Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Wolontariat w Niemczech
To nie potrzeba, tylko przywilej

Niemiecki Czerwony Krzyż
Niemiecki Czerwony Krzyż | Źródło: pixabay.com; Foto (fragment): bhossfeld

Annina uważa, że wolontariat to przywilej dawania innym czegoś od siebie i najlepszy sposób na zagospodarowanie wolnego czasu. Dla Dominika zaangażowanie się w pracę na rzecz innych było naturalne. W jego rodzinie od zawsze była wrażliwość na los innych i silne poczucie społecznej odpowiedzialności. Zdaniem Floriana wolontariat to samonapędzająca się machina – widzisz ludzi pomagających innym i sam chcesz od razu zacząć działać. A Hanna wraz z przyjaciółką stworzyła portal, na którym można wybrać wolontariat dopasowany do własnych zainteresowań i dyspozycyjności.

 

Izabela O’Sullivan

Według raportu z badań „Wolontariat w Niemczech“ [1], w bezinteresowne działanie na rzecz innych angażuje się aż 43,6 procent mieszkańców tego kraju w wieku powyżej 14. roku życia. Wolontariuszami częściej zostają osoby lepiej wykształcone. Najbardziej aktywni w tym obszarze są młodzi do 29. roku życia. Wśród uczestników projektów wolontariackich po trzydziestce jest więcej kobiet. Działacze społeczni, pytani o powód swojego zaangażowania, najczęściej twierdzą, że zwyczajnie czerpią z tego przyjemność. Ważne jest dla nich również to, że spotykają w ten sposób innych ludzi i że mogą współkształtować środowisko społeczne.

Annina, 27 lat

Annina Annina | Foto: © zbiory prywatne Annina jest starszą konsultantką (szefową personelu) ds. doradztwa strategicznego i cyberbezpieczeństwa w firmie Deloitte w Berlinie, która zajmuje się m. in. audytem, consultingiem i zarządzaniem ryzykiem. Praca Anniny wymaga dużego zaangażowania, wiąże się też z częstymi wyjazdami w kraju i za granicę. Mimo to Annina działa jako wolontariuszka w trzech organizacjach.
 
Zawsze interesowały ją różne rzeczy. Jej przygoda z wolontariatem zaczęła się jeszcze w szkole średniej. Wtedy traktowała tę działalność jako udział w dodatkowych, rozwijających projektach. Współtworzyła na przykład szkolną gazetkę, była też w szkolnym zespole pogotowia.
 
Jako czternastolatka dołączyła do Niemieckiego Czerwonego Krzyża i działa w tej organizacji do dziś, choć w międzyczasie kilkukrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. – Nasz dom rodzinny był blisko stacji pogotowia. Czasem przychodzili do nas wolontariusze zbierający datki. Już jako sześciolatka wiedziałam, że chcę pomagać ludziom w kryzysowych sytuacjach – wyznaje. Dziś jest sanitariuszką a w zeszłym roku zastępowała szefa jednostki w swoim okręgu w Berlinie. Podczas pięcioletniego pobytu w Anglii – obok wolontariatu w Czerwonym Krzyżu – zaangażowała się w działalność St John Ambulance, brytyjskiej organizacji charytatywnej (przyp. red.).   

Za jedną z najpiękniejszych rzeczy związanych z wolontariatem uważa to, że dzięki niemu poznaje ludzi, którzy stają się jej przyjaciółmi. – To bardzo głębokie relacje. Z jednej strony łączy nas wspólna pasja, z drugiej – razem przeżywamy trudne chwile. Darzymy się ogromnym zaufaniem. Zbliża nas również podejście do wolontariatu – to nie praca, tylko wybór. Uczy współpracy i pozwala spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na drugą osobę, nawet jeśli nie nadajesz z nią na tych samych falach – twierdzi.

