak, że trawa jest zielona tylko w grach****

Już mam stawiać kropkę nad „i”, gdy dzwoni przyjaciółka i opowiada mi o ekologicznej winnicy, dwie wioski dalej. Bracia Jonas i Daniel Brand z Bockenheim w Palatynacie-Nadrenii żywią się zdrowo i takie też produkują wino.

- Daniel, który uwielbia sport, bardzo duże trenuje i zwraca uwagę na to, co je – mówi Jonas, gdy podczas spotkania pytam go czemu tak młodzi ludzie, dwudziestoparolatkowie, wybrali ekologiczną drogę. – No, i zauważył, że jego ciało dużo lepiej reaguje na organiczne jedzenie i że dzięki temu jest zdrowszy.

Za Danielem poszedł Jonas. Piecze własny chleb, za domem ma ogródek, gdzie uprawia warzywa. I choć do sklepu ze zdrową żywnością ma pół godziny drogi, to tam robi zakupy.

- Ludzie mówią, że organiczne rolnictwo jest skomplikowane – opowiada Jonas. – Dla mnie nie jest. Kiedyś rolnicy wyznawali pewne zasady. Wystarczy się w nie wsłuchać. Są tam zawarte setki lat doświadczeń.

- To jaka jest wasza winnica? – pytam.

- Gdy weźmiesz naszą ziemię do rąk zobaczysz, że ma ciemny kolor, piękną strukturę, poczujesz, że pachnie – mówi Jonas. - Przy konwencjonalnej uprawie ziemia jest żółta, piaszczysta, a wiatr wywiewa ją z rąk. My nie używamy pestycydów, a nasze wino nie zawiera siarczanów i nie jest filtrowane.

Stawiam więc moje kluczowe pytanie. – Nie jest za późno?

- Nie, w rolnictwie zachodzi mnóstwo zmian – uspokaja mnie Jonas. – Rolnicy się boją, ale będą musieli zmienić swój sposób uprawiania ziemi. Choć to oni nie są największym problemem. Jeśli klienci zapłacą za dobre, zdrowe jedzenie, będą je produkować. Słyszałem, że sąsiedzi rozmawiają o naszej winnicy. A jeden z nich powiedział do mnie niedawno: „Chłopaki, nie możecie polec, wszyscy na was patrzą”.
 
Dziękuję za pomoc Susanne Kiebler z Demeter
 
Profesor Josef H. Reichholf, zoolog, biolog ewolucyjny, ekolog, honorowy profesor na Uniwersytecie Technicznym w Monachium. Jest członkiem Komisji Ekologicznej Bawarskiej Akademii Nauk, zasiadał w Komitecie Sterującym WWF Niemcy. Na początku lat siedemdziesiątych założył w Monachium „Grupę Ekologiczną”, zalążek późniejszego Federalnego Stowarzyszenia Ochrony Środowiska i Przyrody (BUND). Reichholf jest autorem bestsellerów na temat przyrody, ekologii, ewolucji, ochrony klimatu i środowiska m.in. „Schmetterlinge: Warum sie verschwinden und was das für uns bedeutet” („Motyle – czemu znikają i co to dla nas oznacza”). W 2007 roku otrzymał nagrodę Niemieckiej Akademii Języka i Literatury - Sigmund-Freud-Prize za naukową prozę i wkład w ekologię. Od października 2018 r. Reichholf jest jednym z dwóch honorowych prezesów stowarzyszenia zajmującego się ochroną krajobrazu i gatunków w Bawarii (Vereins für Landschaftspflege und Artenschutz in Bayern).

Demeter – założone w 1924 roku ekologiczne stowarzyszenie, którego filozofia opiera się o biodynamiczną, zrównoważoną ideę podejścia do rolnictwa Rudolfa Steinera. Demeter zrzesza 1600 gospodarstw i obejmuje 85 tyś hektarów w Niemczech, oraz pięć tysięcy gospodarstw i 180 tyś hektarów w 54 krajach na świecie. Tylko związani umową partnerzy mogą używać marki Demeter. Muszą oni ściśle stosować się do międzynarodowych standardów produkcji i obowiązujących przepisów organicznych. Wykluczają one m.in. stosowanie syntetycznych nawozów, chemicznych środków ochrony roślin, czy sztucznych dodatków podczas procesu przetwarzania. W 2014 roku marka Demeter obchodziła swoje 90 urodziny.

Summtgart – pasieka zrzeszona z Demeter, prowadzona przez Davida Gerstmeier i Tobiasa Miltenberger na obrzeżach Stuttgartu w Badenii-Wirtembergii. https://summtgart.de/
proBiene Institut https://probiene.de/, Initiative https://volksbegehren-artenschutz.de/

Kräuterlamm – gospodarstwo zrzeszone z Demeter rodziny von Mackensen w Badenii-Wirtembergii https://www.kraeuterlamm.de/

Restauracja Aniello de Vita – Brechhölzle Gaststätte, Hohenstein

Weingut Brand – organiczna winnica prowadzona przez braci: Jonasa i Daniela Brand w Bockenheim, w Nadrenii-Palatynacie, posiadająca certyfikat Bioland
Tytuł artykułu: fragment wiersza Jest już za późno Edwarda Stachury
** autor tekstu: Floriana Cusano (niemiecki); Henryka Roztworowskiego (polski)
***autor tekstu: Bogdan Loebl, kompozytor: Tadeusz Nalepa
**** autor tekstu: Wojciech „Sok󳐓 Sosnowski, Marysia Starosta