Na skróty:
Przejdź bezpośrednio do treści (Alt 1)Przejdź bezpośrednio do podmenu (Alt 3)Przejdź bezpośrednio do menu głownego (Alt 2)

Freelancerzy w obliczu koronakryzysu
Naderwana gałąź

Codzienność freelancerów
Codzienność freelancerów | Źródło: Unsplash; Foto (fragment): Brad Neathery

Pandemia osłabiła także sytuację wykonawców wolnych zawodów na niemieckim rynku pracy. Odwołane kursy i sesje, zamknięcie małych zakładów na dłuższy okres, brak lub mniejsza liczba zleceń – to tylko niektóre skutki epidemii. Jak próbują przetrwać ten niecodzienny dla wszystkich czas osoby prowadzące własną działalność i wolni strzelcy, opowiada Agnieszka Wójcińska.

Koronawirus wywrócił do góry nogami życie wielu ludzi i naderwał niejedną gałąź gospodarki. Jedną z grup, które najmocniej dostały po głowie, są freelancerzy i osoby samozatrudnione. Trenerom, aktorom czy montażystom z dnia na dzień odwołano zlecenia, fryzjerzy i kosmetyczki musieli zamknąć jednoosobowe zakłady na długie tygodnie, a wielu dziennikarzom, szczególnie wolnym strzelcom, redakcje podziękowały za współpracę. A brak pracy oznacza dla freelancera brak dochodu. Bez wsparcia z zewnątrz trudno przetrwać.

Postanowiłam sprawdzić, jak z pandemią radzą sobie freelancerzy i samozatrudnieni w Niemczech. Wspomniana grupa zawodowa na rynku naszego zachodniego sąsiada stale się powiększa, a w zeszłym roku liczyła prawie półtora miliona ludzi.

Juliane – być o krok do przodu

– 14 marca wieczorem miałam występ w znanym jazzowym klubie b-flat w Berlinie, gdy nagle weszli policjanci. Powiedzieli: „Nie możesz śpiewać, bo zamykamy lokal” – mówi Juliane Johannsen, piosenkarka jazzowa. – Byłam w szoku. Właściciel lokalu zresztą też, bo nikt go nie uprzedził. Wróciłam do domu i choć rzadko piję alkohol, nalałam sobie whisky. Siedziałam w fotelu i nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Potem zadzwoniłam do rodziców – oboje są fizjoterapeutami na samozatrudnieniu. Mama powiedziała: „Nie będziemy mogli pracować. Ty zresztą też musisz zamknąć swoje studio”.

Juliane podczas rozmowy na Zoomie Juliane podczas rozmowy na Zoomie | © Agnieszka Wójcińska Bo Juliane nie tylko zawodowo śpiewa jazz (z wykształcenia jest śpiewaczką operową), ale też prowadzi studio jogi na Weddingu. Otworzyła je półtora roku wcześniej w jednej z kamienic, w parterowym lokalu, w którym wcześniej znajdował się sklep. Na zdjęciach – w obecnej sytuacji nie mogę odwiedzić go osobiście – są: sala z lustrami na jednej ścianie i rysunkiem wielkiej błękitnej pantery o żółtych oczach naprzeciwko (studio nazywa się Blue Panta Yoga), duże okna, korytarzyk, niewielka przebieralnia, łazienka.

Rozmawiamy też wirtualnie za pomocą aplikacji WhatsApp. Juliane ma długie, kręcone włosy i szeroki uśmiech, jej energia bije nawet z ekranu komputera. – Mam 28 lat, nie założyłam jeszcze rodziny. To idealny moment, by zacząć własny interes – mówi. – Mam mnóstwo zapału, odpowiednią dozę naiwności i nawet, jeśli coś nie wyjdzie, łatwiej się pozbierać, niż kiedy człowiek jest starszy i ma zobowiązania.