Oprócz pracy w służbach medycznych i działalności wolontariackiej w służbach ratunkowych Annina jest również aktywna w grupie szybkiej rekacji w sytuacjach zagrożenia, np. w wypadkach masowych i katastrofach. Największym wyzwaniem w jej wolontariacie był sześciomiesięczny pobyt w Ameryce Południowej. Po studiach licencjackich zrobiła na uczelni przerwę w roku akademickim 2014/2015 i pojechała z Czerwonym Krzyżem do Boliwii, by pracować w wiejskim szpitalu. – Był oddalony o dziesięć godzin jazdy samochodem od najbliższego dużego miasta. Brakowało sprzętu i wyszkolonego personelu – opowiada. Pomagała głównie na szpitalnym oddziale ratunkowym i na sali operacyjnej. – Było ciężko z kilku powodów. Po pierwsze, życie pacjentów, którzy tu umierali z braku sprzętu medycznego albo zbyt późnego przyjazdu do szpitala, w Niemczech nie stałoby w ogóle pod znakiem zapytania – twierdzi. – Po drugie, musiałam sobie tłumaczyć, że mogę coś zrobić tylko o tyle, o ile mi pozwolą okoliczności. Każdy ma swoją strategię na wyjście z takiej sytuacji. Moja koncepcja brzmiała tak: Daję z siebie sto procent. Ale musiałam też zaakceptować sytuacje, w których nie mogłam pomóc – mówi Annina. Ma na myśli pacjentów chorych na raka. Ten boliwijski szpital nie oferował chemioterapii, więc dla pacjentów diagnoza „nowotwór” oznaczała najczęściej wyrok śmierci.
 
Po powrocie z Boliwii rodzina, przyjaciele, ale też ludzie z różnych organizacji pytali o wrażenia Anniny. Chętnie dzieliła się z nimi swoimi doświadczeniami, ale zawsze miała wrażenie, że może im opowiedzieć jedynie ułamek historii – tylko z własnej perspektywy i na podstawie krótkiego pobytu w tym miejscu. Wtedy zrodził się pomysł, by stworzyć projekt VOICE i oddać głos wolontariuszom działającym na co dzień w organizacjach społecznych, pokojowych i humanitarnych w różnych krajach. W ramach tego projektu zaczęła zbierać raporty z całego świata.
 
Annina Annina | Foto: © zbiory prywatne W 2019 roku Annina i osoby pracujące z nią przy VOICE wydały książkę pt. A Definition of Snow. – Książka zawiera 14 raportów terenowych, przygotowanych na przykład przez lekarzy w Boliwii, nauczyciela w Libanie, działaczki na rzecz praw kobiet w Palestynie i pracowników organizacji humanitarnych w Sudanie Południowym i Kenii – wylicza. – Każda opowieść napisana przez nich samych, każda niesamowicie inspirująca. W planach jest już kolejna publikacja. VOICE jest teraz stowarzyszeniem i ma stały zespół, który tworzy jedenaścioro wolontariuszy z całego świata.
 
Annina jest również szefową Leo-Club Quadriga w Berlinie, który działa przede wszystkim na rzecz dzieci. Członkowie klubu realizują dwa projekty: w dziecięcym centrum kardiologicznym i w domu dziecka. Bawią się z dziećmi, majsterkują, czytają na głos i jeżdżą na wycieczki. Klub pozyskuje niezbędne środki dzięki regularnie organizowanym zbiórkom publicznym. W ten sposób można również wspierać inne projekty.

Wolontariat w tych trzech organizacjach zajmuje Anninie łącznie około 15 do 20 godzin tygodniowo. – To mój wybór. Większość tego czasu spędzam przeważnie z przyjaciółmi i wspaniałymi ludźmi, dlatego liczę godziny trochę inaczej – mówi. Jak pogodzić życie osobiste z pracą i jeszcze tak intensywnym wolontariatem? – Podstawa to planowanie z dużym wyprzedzeniem – twierdzi. – Dobrze jest też wiedzieć, kiedy i która z organizacji potrzebuje cię najbardziej, aby szybciej sporządzić grafik. Mam też świadomość, że nawet jak jeden wolontariat wysuwa się na pierwszy plan, wciąż pamiętam o swoich zobowiązaniach względem pozostałych organizacji. I oczywiście nie może się przy tym obniżyć moja wydajność w pracy.
 
