Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Jacek Dehnel poleca
Życie i myśli JW Pana Adolfa Cholonka

Kopalnia węgla kamiennego Guido w Zabrzu (ówczesny Hindenburg), niemiecka pocztówka, 1910
Kopalnia węgla kamiennego Guido w Zabrzu (ówczesny Hindenburg), niemiecka pocztówka, 1910 | Źródło: fotopolska.eu; Fotograf nieznany, domena publiczna

W powieści Janoscha „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny”, której akcja rozgrywa się przed wojną w niemieckiej części Śląska, wszystko jest straszliwą parodią. Nikogo nie stać na gramofon, więc łowi się ptaki, nikogo nie stać na miłość jak z kina, więc romanse wydarzają się w podłych okolicznościach. „Dla mnie to jedna z najbardziej niesentymentalnych książek, nie tylko wobec małej ojczyzny, ale wobec ludzkości w ogóle“ – pisze Jacek Dehnel.

Jacek Dehnel

Jedno z największych arcydzieł światowego powieściopisarstwa opiera się na koncepcie ciągłego opóźniania wydarzeń: szczegółowa, pompatyczna biografia JW Pana Tristrama Shandy zaczyna się, zaczyna i zacząć nie może, tkwi bowiem, jak w bagnie, w niezwykle zawikłanej a przy tym nieodparcie zabawnej historii poczęcia głównego bohatera, ciąży i porodu, który następuje dopiero w tomie trzecim. Trudno mi powiedzieć, czy Janosch – literacki naturszczyk, podówczas, kiedy pisał Cholonka, czyli dobrego Pana Boga z gliny – znał powieść Sterne’a, ale swój debiut oparł na podobnym koncepcie: syn Michci Świętkówny i Stanika Cholonka przez większość tekstu jest wzdętym, przenoszonym brzuchem; Michcia, stękając, pocąc się, siedzi na szezlongu w tylnej izdebce, koło komody, w której leży zawinięty w gazetę ślubny welon, jej matka, stara Świętkowa, wznosi modły i gotuje wodę, a Janosch tymczasem snuje meandrującą opowieść o mieszkańcach familoka przy ul. Oślowskiego 3 i o całej Porembie, biednej, robotniczej dzielnicy Zabrza.

„Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny“, Janosch „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny“, Janosch | © Wydawnictwo Znak Poremba znajduje się w tej części miasta, które nazywa się Hindenburg i należy do Republiki Weimarskiej a potem Trzeciej Rzeszy, ale po obu stronach granicy mieszkają Ślązacy; jedni uważają się za Niemców, inni za Polaków, jeszcze inni – jak ojciec tytułowego bohatera – czekają na rozwój wydarzeń. Panna Kowolik zmienia nazwisko na Klippstein, za odpowiednią opłatą można uzyskać całkowicie niemieckie drzewo genealogiczne. „A był znowu taki jeden, niejaki Pierau, dawniejsze nazwisko Pierończyk, który chciał, aby w trumnie owinięto go pod szaketem [marynarką, przyp. J.D.] flagą ze swastyką. „A dlaczego nie z wierzchu?” – pytał go brat. „No, bo nie wiem dokładnie – odparł Pierau – jak długo rząd się utrzyma. Skąd mogę wiedzieć, czy słusznie postępuję?”. Jednak wszyscy oni, Polacy i Niemcy, katolicy i ewangelicy, wiodą podłe życie.

Powieść Janoscha jest bowiem – przy całym swoim sowizdrzalskim poczuciu humoru, skrzącym się jeszcze dzięki znakomitemu, żywemu, nasyconemu śląskim słownictwem przekładowi – bezwzględna. Jego bohaterowie prowadzą egzystencję na wpół zwierzęcą. Rodzina, miłość, seks, praca, żarty, religijność – wszystko to jest straszliwą parodią czy atrapą prawdziwego życia. Nikogo nie stać na gramofon, więc łowi się ptaki, które zastępują muzykę. Nikogo nie stać na lekarzy, więc biegunkę kuruje się, siadając na świętym obrazku. Nikogo nie stać na miłość jak z kina, więc romanse wydarzają się w podłych okolicznościach: w wychodkach, w czasie świniobicia, w krzakach. Nie ma uniesień, jest dupczenie, które wyrostki podglądają przez dziurę wydłubaną w ścianie. Religia to sama obrzędowość: bigoteria, pogańskie gusła, wyścigi o co lepsze miejsca w kościelnych ławkach, ale żadna etyka – nie ma wśród bohaterów Cholonka bodaj jednej postaci przyzwoitej, poza może żyjącą na uboczu parką odepchniętych żebraków, Gryzokiem i jego głuchoniemą konkubiną. Dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni, biedni i nieco zamożniejsi – wszyscy są tu pozbawieni jakiejkolwiek etycznej refleksji. Owszem, niejeden ma wiele do powiedzenia o tym, co wypada, czego nie wypada, co uchodzi, co nie – ale tu idzie wyłącznie o deklaracje i dekoracje, bo jak przychodzi co do czego, nie istnieje tu żadna lojalność. Przyjaciele zdradzają przyjaciół, rodzeństwo oszukuje się przy rozdrapywaniu najbiedniejszego nawet spadku, króluje skąpstwo, pazerność i okrucieństwo, a wszyscy wszystkich oszukują w piętrowych kombinacjach. 

Lokalny koloryt, groteskowe, czarne poczucie humoru stanowią tylko przynętę, żeby czytelnik z przyjemnością coraz głębiej połykał szarpiący trzewia haczyk.


Nie ma tu żadnego sentymentu dla śląskości, żadnej laurkowatości. W ten mały światek wielki świat wchodzi tylko jako odbicie, w pseudoluksusowych dobrach: odpustowej biżuterii, fryzurach bubikopf, filmach z Zarah Leander, podróbkami jakości prosto z szemranych sklepów przy ulicy Krokodyli. Jakiekolwiek aspiracje są powierzchowne i naiwne, ograniczają się do sadzenia się na pozory kultury czy wyrafinowania, co najlepiej widać, kiedy Cholonek-ojciec, młody hitlerowiec, zaczyna się bogacić na plądrowaniu Żydów, więc gromadzi niezliczone podróbki stradivariusów, które skupuje z prostodusznością idioty. W ogóle zresztą przyjście nazizmu i jego wściekłej agresji jest na Śląsku Janoscha tylko konsekwencją psiego życia: ci, którzy nie mieli najmniejszych sentymentów czy empatii wobec swoich, tym bardziej nie mają jej wobec arbitralnie naznaczonych „obcych”.

W tym świecie, stworzonym przez złego demiurga, pełnym niezgrabnych i bezwzględnych istot, ostateczny upadek domu Michci i Stanika Cholonków jest równie głupi i podły, co cała reszta ich egzystencji – to nie kara za hybris rodem z greckiej tragedii, tylko kolejny etap rozjeżdżania ludzi przez świat. Po psim życiu przychodzi psia śmierć.

Nie wiem, jak Cholonek może wywoływać u Ślązaków sentyment – dla mnie to jedna z najbardziej niesentymentalnych książek, nie tylko wobec małej ojczyzny, ale wobec ludzkości w ogóle. Lokalny koloryt, groteskowe, czarne poczucie humoru stanowią tylko przynętę, żeby czytelnik z przyjemnością coraz głębiej połykał szarpiący trzewia haczyk. Ale że jest to kawał znakomitej literatury – nie mam wątpliwości.
 

Janosch (Horst Ecker), Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny, tł. Leon Bielas (z uzupełnieniami Emilii Bielickiej), Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.