Biznes wymyśliła na spółkę z mamą. Ponad sześć lat Juliane mieszkała w USA. Pracowała jako kelnerka i nauczycielka muzyki oraz śpiewała jazz, a w wolnym czasie ćwiczyła do muzyki nowoczesny i dynamiczny wariant jogi zwany Vinyasa. Po powrocie do Niemiec szukała szkoły, która oferowałaby podobną praktykę, ale nie znalazła. Nieśmiało zastanawiała się nad otwarciem takiego miejsca. Aż któregoś dnia pokazała swój trening mamie, której tak się spodobał, że namówiła córkę do założenia własnego studia. Juliane, zaznajomiona dzięki rodzicom fizjoterapeutom z działaniem jednoosobowej firmy, nie bała się samozatrudnienia. Zaczęła szukać lokalu, najpierw w dzielnicach Kreuzberg i Friedrichshain, gdzie mieszka dużo młodych ludzi. Ale zajęcia jogi są prawie na każdym rogu, a czynsze wysokie. Inaczej niż na Weddingu – dawniej robotniczym, dziś dynamicznie gentryfikowanym i coraz bardziej popularnym nie tylko wśród imigrantów, ale i młodych Niemców. Stąd jej wybór. Miejsce, które znalazła, było bardzo zaniedbane, ale odpowiadało jej wielkością. Właścicielce lokalu bardzo spodobał się pomysł otwarcia w nim studia jogi. Wyłożyła pieniądze na remont, który Juliane, z pomocą rodziców, nadzorowała prawie cały rok. Natomiast joginka wzięła kredyt na zakup sprzętu – mat i innych potrzebnych akcesoriów – na pięć lat. – To spore zobowiązanie – mówi.

Studio Blue Panta Yoga Studio Blue Panta Yoga | © Blue Panta Yoga – Na przyjęcie, które zorganizowałam z okazji rozpoczęcia działalności, przyszło mnóstwo ludzi, przede wszystkim z sąsiedztwa – mówi Juliane. – Moi uczniowie to głównie młode osoby, mają 20-40 lat i często siedzący tryb życia, więc 1-2 godziny dynamicznego ruchu w tygodniu to dla nich zbawienie. Wszystko szło świetnie, po roku miałam już spore grono stałych bywalców – dodaje. – Aż nagle bum! Koronawirus.

Kiedy Juliane otrząsnęła się nieco z szoku, zaczęła nagrywać filmiki z kursami jogi i wrzucać je na Instagram. – Ludzie zaczęli wpłacać datki na konto studia. Zaglądali też sąsiedzi, pytając, jak sobie radzę – opowiada. – To było niezwykle wspierające. Przestałam martwić się tym, co będzie dalej.

Ale koszty prowadzenia Blue Panta Yoga nie zmieniły się. Choć w studiu nie odbywały się lekcje, Juliane co miesiąc musiała wydać 1300 euro na czynsz i 500 na spłatę pożyczki od banku. Plus telefon, internet, ogrzewanie. – W sumie około 2500 euro miesięcznie – mówi. – Kiedy tylko usłyszałam o pomocy rządowej, wystąpiłam o wsparcie, choć właściwie nie spodziewałam się pozytywnej odpowiedzi. Złożyłam wniosek online. I po trzech dniach dostałam 14 tysięcy euro, najwyższą możliwą zapomogę (suma wsparcia od państwa i landu Berlin, bo różne landy oferują zasiłki w różnej wysokości). To była ogromna pomoc. Oczywiście w jakiś sposób będę musiała to spłacić, choćby w podatkach. Ale na razie mam pieniądze na pokrycie stałych kosztów, a przecież nikt nie wie, ile potrwa ta sytuacja.
 
