Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

O co chodzi z... wolnością mediów?
Druga pandemia

Stoisko z gazetami
Źródło: pixabay.com; Foto (fragment): MichaelGaida

Koronawirus odbija się negatywnie nie tylko na społeczeństwie i gospodarce, lecz także na mediach. Przekonała się o tym ekipa programu satyrycznego „heute-show” nadawanego przez drugi program niemieckiej telewizji ZDF. Brutalny napad na zespół przez zamaskowanych napastników jest punktem wyjścia rozważań o wolności prasy w Niemczech dla Christopha Bartmanna.

Od końca marca przy Placu Róży Luxemburg w Berlinie można co tydzień oglądać spektakl. W tzw. „demonstracjach higienicznych” (niem. Hygienedemos) uczestniczy kilkuset protestujących, pilnowanych przez wyraźnie liczniejsze siły policji, które robią co mogą, by egzekwować przestrzeganie przepisów dotyczących odstępu między osobami podczas pandemii. Organizatorem tego widowiska jest niejaki Punkt Komunikacyjny Demokratycznego Oporu (niem. Kommunikationsstelle Demokratischer Widerstand), który protestując, ostrzega przed „histerią“, „paniką“ i naruszaniem praw podstawowych. Niejasne jest tło ideologiczne: czy to „lewica” (koronawirus jako narzędzie represji kapitalizmu finansowego), czy „prawica” (koronawirus jako ostatni przykład „porażki państwa” w czasie dyktatury Merkel)? Nie wiadomo. Prawdopodobnie chodzi tu o jakiś rodzaj „frontu przekrojowego“, na którym lewicowi i prawicowi odszczepieńcy jednoczą swe siły.

W trakcie demonstracji odbywającej się 1 maja niedaleko Alexanderplatz doszło do brutalnej napaści na ekipę telewizyjną stacji ZDF. Zespół popularnego programu satyrycznego „heute-show“ z komikiem Abdelkarimem na czele był widocznie w drodze na demonstrację. Abdelkarim z pewnością mógłby tam usłyszeć i zobaczyć wiele kuriozów, które potem stałyby się satyryczną pożywką dla „heute-show“. Do tego jednak nie doszło. Ekipa telewizyjna została zaatakowana i brutalnie pobita przez młodych napastników. Policja najpierw zatrzymała, a następnie zwolniła sześciu aktywistów z kręgów lewicowych. Dochodzenie trwa, a tymczasem pojawiają się pierwsze plotki, jakoby cały atak został zainscenizowany przez samych pracowników ZDF-u.
 
Satyra jest w Niemczech dozwolona. Chroni ją prawo wolności słowa, jak również prawo wolności twórczości artystycznej. Może nawet być słaba. Natomiast nie powinna godzić w prawa osobiste jednostki. Spory prawne na tym tle czasem docierają nawet na wokandę Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, który musi rozstrzygać, co ostatecznie przeważa w danym przypadku: prawo osobiste czy prawo wolności słowa i wolności twórczości artystycznej. Program „heute-show“ jest popularny także ze względu na zdolność kreowania sytuacji, w których sami ludzie ośmieszają się przed kamerą. Z pewnością by się to udało podczas demonstracji higienicznej. Jednak ekipa telewizyjna trafiła tam na środowisko polityczne, które tak czy owak jest przekonane o istnieniu wielkiego spisku państwa i mediów. Z tego punktu widzenia Abdelkarim, satyryk działający na zlecenie nadawcy publicznego, wraz ze swoją ekipą był wrogiem, a nawet gorzej – wrogiem, który chciał się wyśmiewać z demonstrantów oraz ich celów. Można zrozumieć, że infiltrowanie demonstrującego tłumu przez komików jest postrzegane jako prowokacja. Natomiast nowością jest, przynajmniej w Niemczech, skala fizycznej przemocy w takiej konfrontacji.

Koronawirus może oznaczać koniec krajobrazu prasowego, jaki znamy.

Dziennikarze są coraz bardziej narażeni na niebezpieczeństwo na całym świecie. Kryzys spowodowany koronawirusem tylko spotęgował zagrożenie i próby zastraszania wolnego dziennikarstwa. W Światowym Dniu Wolności Prasy sekretarz generalny ONZ António Guterres ubolewał nad „drugą pandemią fałszywych informacji”. Natychmiast przychodzą na myśl takie kraje, jak: Chiny, Rosja czy Węgry, których rządy teraz jeszcze intensywniej niż wcześniej zwalczają krytyczne, opierające się na faktach dziennikarstwo. Zagrożenie wolności prasy przez autorytarne reżimy to jedno, ich zagrożenie ze strony politycznych szaleńców i ekstremistów to drugie. Mogą to być szaleńcy prawicowi albo lewicowi. To, co ich łączy, to idée fixe: są „ruchem oporu”. Takie brednie o oporze niefortunnie przypominają o terroryzmie ostatnich dekad w Niemczech, czy to lewicowej „Frakcji Czerwonej Armii” (RAF), czy prawicowego „Narodowosocjalistycznego Podziemia” (NSU). Do ideowego uniwersum takich samozwańczych bojowników ruchu oporu należy przekonanie, że doniesienia dziennikarzy są sterowane i zmanipulowane, a całe dziennikarstwo poza ich własnymi, konspiracyjnymi kanałami to „fake”. Z punktu widzenia berlińskich demonstrantów oczywiście również zdanie opinii publicznej o koronawirusie jest sterowane przez rząd (a może tajne służby?).

Kto w ostatnich miesiącach pilnie (albo zbyt pilnie) śledził niemieckie media, odniesie inne wrażenie: w zasadzie nie było takiej opinii, która w którymś talkshow nie dostałaby czasu antenowego. Wirusolodzy spierają się dzień i noc, podobnie pedagodzy, ekonomiści, politycy i obywatele. Do tych, którzy na szczęście otrzymali niewiele miejsca, zaliczali się dziwacy i zwolennicy teorii spiskowych. Natomiast w mediach społecznościowych zmajstrowali sobie świat równoległy i tam zaopatrują swoją wspólnotę w fakty własnej roboty. Większość woli jednak oglądać „Tagesschau” oraz podobne, tradycyjne programy informacyjne. Aż chciałoby się powiedzieć, że wolność prasy i mediów w Niemczech okazała się solidna w obliczu koronawirusa, gdyby nie jeden wielki problem.

Gazety, którym już wcześniej nie wiodło się dobrze, teraz walczą o ekonomiczne przetrwanie. Wiele wydawnictw w Niemczech złożyło wnioski o rekompensatę z tytułu skrócenia godzin pracy, nie zarabiają na reklamach, sprzedaż egzemplarzy papierowych w kioskach i sklepach praktycznie ustała. Jednocześnie trwa boom na prenumeraty cyfrowe. Jednak użytkownicy najczęściej zadowalają się dostępem do artykułów darmowych albo zamawiają okresowy dostęp do prasy, który obecnie prawie nic nie kosztuje. Również w ten sposób gazety zarabiają mało albo nic. Kurczy się budżet na większy research, angażuje się mniejszą liczbę wolnych strzelców, tak więc cierpi na tym również jakość. Wiele wydawnictw prasowych przetrwa jeszcze tylko parę miesięcy, zanim będzie musiała ogłosić upadłość. Koronawirus może oznaczać koniec krajobrazu prasowego, jaki znamy. Jeżeli „nowa normalność”, o której teraz wielu mówi, miałaby być normalnością bez wolnej prasy, wówczas z punktu widzenia wolności prasy i wolności słowa oznaczałoby to katastrofę.