Annina twierdzi, że wolontariat to najlepszy sposób na spędzenie wolnego czasu. – Dzięki niemu moje wieczory i weekendy są wyjątkowe. Nie wyobrażam sobie siebie siedzącej w sobotę po południu na sofie i oglądającej Netflixa – wyznaje. Kiedy pytam, skąd w niej potrzeba działania jako wolontariuszka, od razu prostuje. – Nie wydaje mi się, że to potrzeba. Wolontariat nie powinien być ani potrzebą, ani czymś, co robisz, aby dobrze wyglądało w CV albo dawało ci coś w zamian. Dla mnie to niesamowicie dobry sposób wykorzystania własnych umiejętności, aby pomóc ludziom albo ich uszczęśliwić. To przywilej dawania czegoś od siebie – mówi. Przyznaje, że zdarzają się chwile, kiedy wieczorem wraca z pracy do domu, chciałaby tylko coś zjeść i położyć się spać. Wygrywa jednak zobowiązanie – mówi. – Podobno jedna osoba nie zmieni świata, ale to nieprawda. Każdy, nawet drobny wkład się liczy i widzisz to każdego dnia wolontariatu. To napędza ciebie a także ludzi wokół.

Florian, 25 lat

Florian zaczął działać wolontariacko na studiach, bo wtedy mógł elastycznie zarządzać czasem. Pierwszą dużą inicjatywą był wolontariat w Londynie. Zaangażował się w niego podczas trwającej rok wymiany studenckiej. Na uniwersyteckich targach natknął się na organizację Hot Chocolate Society. Zaczęła od rozdawania bezdomnym gorącej czekolady na rozgrzanie; z czasem też jedzenia, ubrań czy śpiworów. – Codziennie w drodze na uczelnię widziałem bezdomnych siedzących na ulicach. Uderzyło mnie, że to było w centrum miasta – ekskluzywne dzielnice w środkowej części Londynu kontrastowały z ekstremalną biedą. Miałem wrażenie, że chociaż w niewielkim stopniu mogę coś zmienić – wyznaje.
 
Zwykle raz w tygodniu grupa wolontariuszy Hot Chocolate Society odwiedzała miejsca, gdzie koczowali bezdomni, i dostarczała im potrzebnych rzeczy. – Czasami podczas tych zajęć wywiązywała się między nami rozmowa  – mówi Florian.
 
Kiedy przeprowadził się do Berlina, dołączył do uczestników projektu mentorskiego, skierowanego do uczniów z krajów arabskich. Wolontariusze są mentorami, którzy pomagają dzieciom i nastolatkom w odrabianiu pracy domowej i nauce. Ale organizują też mecze, zajęcia gotowania czy wspólne wyjścia do muzeów.
 
Florian o tej inicjatywie usłyszał od znajomej. Jako osoba kontaktowa pomaga uczestnikom rozwiązywać problemy, odpowiada na pytania oraz regularnie organizuje opiekę nad dziećmi i dodatkowe zajęcia. Dużą część zadań Florian może sobie elastycznie zaplanować, a także zająć się nimi wieczorem i w weekendy, po wykonaniu obowiązków zawodowych. – Jeśli ktoś ma problem w znalezieniu mentora, wspólnie szukamy rozwiązania. Jako osoba kontaktowa pośredniczę w kontakcie między rodziną dziecka a mentorem oraz staram się  motywować obydwie strony – opowiada Florian. – Mamy też cotygodniowe dyżury. Wtedy ludzie mogą przyjść do naszego biura i porozmawiać.   
 