  • Studio Blue Panta Yoga Foto (fragment) © Blue Panta Yoga
    Studio Blue Panta Yoga
  • Studio Blue Panta Yoga © Blue Panta Yoga
    Studio Blue Panta Yoga
  • Studio Blue Panta Yoga Foto (fragment) © Blue Panta Yoga
    Studio Blue Panta Yoga

Wprawdzie w czerwcu Julianne znów zaczęła prowadzić lekcje na żywo, ale ograniczenia związane z pandemią są spore. W studiu może ćwiczyć jednorazowo tylko sześć osób (przedtem na jednych zajęciach było ich dwadzieścia), by zachować dwa metry odstępu. Przed lekcją uczestnicy powinni zarejestrować się online, a do szkoły wchodzić pojedynczo, już przebrani i z własnymi matami. Nie wolno im też korzystać z prysznica. Nauczyciel po każdej sesji musi dokładnie wietrzyć pomieszczenie, dezynfekować ręce i podłogę, a podczas ćwiczeń zachować dystans wobec uczniów.

– Moje studio miało już pewną renomę przed epidemią, więc jestem dobrej myśli – mówi Julianne. – Ale naturalnie, gdy prowadzisz własny biznes, zawsze musisz być o krok do przodu, otwarta na zmiany. Teraz na przykład muszę zwiększyć liczbę lekcji, żeby utrzymać rentowność, czyli zatrudnić kolejnego nauczyciela. Sama nie dam rady poprowadzić wszystkich sesji. Mam również plan B w postaci muzyki, bo do koncertowania pewnie prędko nie da się wrócić. Mój brat założył niedawno szkołę muzyczną, więc zawsze mogę uczyć w niej śpiewu. Ta sytuacja pokazała mi natomiast jedno – dodaje. – Mieszkałam w USA przez prawie siedem lat i rozważałam stały pobyt. Ale wróciłam do Niemiec, ogłoszono stan pandemii, a mój kraj zapewnił mi ogromną pomoc. Pomyślałam, że to jednak niesamowite, więc chyba tu zostanę.

Stefan – blisko technologii

Stefan podczas rozmowy na Zoomie Stefan podczas rozmowy na Zoomie | © Agnieszka Wójcińska Stefan żyje w rodzinie freelancerów. Jego żona Sonia, która jest dziennikarką radiową, prowadzi jednoosobową działalność. On sam od 15 lat pracuje jako wolny strzelec w dziedzinie grafiki. W tej formie zatrudnienia podoba mu się to, że może sam zarządzać czasem pracy i brać wyłącznie te zlecenia, które mu pasują.

Gdy łączymy się przez Zoom, po drugiej stronie kamery widzę szczupłego mężczyznę w okularach, z brodą i kręconymi włosami. W tle stoi regał z książkami i niewielkie biurko. Stefan próbuje mi wytłumaczyć, na czym polega jego praca. Visual thinking (pol. myślenie wizualne) to opatentowany system rysowania (na flipchartach czy iPadzie), oparty na określonych symbolach. Pomaga wyjaśnić różne, nawet skomplikowane idee. Mogą go używać menedżerowie, marketingowcy, trenerzy i edukatorzy. Stefan uczy ich, jak się nim posługiwać w ramach działającej w Kolonii (i na całym świecie) akademii myślenia wizualnego. Przygotowuje też filmiki animowane dla wielu firm – w zrozumiały, a zarazem zabawny sposób tłumaczą działanie ich produktów czy nowości w ofercie, np. w ubezpieczeniach. Animację komputerową ma w małym palcu.

Podczas pandemii swoboda poruszania się po nowych technologiach okazała się świetnym kapitałem. – Mam dużo znajomych, którzy stracili klientów przez koronawirusa. Mnie też przepadło kilka zleceń na filmy, bo nie dało się na przykład nagrać podkładu muzycznego, w którym miały śpiewać dzieci. Nie można ich było zaprosić do studia – mówi Stefan. – Ale w akademii, gdzie uczę, musieliśmy zaadaptować treningi z wizualizacji tak, by dało się je prowadzić w internecie z użyciem Zooma lub podobnych narzędzi. Swoją drogą to plus koronawirusa – zmobilizował nas do przygotowania szkoleń w formacie online. Tak naprawdę od dłuższego czasu planowaliśmy je jako dodatkową ofertę. W krótkim czasie musieliśmy się przestawić. A ponieważ dość dobrze znam się na nowych technologiach, zaangażowałem się w tę działalność od samego początku. Miałem dużo fajnej pracy, a dzięki treningom mogłem dalej pracować.

Nie musiał więc występować o wsparcie finansowe do władz. Sonia również nie potrzebowała zapomogi. Cały czas tworzyła audycje, choć od wprowadzenia lockdownu montuje je poza studiem – w domu albo w biurze, które wynajmuje. Stefan podkreśla, że wcześniej kierownictwo radia nie godziło się na pracę zdalną. Teraz nie miało wyjścia i przekonało się, że to działa. Widzi tu kolejny plus pandemii. Jego żona, która prowadzi bardzo wczesną audycję, może pospać dłużej, bo odpadają dojazdy.

Sonia właśnie pracuje w wynajmowanym biurze, a Stefan rozmawia ze mną z mieszkania na piątym piętrze kamienicy w centrum Kolonii. Ktoś musi opiekować się siedmioipółletnią Niką i uczyć ją, więc dzielą się tym z żoną po połowie. – W wielu aspektach Niemcy świetnie poradziły sobie z pandemią, ale nie w kwestii szkół – mówi Stefan. – Nie są przygotowane do pracy online, nie mają komputerów albo sprzęt jest przestarzały. Pojawiły się też obawy dotyczące bezpieczeństwa danych. W naszej szkole nauczyciele nie mogą na przykład korzystać z Zooma, bo podobno nie jest bezpieczny. Sami musimy uczyć naszą córkę, nie mamy praktycznie żadnego wsparcia, jedynie książki. Dobrze, że to dopiero druga klasa. No i że jesteśmy freelancerami, bo łatwiej nam się zorganizować, niż rodzicom pracującym na etacie. Staramy się poświęcać nauczaniu co najmniej godzinę dziennie. Potem Nika idzie się bawić do ogrodu, coś rysuje w swoim pokoju, układa puzzle. Jedyne zdalne zajęcia, jakie ma, to te płatne – godzina muzyki raz w tygodniu.

– Dla mnie największe obciążenie związane z koronawirusem to właśnie sytuacja dzieci – dodaje Stefan. – Wciąż nie mogą chodzić do szkoły, ich życie jest wywrócone do góry nogami. Restauracje i sklepy się otworzyły, ludzie zbierają się w parkach, jakby nic się nie zdarzyło, a w szkole wciąż jest tyle ograniczeń. Nika chodzi do niej tylko raz w tygodniu na 2,5 godziny, aby spotkać się z nauczycielem i trójką czy czwórką innych uczniów. A rodzice w ogóle nie mogą wejść do środka. To mnie złości. Zabrakło lobby stojącego w obronie uczniów i ich rodziców, którzy ciągle nie mogą normalnie pracować.

– Obawy? Nie mam ich w związku z zawodową przyszłością. Ale niepokoi mnie ogólna sytuacja – recesja, możliwe umocnienie się skrajnych partii politycznych (czego w sondażach na razie nie widać, przyp. red.). Kto wie, jak będą wyglądały Niemcy i cały świat na jesieni, za rok, za parę lat? Tego się boję.