Liczba dzieci szukających mentorów przewyższa liczbę tych drugich. Stąd długa, kilkumiesięczna lista oczekujących. – Nieustannie szukamy nowych opiekunów. Pojawiamy się na uniwersytetach, rozpoczęliśmy kampanię plakatową, uczestniczymy w targach wolontariackich organizowanych przez miasto i jesteśmy aktywni w mediach społecznościowych. Prosimy obecnych tam wolontariuszy, by polecali nas swoim przyjaciołom i znajomym – Florian wymienia kanały, za pomocą których starają się pozyskać nowe osoby.
 
W jego przypadku włączenie się w wolontariat było naturalne. – Wychowywałem się w bardzo dobrych warunkach i czułem, że powinienem się jakoś odwdzięczyć – wyznaje. A dziś, po ponad pięciu latach działania jako wolontariusz, stwierdza: – To bardzo wzbogacające doświadczenie, które daje poczucie spełnienia i kontakt z innymi ludźmi.
 
Jak twierdzi Florian, także wiele niemieckich szkół i uczelni wspiera wolontariat. Mimo że jest nieobowiązkowy, kładzie się na niego nacisk. – Ale najbardziej działa samonapędzająca się machina. Widzisz dookoła mnóstwo zaangażowanych ludzi i to sprawia, że sam też chcesz pomagać – dodaje.
 
Również lokalne władze zachęcają do działalności wolontariackiej. – W Berlinie mamy program, dzięki któremu wolontariusze mogą korzystać z różnych zniżek i ofert – wyjaśnia Florian. – O kartę, która do nich uprawnia, mogą ubiegać się zarówno mentorzy, jak i uczniowie. Ale nie wszyscy chcą ją mieć. Niektórzy odmawiają, twierdząc, że dla nich podstawą wolontariatu jest to, że nie chcesz nic w zamian.

Dominik, 28 lat

Dominik Dominik | Foto: © zbiory prywatne Od godziny osiemnastej do północy potrafi zjawić się nawet stu pacjentów. Mimo to każdy wolontariusz Czerwonego Krzyża z oddziału, w którym służy Dominik, chce jechać na Bergkirchweih, czyli na festiwal piwny odbywający się w okresie Zielonych Świątek w niemieckim Erlangen. W takiej atmosferze można najlepiej doskonalić swoje umiejętności. – Ludzie przychodzą z różnymi problemami. Najczęściej to poranione stopy, obtarte pięty. Takich przypadków nawet nie podajemy w statystykach. Ale są też skaleczenia szkłem, upadki, problemy krążeniowo-oddechowe – wymienia Dominik. Do działania motywują go krew i rana. Wtedy od razu wie, co robić. Najgorsze są dla niego problemy z oddychaniem albo ból serca, bo wolontariuszom Czerwonego Krzyża nie wolno podawać leków.
 
Zdarza się, że od samego stanu zdrowia pacjenta trudniejsze są warunki zewnętrzne, a konkretniene stopy, obtarte pięty. Takich przypadków nawet nie podajemy w statystykach. Ale są też skaleczenia szkłem, upadki, problemy krążeniowo-oddechowe – wymi, że nas pozwą. Byli wściekli. Okazało się, że dziewczyna jest skrzypaczką i kolejnego dnia miała wystąpić na koncercie. Nie mogła zagrać z powodu nakłucia.
 
Dominik udziela się w Czerwonym Krzyżu średnio trzy razy w miesiącu. Najczęściej uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych i sportowych. Zdarzają się spotkania z dziećmi i młodzieżą, podczas których wolontariusze opowiadają o tym, co robią.
 
Dominik Dominik | Foto: © zbiory prywatne Działalność społeczna istniała od zawsze w rodzinie Dominika, który podkreśla, że nie chodzi tu stricte o wolontariat, ale o wrażliwość na los innych, o społeczną odpowiedzialność. Jego dziadek i mama byli nauczycielami, wujek też działał w Czerwonym Krzyżu. – To miłe uczucie – móc pomagać ludziom. I nawet nie chodzi o te chwile, kiedy jestem na służbie. Sama świadomość, że w kryzysowej sytuacji wiedziałbym, co zrobić, jest bardzo przyjemna.
 