Lisa – dzieci i tak się rodzą

Lisa podczas rozmowy na Zoomie Lisa podczas rozmowy na Zoomie | © Agnieszka Wójcińska O pomoc nie występowała także Lisa – położna freelancerka. Siedzi teraz przede mną, po drugiej stronie ekranu, na tle białych szafek kuchennych z drewnianym blatem. Tylko z kuchni może rozmawiać spokojnie. W pokoju bawi się czteroipółletnia Finola, zwana Nolą, a w drugim pomieszczeniu pracuje Benedict, jej mąż. Ma etat w turystce, która mocno ucierpiała podczas pandemii, ale na szczęście nie stracił pracy. Lisa uśmiecha się pod grzywką. Cieszy się, że w swojej działalności nie ponosi dodatkowych kosztów, jak czynsz za biuro – koronakryzys nie dotknął jej aż tak mocno. Znajome położne, które wynajmują przestrzeń na szkoły rodzenia czy kursy poporodowe, znalazły się w znacznie trudniejszej sytuacji – zajęć było mniej i mogły odbywać się tylko online, a czynsz trzeba było opłacać. Lisa umawia wizyty z domu, gdzie prowadzi też telefoniczne konsultacje i przygotowuje dokumentację pacjentek. Kobiety, które ma pod opieką, odwiedza w ich mieszkaniach. Zazwyczaj troszczy się o pięć świeżych mam w miesiącu, ale ze względu na plany urlopu, który miał przypaść na czerwiec i lipiec, teraz jest ich mniej. Całe szczęście, bo chociaż z wakacji nic nie wyszło, ktoś musiał zajmować się dzieckiem, kiedy przedszkola nie działały. Do pomocy nie ma ani niani, ani babci. Nigdy ich zresztą nie miała. Więc choć po ukończeniu szkoły pracowała na etacie w szpitalu uniwersyteckim, przeszła na freelancing, gdy urodziła córkę.  

– Jako położna mogę robić wszystko co lekarze, oprócz USG – mówi Lisa. – Przeprowadzam badania krwi, uczę karmić piersią, doglądać dziecka, kontrololuję jego wagę i poporodowe krwawienia matki. Zajmuję się kobietami przed porodem i po przyjściu dziecka na świat, ale nie odbieram porodów. Musiałabym mieć kontrakt w szpitalu i płacić znacznie wyższe ubezpieczenie – osiem tysięcy euro rocznie, a teraz kosztuje mnie to tylko 80 euro. No i być dostępna dwadzieścia cztery godziny na dobę, co przy małym dziecku jest właściwie niemożliwe.

Przed pandemią Lisa odprowadzała córkę do przedszkola, a potem od 9.00 do 14.00 miała wizyty. W domu zaś uzupełniała dokumentację. Około 16.00 odbierała córkę. Teraz zaczyna już o 8.00 i musi zmieścić się w trzech godzinach. Potem przejmuje Nolę od męża, który w domowe biuro zamienia salon w ich mieszkaniu położonym niedaleko Kottbusser Tor w Berlinie. Tylko jej środek transportu się nie zmienił. To rower – idealny w czasie koronawirusa.

Kobiety świeżo po porodzie musi odwiedzić osobiście. Naturalnie z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa. – Mam maseczkę medyczną, którą potem zabieram do domu w plastikowej torebce, często myję i dezynfekuję ręce – opowiada Lisa. – Staram się zachowywać dystans, ale czasem muszę dotknąć pacjentki, coś sprawdzić. Jeśli sytuacja nie wymaga spotkania, mamy konsultacje telefoniczne. Podobnie było, gdy pod opieką miałam mamy z rodzin objętych kwarantanną. W każdym razie na brak pracy nie narzekam, bo dzieci cały czas się rodzą.

Z początkiem czerwca Nola wróciła do przedszkola, a Lisa znów pracuje siedem godzin dziennie. Ale i tak siedzi jak na bombie – jedno z rodziców dzieci z grupy córki ma podejrzenie koronawirusa. Jeśli wynik się potwierdzi, placówkę zamkną. To właśnie przeszkadza jej najbardziej – że nie widać końca obecnej sytuacji. – Na początku ludzie dostali pieniądze od rządu, zakładaliśmy, że to wszystko potrwa trzy miesiące. Ten czas minął i wciąż nie wiemy, co będzie dalej, więc pojawia się strach. Jestem osobą, która potrzebuje planu, a teraz mogę robić go najwyżej na trzy dni do przodu. Ta niepewność będzie już chyba częścią naszego nowego życia po pandemii. Ale są i pozytywy – widzimy nowe sposoby wykonywania pracy, nowe rozwiązania. Teraz wiemy, że niekoniecznie trzeba lecieć na konferencję na drugi koniec świata. Można ją odbyć za pomocą Zooma.

Michał – dwie rzeczywistości

– Berlińczycy mają duże poczucie swobody, a podczas pandemii po raz pierwszy od czasów istnienia muru mocno ograniczono ją z dnia na dzień – mówi Michał, właściciel firmy meblowej w Berlinie. – Ludzie zgodzili się na lockdown, ale szybko zaczęły pojawiać się głosy, że ta akceptacja przyszła zbyt łatwo. Wszyscy czekali z niecierpliwością na powrót do życia, nawet jeśli miałoby się to odbyć na nowych zasadach.

Michał podczas rozmowy na Zoomie Michał podczas rozmowy na Zoomie | © Agnieszka Wójcińska Michał jest ekspatem, ale zna dość dobrze niemiecką metropolię. Przez dziesięć lat, które przeżyli tu z żoną Ewą, zdążyli w nią wrosnąć. Oboje urodzili się w Szczecinie, lecz on już na studia przyjechał do Niemiec – w Greifswaldzie skończył polonistykę, politologię i komunikację społeczną. Stolicę Niemiec wybrali nieprzypadkowo. Wiadomo, że to wyspa, raj dla samozatrudnionych, a oboje pracują w tym trybie. Ewa jako graficzka, jej mąż zaś nawet podwójnie – jednoosobowo przy organizacji korporacyjnych eventów i w małej firmie produkującej meble. Założył ją z Przybyradem, przyjacielem z liceum, który nadzoruje produkcję w Polsce. Michał prowadzi sklep w Niemczech (jest tu jedynym pracownikiem), bo 90 procent odbiorców mają stąd. Pod marką „Politura” robią krzesła, fotele i stoliki według polskich projektów z lat 50., 60. i 70., które nigdy nie weszły do masowej produkcji. Prowadzą też renowację mebli z tego okresu. Ze swoim pomysłem siedem lat temu dobrze wstrzelili się w niemiecki rynek i naprawdę nieźle im szło – przez ostatnie lata mieli stały wzrost.

Koronawirus nagle zatrzymał działanie firmy. Stanęła produkcja w Polsce, gdzie – oprócz Przybyrada – jest dwóch pracowników. Berliński sklep trzeba było zamknąć. Z zamówień wycofały się hotele, dla których mieli robić wyposażenie, a nowe zlecenia nie nadchodziły. Niby przenieśli się do sieci – z klientami porozumiewali się mejlowo i przez telefon, wysyłali im próbki. Jednak okazało się, że sfinalizowanie transakcji, które w salonie zajmuje dwie godziny, w tym trybie trwało dwa-trzy tygodnie. W branży eventowej też zapanowała posucha. Pozostały wydatki na media, telefony, leasing samochodu dostawczego i służbowego, reklamę w internecie, czynsz za biuro z showroomem i magazynem. Michał właśnie w nim siedzi, na tle białej ściany. W domu Ewa opiekuje się ich roczną córką. Ona też nie miała zleceń przez koronawirusa. Oboje wystąpili więc o dotację. Na obydwie działalności Michał otrzymał w sumie 14 tysięcy euro – 9 tysięcy z puli państwowej i jeszcze 5 tysięcy z kasy landu Berlin.

– Naturalnie mieliśmy w firmie jakąś poduszkę finansową. Gorsze okresy w przeszłości nauczyły nas, że trzeba być na to przygotowanym – mówi Michał. – Ale dzięki tej dotacji nie musieliśmy jej zużyć do zera, by potem ciułać. Rząd wpompował w pomoc olbrzymie pieniądze – 750 miliardów euro (z czego 50 mld było przeznaczonych na wsparcie freelancerów, samozatrudnionych i firm zatrudniających do pięciu osób) – podkreśla Michał.