Zdarza się, że w związku z jakimś wydarzeniem Dominik musi wyjechać na kilka dni. Pytam, czy to odbija się na jego relacji z partnerką. Odpowiada bez zastanowienia: – Moja dziewczyna też jest wolontariuszką, więc doskonale to rozumie. Regularnie (dwa razy w tygodniu) pomaga w nauce osobom niepełnosprawnym umysłowo. Mój udział w wolontariacie jest mniej regularny, bo zależy od kalendarza wydarzeń, ale nigdy nas nie dzielą zobowiązania. Wręcz przeciwnie – to wspólna płaszczyzna, na której się wspieramy.

Hanna, 33 lata

Zaczęło się od narzekań berlińczyków na turystów: a to że nadużywają gościnności miasta, a to że zwiedzają, zostawiają po sobie śmieci i wyjeżdżają. Hanna razem z przyjaciółką Stephanie doszła wtedy do wniosku, że warto spróbować coś z tym zrobić; sprawić, aby turyści nie tylko konsumowali, lecz także dawali miastu coś od siebie. W ten sposób w 2013 roku powstał portal vostel.de, który łączy wolontariuszy chcących się zaangażować w pracę społeczną w Berlinie z organizacjami i inicjatywami szukającymi wsparcia dla swoich projektów. Okazało się, że dość trudno znaleźć aktywności odpowiadające turystom, którzy często nie mówią po niemiecku – opowiada Hanna. Pierwsze oferty, na które trafiły we dwie, dotyczyły pomocy bezdomnym. Tu inna narodowość była wręcz pożądana, bo – jak mówi Hanna – ponad 70 procent bezdomnych w Niemczech to osoby o innym pochodzeniu niż niemieckie.
 
Zaczynały z zaledwie pięcioma projektami na stronie. Dziś takich inicjatyw mają setki w samym tylko Berlinie (działają też w innych niemieckich miastach). Odzew trochę je zaskoczył, bo tylko nieliczni użytkownicy portalu byli turystami. Większość zgłaszających się na wolontariat stanowili imigranci, studenci na wymianie, ale też Niemcy. Ich wspólnym mianownikiem był młody wiek. Mówili: „Zawsze chciałem się zaangażować, ale nie mogłem znaleźć dla siebie niczego właściwego“.
 
vostel.de pomagał nie tylko znaleźć odpowiednią inicjatywę, ale też ułatwiał podjęcie wolontariatu. – Wcześniej bywało tak, że jak chciałeś zostać wolontariuszem, to pisałeś mejla do danej organizacji. Jeśli miałeś szczęście, dostawałeś odpowiedź. Potem było godzinne spotkanie, które przypominało rozmowę kwalifikacyjną, a na koniec trzeba było jeszcze przejść kilkudniowe szkolenie – wymienia Hanna. – Nasz projekt miał ułatwić i skrócić tę drogę.
 
Po dwóch latach okazało się, że mają za dużo projektów i chętnych wolontariuszy. Brakowało czasu na odpisywanie na mejle. Wysupłały więc ze Stephanie ostatnie oszczędności i zatrudniły informatyka, który zbudował platformę internetową w takiej formie, w jakiej działa do dziś.
 
Duża część komunikacji jest teraz zautomatyzowana. Wolontariusze, którzy zgłoszą się do danego projektu, dostają kilka dni wcześniej przypomnienie, że zbliża się jego termin. A organizacje informuje się na przykład o tym, że nie odpowiedziały na wiadomość od kogoś zainteresowanego włączeniem się w działania. – Badania pokazują, że jeśli nie otrzymasz odpowiedzi w ciągu dwóch dni, twoja motywacja spada o 50 procent. Po tygodniu jest bliska zeru. Dlatego zachęcamy organizacje, by odpowiadały na mejle jak najszybciej. Jeśli to wolontariusz zawiedzie i nie zgłosi się do projektu, na który się zarejestrował, dwa razy mu się upiecze. Za trzecim razem zostaje usunięty z platformy – podkreśla Hanna.
 