– To, co mnie zaskoczyło i co wszyscy chwalili, to procedura otrzymywania tych pieniędzy, która trwała dziesięć minut – dodaje. – Taki akt zaufania wobec przedsiębiorców. Musiałem się zalogować w systemie, który ustawił mnie w wirtualnej kolejce i wysyłał co jakiś czas powiadomienia o jej statusie. Po dwóch dniach dostałem informację, że mogę wypełniać wniosek. Poza deklaracją o potrzebie skorzystania z tej pomocy, musiałem podać tylko numer podatnika, rodzaj działalności i datę jej rozpoczęcia, informację, czy zostałem bezpośrednio dotknięty koronawirusem oraz numer rachunku bankowego. Pieniądze były na koncie już na drugi dzień.

Michał podkreśla, że w Niemczech wszyscy zdawali sobie sprawę, że wsparcia najmniejszym graczom: freelancerom, ludziom wolnych zawodów, mikroprzedsiębiorcom takim jak on, trzeba udzielić jak najszybciej; żeby te miejsca pracy przetrwały. Bo małym przedsiębiorstwom wychodzącym z kryzysu jest się znacznie trudniej podnieść niż dużym (z ogromnym zapleczem finansowym); nawet takim, które zwolniły kilkaset osób.

Rzeczywistość jego polskiego wspólnika wyglądała nieco inaczej. – Zgłoszenie o zwolnienie z płacenia składek zusowskich za dwóch pracowników przez trzy miesiące też mógł złożyć internetowo, ale na informację, że się na to załapał, czekał długie tygodnie. Również internetowo wystąpił o zapomogę do Powiatowego Urzędu Pracy. Najpierw należało jednak wyliczyć, o ile mniejszy był przychód w porównaniu do analogicznego okresu z poprzedniego roku i wstrzelić się w określone widełki. Pieniądze dostał dopiero po trzech tygodniach… 5 tysięcy złotych. Urząd obiecał, że ich spłatę umorzy, jeśli występujący utrzyma działalność przez kolejne trzy miesiące i złoży pismo w tej sprawie.

Pięć tysięcy złotych dla takiej firmy to grosze. Ale choć czternaście tysięcy euro – w opinii Michała – z polskiej perspektywy wydaje się ogromną kwotą, to dla niemieckich małych przedsiębiorstw jest jedynie kroplą w morzu. Szybko się kurczy na codzienną działalność, a przecież nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy. W przyszłość Michał patrzy jednak optymistycznie. W salonie znów zaczęli się pojawiać klienci (póki co w maseczkach). Biznesowi kontrahenci – hotele czy architekci – są wprawdzie ostrożni, ale klienci indywidualni chcą wydawać pieniądze.

Statystyki pokazują, że optymizm Michała, podobnie jak innych moich rozmówców, może być przedwczesny. Z reprezentatywnego badania 2600 freelancerów, które Institut für Freie Berufe (IFB, Instytut Wolnych Zawodów) przy Uniwersytecie Erlangen-Norymberga przeprowadził od połowy maja do połowy czerwca wynika, że prawie jedna czwarta tej grupy uważa, że koronawirusowy zastój uderzył w nią bardzo silnie, a ponad jedna trzecia, że silnie. Na razie nie wiadomo, ilu wolnych strzelców skorzystało z jednorazowego zastrzyku finansowego od państwa i landów. Program realizowano bowiem do końca maja i jeszcze nie ma jego podsumowania. Ale jest jasne, że miejsca pracy części freelancerów zniknęły z rynku. Federalna Agencja Zatrudnienia podaje, że w kwietniu o zasiłek dla bezrobotnych ubiegały się 33 tysiące samozatrudnionych (miesięcznie jest ich zwykle mniej niż dwa tysiące). Może się więc okazać, że także na niemieckim rynku freelancerów i samozatrudnionych pandemia odciśnie swoje piętno.