Każdego roku stronę vostel.de odwiedza prawie pół miliona użytkowników. Około 60 procent z nich to obcokrajowcy. Najpopularniejsze projekty to Mobile Tours for Homeless pod opieką Berliner Obdachlosenhilfe, Berliner Tafel i Bikeygees, który oferuje kobietom i dziewczynom bezpłatny kurs jazdy na rowerze. Największy efekt tego wolontariatu widać wśród uchodźczyń, bo zdobycie tych umiejętności pozwala im prowadzić zupełnie inne życie niż wcześniej. – Zanim nauczyły się jeździć na dwóch kółkach, praktycznie nigdzie się nie ruszały, bo nie miały samochodu, a na bilet komunikacji miejskiej nie było ich stać. Teraz są mobilne. Organizacja, która realizuje ten projekt, funduje też rowery – wyjaśnia Hanna. Ale to nie jedyny plus tego projektu. Jego uczestniczki budują ze sobą bliskie relacje. W ten sposób tworzy się cała siatka kobiecych kontaktów. Obcują ze sobą osoby o różnych doświadczeniach, w różnym wieku, wywodzące się z różnych kultur.
 
Wolontariuszami zrekrutowanymi przez vostel.de są najczęściej osoby w wieku od 18 do 35 lat. Duży procent stanowią panie, które na pewnym etapie szukają nowego celu. To na przykład kobiety, które mają za sobą kilkuletni staż w pracy, sukcesy zawodowe i awanse. Nagle stawiają sobie pytanie: „O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi?”. I zaczynają szukać czegoś, co nada ich życiu sens. – Są też matki, które trochę odchowały już dzieci i wciąż mają zbyt mało czasu, by iść choć na pół etatu do pracy, ale na tyle dużo, aby zaangażować się w jakąś aktywność – twierdzi Hanna.
 
Dodaje, że zainteresowanie wolontariuszy ich portalem jest z roku na rok coraz większe. – Jednak w ostatnich latach zmieniła się forma zaangażowania. Podczas gdy starsze pokolenie wciąż na długo pozostaje z daną organizacją, działa w niej latami, młodsi ludzie myślą o wolontariacie raczej w kategorii projektu na jakiś czas. To ma na pewno związek z tym, że częściej zmieniają pracę, miejsce zamieszkania i dopiero co układają sobie życie prywatne. W tym okresie nic nie jest stabilne – uważa Hanna.
 
Strona vostel.de organizuje też wolontariat dla firm. – Zwłaszcza duże przedsiębiorstwa próbują zachęcić swoich pracowników do działania na rzecz innych. Jedna z takich firm, z którą współpracujemy, gwarantuje swoim pracownikom 16 dodatkowych godzin w roku, poza urlopem, na wolontariat – mówi Hanna. – I tacy pracodawcy wielokrotnie zgłaszają się do nas, szukając pomocy przy znalezieniu odpowiedniego zajęcia dla własnych pracowników. Aktywności oferowane przez portal nie kończą się nigdy na ładnym zdjęciu do firmowego albumu. Wymagają prawdziwego zaangażowania.
 
Zdaniem Hanny za mobilizację ludzi do robienia bezinteresownie czegoś na rzecz innych odpowiadają m. in. zmiany klimatyczne i to, że wielu z nas uświadomiło sobie, w jak złym stanie jest Ziemia. Nawet jeśli ludzie nie działają w organizacjach związanych z ochroną środowiska nturalnego, motywatorem jest często potrzeba dołożenia własnej cegiełki, poczucie, że można coś zmienić chociaż w minimalnym zakresie. – Wolontariat to coś, co naturalnie pojawia się w pewnym momencie twojego życia. To potrzeba wyjścia poza swój mały, wygodny świat – podkreśla Hanna.

[1] Volunteering in Germany. Key Findings of the Fourth German Survey on Volunteering, https://www.bmfsfj.de/blob/115604/2606f2c77c632efddd61b274644c2f06/vierter-deutscher-freiwilligensurvey---englisch-data.pdf